czwartek, 25 kwietnia 2013

Kraska ginie


 

Kraska (Kraska zwyczajna, kraska pospolita, Coracias garrulus), w wielu regionach Polski znana również pod nazwą siwka) jest jednym z najpiękniejszych ptaków Polski i Europy. Śmiało też może konkurować o to miano ze wszystkimi ptakami świata; w końcu gusty są różne i nie wiadomo, któremu gatunkowi przypadłoby zwycięstwo. Jest po prostu cudowna. Wszystkie źródła podają, iż do niedawna była w na terenie naszego kraju ptakiem całkiem pospolitym. Czy ktoś z Was ją kiedykolwiek widział?

foto Christian Svane CC-By-SA-2.5

Ja nie tylko jej nigdy nie spotkałem, ale nawet moja mama, która od dziesiątków lat, a może nawet od zawsze, jest ptakolubem, nie widziała tytułowej ślicznotki. Dlaczego?

Zmiany liczebności kraski w Polsce w latach 1980-2011 (Opracował Andrzej Górski, kliknij aby powiększyć)

Tego ptaka już praktycznie nie ma! Wymarł jak dinozaury. No, jeszcze nie do końca. Ile jest jej w tym roku? 20 par? 30? A ile będzie w następnym? Przy tej dynamice? Jak to się mogło stać, że taki piękny ptak, żaden „szkodnik”, praktycznie wyginął? Dlaczego w tym samym kierunku zmierza wiele gatunków i czym to grozi?

W całej Polsce trwa rzeź starych drzew. Wycina się wielkie drzewa na wsi, by uzyskać miejsce pod uprawy i pozyskać tanie drewno, oraz uniknąć w przyszłości kosztów opieki nad nimi. Wycina się w miastach, by uzyskać parcele pod zabudowę, ogródki, drogi. Wzdłuż dróg wycina się, by wariaci za kierownicą mogli jeździć jeszcze idiotyczniej. Ten ostatni powód jest zresztą kuriozalny, gdyż jednocześnie sądy polskie w prawomocnych wyrokach potwierdzają, iż słup (ale nie drzewo) ma prawo stać nawet na środku ścieżki dla rowerów i jeśli rowerzysta weń uderzy, to ma „złą technikę jazdy” (sic.!). Oczywiście drzewa to nie słupy, i nawet za rowem oddzielającym od pasa ruchu zagrażają. Czy na pewno Polska to kraj Homo sapiens? Że Homo, to wiadomo, ale czy sapiens? Wygląda na to, że nasi dziadowie byli mądrzejsi, gdyż obsadzali drogi i miedze drzewami, a kto miał pieniądze zakładał parki. Czuli przez skórę, że krajobraz pozbawiony drzew źle działa na psychikę ludzką. My to udowodniliśmy naukowo, i co z tego?

Jak cierpią przez to ptaki? Popatrzcie na przekrój tego niezbyt przecież starego, ani też wielkiego drzewa, odsłonięty przez siły natury. Prawdziwy blok mieszkalny. A wyobrażacie sobie wielką topolę, lipę lub inne ogromne drzewo. Ile tam miejsca? Wszystko to znika w zastraszającym tempie, a kraska lubi dość duże i wygodne dziuple. Ten proces wywiera zresztą parcie nawet na gatunki mniej wymagające, gdyż wyparte z jednych miejsc gniazdowania ptaki muszą silniej konkurować o pozostałe, choćby nawet nie były ich wymarzonymi. A po co nam ptaki?



Bodajże Albert Einstein powiedział, że gdy umrze ostatnia pszczoła, ludziom zostanie na ziemi do 4 lat życia. To samo dotyczy pewnie ptaków, i to nawet nie ostatniego z nich. Warunkiem przetrwania człowieka jest zachowanie bioróżnorodności. Dlaczego, nie trzeba tłumaczyć. Wystarczy trochę samodzielnie pomyśleć. Dla tych, którzy są krótkowzroczni, może bardziej interesującą będzie informacja, iż niektóre bogate kraje, by ocenić szybko i wiarygodnie stopień czystości rejonu, skąd chcą kupować ekologiczną żywność, zaczynają po prostu liczyć ptaki i mierzyć różnorodność gatunkową. Im większa, tym czyściej. I nie da się tego sfałszować, jak kwitu z rzeźni, czy zaświadczenia od rolnika. Co z tego, skoro większość przejmuje się lasami zwrotnikowymi, puszczą amazońską, ale wycina wszystkie drzewa w swojej okolicy bez mrugnięcia okiem? A my, którzy wiemy, że jest źle, co mamy robić? Czyż mamy się przykuwać do drzew?

Proponuję na początek, byśmy nie wycinali drzew, gdy kupimy działkę, aby wybudować dom. Byśmy nie budowali nowego, jeśli możemy odremontować lub przebudować stary. Byśmy zawsze w rozmowach ze znajomymi mówili, co myślimy o ich postępowaniu, jeśli jest złe. Byśmy na naszej ziemi wydzielili jakiś fragment całkowicie zarośnięty, a zobaczycie, jak przyciągnie różne zwierzaki. Byście nie strzygli trawników na łyso, nie sadzili drzew i krzewów, które polskim gatunkom są nieprzydatne, jak sumaki i inne wynalazki. Wieszajcie budki lęgowe i dokarmiajcie ptaki zimą. Kraski już nie ocalicie. Aż takim optymistą nie jestem, leczo obym się mylił. Ale może ocalicie Wasze wnuki czy prawnuki. Przesadzam? Spójrzcie jeszcze raz na wykres liczebności kraski. Wiele gatunków ma podobny. A nasz, ludzki, jest wręcz odwrotny. Na razie. Kto ma akwarium, ten wie co się dzieje, gdy zostanie w nim zachwiana równowaga biologiczna. Dzień Sądu albo poważna ingerencja ze strony zatroskanego akwarysty. Tylko, że my na akwarystę nie możemy liczyć, co najwyżej na Sąd Ostateczny. Jeśli zasyfimy swe akwarium powyżej pewnej granicy, będzie za późno. Pomyślcie nad tym w chwili, gdy nie będziecie marzyć o nowym czytniku książek, o jeszcze nowszej komórce, samochodzie czy telewizorze. Próbujcie, choć i tak nie wierzę, by to cokolwiek dało. Zbyt wielu jest tych, którzy nie widzą poza kraniec własnego nosa, a przepaść zauważają dopiero podczas spadania





Wasz Andrew

Europejska kraska w  Kruger National Park w Południowej Afryce, foto Snowmanradio

 Ubarwienie kraski zmienia się wraz z uzyskaniem dojrzałości płciowej i porą roku, rys. Naumann, Naturgeschichte der Vögel Mitteleuropas

 Niebieskie odcienie na skrzydle kraski rys. Albrecht Dürer

środa, 24 kwietnia 2013

O komunikacji






"Czyż człowiek nie ma swego charakteru, swoich interesów, gustów, namiętności, wedle których każdy przedmiot przesadza lub łagodzi? Mów, jak jest!... To może nie zdarza się ani dwa razy w ciągu dnia w całym dużym mieście. A ten, który słucha, czy pod tym względem lepszy jest od tego, który mówi? Nie. Z czego wynika niezbicie, iż może dwa razy w ciągu dnia w całym wielkim mieście rozumie się czyjeś słowa tak, jak były mówione."


wtorek, 23 kwietnia 2013

Kubuś Fatalista




 

Kubuś Fatalista i jego pan

Denis Diderot

tłumaczenie: Tadeusz Żeleński (Boy)
tytuł oryginału: Jacques le fataliste et son maître
Państwowy Instytut Wydawniczy Warszawa 1985

Denis Diderot (urodzony 5 października 1713 w Langres we Francji, a zmarły 31 lipca 1784 w Paryżu) – francuski pisarz, krytyk literatury i sztuki oraz filozof, za dzieło swego życia uważał pracę przy tworzeniu Encyklopedii, która zebrała dorobek myśli społecznej, filozoficznej i moralnej europejskiego oświecenia. Dziś jednak najbardziej znanym jego dziełem jest powiastka filozoficzna Kubuś Fatalista j jego pan, która pierwotnie nie była przeznaczona do publikacji, a po raz pierwszy ukazała się drukiem dopiero w roku 1796.

Wydanie, które trafiło do moich rąk, przedmową opatrzył tłumacz – Tadeusz Żeleński (Boy) i choć od jej napisania minęło już sporo czasu (jak sądzę opatrzono nim pierwsze polskie wydanie, a wtedy byłby to rok 1915), można tylko marzyć, by dziś choć dziesiąta przedmowa była napisana z takim mistrzostwem. Wzór niedościgły i absolutnie godny naśladowania. Wprowadza czytelnika, który zamierza spotkać się z Kubusiem i jego panem w sedno maniery tego utworu, zachęca, ale nie reklamuje, krótko wspomina to, co niezbędne i pomija wszystko, co nie jest konieczne. A potem już możemy podążyć za naszymi bohaterami.
Z bohaterami, którzy konno przemierzają Francję, nie spiesząc się, gdy nie zmuszają ich do tego okoliczności, i prowadząc długie rozmowy. Długie, wręcz niekończące się. Początkowo wydaje się, iż ich tematem będą miłosne historie z życia Kubusia, ale ten jest okropnym gadułą, na dodatek domorosłym filozofem, co sprawia, iż nie ma końca dygresjom, wątkom pobocznym i innym przedłużaczom. Jakby tego było mało, ciągle wydarza się coś, co sprawia, iż ktoś musi opowiedzieć inną historię, a Kubuś wciąż nie może nawet dobrze zacząć swojej. Czy w końcu ją opowie, i jaki będzie jej przebieg, tego oczywiście nie zdradzę, przeczytajcie sami.

Dygresje i wtręty pochodzą nie tylko od postaci zaludniających świat tej powiastki. Autor zwraca się też bezpośrednio do czytelnika, który być może nigdy nie miał zaistnieć. Taka zabawa piórem? Diderot pisał bowiem do szuflady i nie mam pewności, czy w czasie, gdy tworzył Kubusia, miał w planach publikację, choćby po śmierci, czy ją chociaż ewentualnie dopuszczał w bliżej nieokreślonej przyszłości. Jakby nie było, kieruje się wielokrotnie wprost do przyszłego odbiorcy tekstu, toczy z nim swego rodzaju grę. A jaka jest tematyka tych przenikających się warstw i zabiegów literackich?

Bardzo różnorodna. Mamy lekko podane tematy filozoficzne; ogólnoludzkie. Mam tematy społeczne z mocno podkreśloną krytyką realiów ówczesnej Francji, posuwające się aż do przepowiedni okropieństw Rewolucji. Trzeba jednak pamiętać, że od powstania Kubusia minęły już dwa wieki z okładem. W moim odczuciu pewne aspekty przemyśleń i obserwacji Diderota mocno się zdezaktualizowały, podczas gdy inne, gdyż są nadal aktualne, pokazują swą zdwojoną moc, jako że ani upływ czasu, ani kolejne rewolucje, niczego nie zmieniły, choć powinny. Nie zmieniły przede wszystkim natury człowieka, zwłaszcza jej mniej chwalebnych aspektów, podobnie jak wypaczeń Kościoła Katolickiego, który został przez Diderota poddany miażdżącej krytyce.

Książeczkę czyta się dobrze, choć nie wciąga. Łatwo od niej odejść, by potem niespiesznie równie łatwo do niej wrócić. Może nie bardzo się ona nadaje na dzisiejsze, zabiegane czasy, gdyż nie ma w sobie tego magnetyzmu sprawiającego, iż się oderwać nie można. Z drugiej strony ma w sobie urok, dzięki któremu można ją czytać nawet przez tydzień, z ciągłymi przerwami, i w każdym momencie się nią delektując, niby butelką dobrego koniaku, po który sięgamy tylko wtedy, gdy mamy chwilę spokoju, by ją poświęcić tylko jemu.

Kubuś jest potencjalną kopalnią sentencji i cytatów, choć z drugiej strony wiele z zawartych w nim mądrości pokryło się patyną. Ambiwalencja jednak wpleciona przez Diderota w dialogi jego bohaterów, w ich postawy i zachowania, daje możliwość odczytywania ich na różne sposoby i poszukiwania prawdy we własnym zakresie. Kubuś z jednej strony jest fatalistą, co wyraźnie deklaruje, jednak z drugiej, w chwilach wymagających działania, potrafi być nad wyraz aktywny i działać nie oglądając się na przeznaczenie. Podobnie jest w Kubusiu z wieloma rzeczami, co pewnie ma zmusić czytelnika do myślenia, do znalezienia własnych odpowiedzi, a nawet własnych pytań. I w tym względzie, choć eksperymentalna forma, w czasach jego powstania uznana pewnie za ekscentryczną, dziś już nikogo nie dziwi, jest Kubuś Fatalista i jego pan prawdziwie ponadczasowy. Rzecz absolutnie warta poznania, choć dla czytelnika interesującego się historią i filozofią raczej jako ciekawostka, gdyż do jego wyobrażenia świata niczego nowego nie wniesie. No i jak z tym koniakiem lub winkiem – lepiej wybrać na lekturę czas spokojny, może jakiś urlopik, by ją smakować i się nią delektować

Wasz Andrew

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Niemiecka amfibia gąsienicowa LWS




Танк на поле боя № 46 и 47

LWS германская гусеничная амфибия (Часть 1 и 2)

Czołg na polu walki 46 i 47. Niemiecka amfibia gąsienicowa LWS (cz.1 i 2)

Иванов С.В.

Wydawnictwo: Московское Общество Истории Техники 2009

Od czasu przemian ustrojowych miłośnicy sprzętu pancernego i historii techniki wojskowej mają z roku na rok łatwiejszy dostęp do coraz to większej ilości informacji i materiałów graficznych z ukochanej dziedziny. Mamy na rynku spory wybór polskich książek, albumów i broszur, zarówno z pierwszej, jak i z drugiej ręki. Coraz łatwiej też o wydawnictwa obcojęzyczne, które z reguły są bardziej interesujące od rodzimych, w których nierzadko można się doszukać powierzchowności, wtórności, jeśli nie wręcz śladów techniki kopiuj-wklej. Największą popularnością, ze względów językowych oczywiście, cieszą się publikacje anglojęzyczne. Ja jednak proponuję dziś zwrócić uwagę na mocno niedoceniany sektor języka rosyjskiego. Dlaczego? Przede wszystkim pochwalić go należy za możliwość dostępu do unikalnych wręcz materiałów, których próżno szukać u konkurencji. Jako przykład posłuży nam opracowanie traktujące o niemieckich amfibiach gąsienicowych LWS (Landwasserschlepper) z okresu II Wojny Światowej.

Jeśli chcemy po raz kolejny obejrzeć te same zdjęcia Tygrysa lub T-34, lub po raz n-ty przeczytać o tych konstrukcjach, nie będzie problemu. Znajdziemy opracowania po polsku, a po angielsku wybór będzie potężny. Niemiecki też będzie przydatny. Pewne problemy zaczynają się, gdy chcemy poznać jakąś mniej znaną konstrukcję, jak choćby amfibię LWS. Zaczyna brakować źródeł. Internet też niewiele nam w tym pomoże. Nawet w prześwietnym portalu AchtungPanzer! będącym kopalnią wiedzy o niemieckim sprzęcie pancernym IIWŚ znajdziemy ledwie krótką notkę o LWS i dwa zdjęcia. I tutaj zęby pokazują wydawnictwa rosyjskie. Rosjanie chyba uwielbiają nietypowe konstrukcje, ciekawostki z historii techniki i nauki, a w każdym bądź razie takie można odnieść wrażenie widząc bogactwo informacji o nich, jakie można uzyskać poszukując w materiałach publikowanych po rosyjsku. Typowym przedstawicielem tej dziedziny wiedzy i sposobu jej popularyzowania jest historia LWS zawarta w dwóch kolejnych numerach (46 i 47) serii wydawniczej Czołg na polu walki. Opracowanie objętością przypomina nieco anglojęzyczne In Action lub nasze rodzime Militaria i ma 117 stron (cz. 1 -58, cz. 2 – 59). W dwóch zeszytach zgromadzono zadziwiająco obszerny materiał zdjęciowy i niesamowicie szczegółową historię tego marginalnego przecież epizodu II Wojny. Próżno szukać czegoś podobnego na naszym rodzimym rynku, a i w literaturze anglojęzycznej nie udało mi się znaleźć niczego więcej na ten temat. Polecam absolutnie wszystkim fascynującym się tą tematyką, również modelarzom, a pozostałych namawiam na zainteresowanie się wydaniami w języku Puszkina i Gogola, gdyż mogą się okazać kopalnią nowych, interesujących materiałów

Wasz Andrew

niedziela, 21 kwietnia 2013

Losy książek






"habent sua fata libelli"
- (łac.) "książki mają swoje losy"
Terentianus Maurus De litteris, de sillabis et metris 

czwartek, 18 kwietnia 2013

O życiowych planach



"Skoro jednak wszyscy wiemy, że jesteśmy śmiertelni, dlaczego tak rzadko uwzględniamy śmierć w swoich planach?"

James Herbert Nikt naprawdę

środa, 17 kwietnia 2013

refleksje z Rudym Ormem w tle





Jak pewnie wiedzieliście z zapowiedzi, miałem zamiar napisać o książce, która w pewnych okresach mogła uchodzić za najbardziej znaną powieść skandynawską. Chodzi o Rudego Orma pióra Fransa Gunnara Bengtssona. Postanowiłem jednak odłożyć to do momentu, gdy ponownie ją przeczytam, gdyż zauważyłem, iż z biegiem czasu wszystko się zmienia. Ameryki nie odkryłem, fakt. Zmieniają się jednak nie tylko nasze oceny dawnych lektur, jak się spostrzegłem po ponownym przeczytaniu Tajemniczej Wyspy, ale zmienia się nawet spojrzenie na książki przeczytane nie tak dawno temu, jak u mnie w przypadku powieści Czarne. Co powoduje tak szybką zmianę punktu widzenia? Czas. Czas, w którym mogliśmy poznać coś bardziej wartościowego, przeżyć coś ciekawego, zobaczyć coś inspirującego. Skoro więc nie o Rudym Ormie dziś będzie, to o czym? O refleksji, która mnie naszła w związku z tą niedoszłą recenzją.

Kiedyś kupiłem przez Allegro w jednym z antykwariatów w Bielsko-Białej książkę, której jednak nie otrzymałem. Gdy rozpocząłem procedurę antyoszustową w tym portalu aukcyjnym, gość mi wysłał „sztukę”, by mieć dowód nadania. Był to jakiś wydawniczy śmieć tak spleśniały, iż natychmiast wyrzuciłem go do kosza, by syfa jakiegoś nie załapać. Straciłem raptem kilka złotych, a znając zaangażowanie naszych organów ścigania i wymiaru „sprawiedliwości” w takie sprawy o znikomej wartości szkody – dałem sobie spokój i przekonałem sam siebie, że to tylko szokujący wyjątek, bo jednak kontakt z książkami wpływa pozytywnie na ludzi.

Mając zamiar z pamięci opisać dawne wrażenia z lektury przygód Rudego Orma postanowiłem poszukać w sieci okładki z tego właśnie wydania, które miałem przyjemność kiedyś poznać. I okazało się, iż jeden z antykwariatów w Łodzi ma na sprzedaż na Allegro akurat to wydanie. Zdjęcie okładki było jednak przesłonięte napisikiem z nazwą owego sklepu niegodnego nazwy antykwariatu, a dlaczego tak o nim piszę, zaraz się wyjaśni.

Napisałem e-maila z prośbą o nadesłanie zdjęcia bez owych ozdobników i wyjaśniłem do czego zostanie użyte. Liczyłem na to, że jeśli nie uprzejmość, to może chociaż zwykły dobrze pojęty własny interes każe im przychylić się do mojej prośby. Wyjaśnię tutaj, iż wówczas była to jedyna oferta sprzedaży Rudego Orma w sieci i pozytywna recenzja na pewno pozwoliłaby sprzedać tę książkę szybciej i drożej. Jakżeż się zawiodłem. A może w końcu otrzeźwiałem? Po raz kolejny się przekonałem, iż dobrego czy złego, mądrego czy głupiego, równie łatwo spotkać można przy łopacie, co między książkami. Może nawet wśród elit w naszym kraju trudniej znaleźć prawdziwego człowieka, niż wśród marginesu. A co się konkretnie stało?

Otrzymałem nie tylko propozycję kupna tego zdjęcia (sic!), ale także i obszerny wykład na temat tego, że jest ono chronione prawami autorskimi i po to są owe „znaki wodne” zaimplementowane w Allegro. Oczywiście nie podjąłem tematu. Po co tracić czas na dalszą rozmowę z kimś, kto nie ma pojęcia o zwykłej ludzkiej życzliwości i jakichkolwiek wartościach, o prawie nie wspominając? Przecież tego zdjęcia już nikt więcej nie będzie oglądał po tym, jak ów egzemplarz zostanie sprzedany. Pies z kulawą nogą się nim więcej nie zainteresuje. W jakim kontraście jest to podejście do tego, gdy się zwracałem do autorów naprawdę pięknych i interesujących zdjęć z krajów starej Europy. Zgadzali się oni od razu, gdy otrzymywali informację, iż fotki zostaną wykorzystane w konkretnym miejscu i na określonych zasadach. Nawet byli wdzięczni, że temat, który kiedyś uznali za interesujący czy ważny, znalazł uznanie i będzie szerzej popularyzowany. Na tym jednak nie koniec. Okazało się, że żyjąc między książkami można propagować pseudowiedzę i pozostać człowiekiem ograniczonym. Nie przyszło nigdy tej osobie z nibyantykwariatu poczytać przepisów prawa, ale uważa się za jego znawcę. Gdyby choć trochę poznała temat, wiedziałaby czym się różni mechaniczne odwzorowanie obiektu dwuwymiarowego od pracy twórczej podlegającej ochronie w tzw. Prawach autorskich, o czym zresztą nie tak dawno pisałem. Jest oczywiste, że na Allegro pojawiają się grafiki różnego rodzaju, również fotografie, które takiej ochronie podlegają i w tym celu Allegro proponuje możliwość używania znaku wodnego. Pewnie również dla celów reklamowych, ale to inna para kaloszy. Reasumując – jeszcze jedna z niezliczonych nauczek z cyklu, iż nie suknia, ani nie książka czyni człowieka. Nie tytuł, stanowisko ani pieniądze. Każdego trzeba oceniać indywidualnie. Obym znów o tym nie zapomniał, i więcej o nikim nie założył z góry niczego dobrego ani złego, czego i Wam życzę


Wasz Andrew

wtorek, 16 kwietnia 2013

Filozofia Kalego

czyli o polskiej bankowości


Od wczoraj wszyscy się podniecają, iż gdański

bankomat zwariował i wypłacał podwójnie




Jak dziś czytamy i słyszymy, gdyż temat okazał się dobry i dla radia, i dla netu, ostatniej nocy jeden z gdańskich bankomatów PKO BP oszalał i zaczął wypłacać dwa razy tyle, ile się zadysponowało, a z konta ściągał właścicielowi karty tylko zadeklarowaną kwotę, czyli połowę wypłaconej. W środku nocy momentalnie przed maszyną utworzyła się kolejka; ludzie dzwonili po znajomych, ci po następnych.

Bank oczywiście już straszy, że będzie dochodził zwrotu gotówki od tych, którzy nie oddadzą jej dobrowolnie*.

A ja mam propozycję. Niech sobie bankowcy wejdą do swego banku i zobaczą wywieszkę:

"Po odejściu od kasy reklamacji nie uwzględnia się."

Może należy dopisać - ta zasada działa zawsze tylko w jedną stronę? No bo jak tłumaczyć zachowanie banku? Nie tylko tego zresztą, gdyż podobne sytuacje już się zdarzały i scenariusz był zawsze taki sam.

"Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy (...) to jest zły uczynek (...). Dobry, to jak Kali zabrać komu krowy"**

 Pewnie część z Was pomyśli, że to objaw mentalności kapitalistycznej. Ja jednak, jak dziś, pamiętam zdarzenie, które miało miejsce ze dwadzieścia lat temu, też w PKO BP, choć skrót ten wtedy odpowiadał nieco innemu pełnemu brzmieniu. Od tego zresztą momentu PKO BP omijam z daleka. Otóż miałem wówczas książeczkę oszczędnościową PKO na którą wpłat dokonywałem zawsze w tym samym oddziale. Pewnego dnia znów, jak zwykle, dokonałem wpłaty. Dla tych, którzy nie pamiętają już owych czasów, wyjaśnię, iż z książeczki wyrywało się wyznaczony perforacją fragment kartki, na którym wypisywało się ile wynosi wpłata oraz stan po wpłacie, a kasjer po przyjęciu gotówki wpisywał w książeczkę ile wpłacono, stan oszczędności po wpłacie, składał podpis i przystawiał pieczęć, a karteczkę zabierał do księgowości, skąd potem trafiała do archiwum. Jak zwykle po dokonaniu wpłaty sprawdziłem w książeczce ostatni wpis (stan konta po wpłacie) i poszedłem do domu. Po jakimś czasie dostałem wezwanie do banku, gdyż podobno kasjerka się pomyliła i wpisała mi za duży stan konta po operacji. Otwieram książeczkę i patrzę, a ona wpisała, czego nie sprawdziłem wcześniej, za małą kwotę wpłaty - jedno zero mniej, a stan po operacji zgodny z prawdą. Idę do banku pewny swego i mówię jak było, a oni na to, że nie wpłata jest błędna, tylko stan po wpłacie. No to ja na to, że przecież mogą wyciągnąć z archiwum mój odcinek wpłaty i zobaczyć, co jest na nim napisane. I tu niespodzianka. Bankowcy powiedzieli, że niczego nie będą szukać, tylko mam dopłacić. No to ja, że nie zapłacę. No to oni, że spotkamy się w sądzie. Ja na to, że bardzo chętnie, a tymczasem chcę dokonać wypłaty z książeczki. Oni na to, że nic z tego, gdyż do czasu prawomocnego zakończenia postępowania sądowego, które będą przeciągać jak tylko będą mogli, nie wypłacą mi ani grosza. No to ja, że chcę zlikwidować normalne nowoczesne konto, które też u nich mam. Na to oni, że też mi już je zablokowali, jako dłużnikowi banku, do czasu zakończenia postępowania. Oczywiście dla świętego spokoju dopłaciłem co chcieli i zaraz potem zlikwidowałem i książeczkę, i konto. Na odejście powiedziałem im, że prawdziwa komuna nie umarła, ale żyje w ich głowach. Od tego czasu unikam PKO BP jak ognia. Jak widzę nie miałem racji, to nie komuna była winna ich postawie. To mentalność bankowca, siostra mentalności Kalego, która, jak widać po zachowaniu w sprawie sfiksowanego bankomatu, jest zawsze taka sama. Mijają pokolenia, przemijają ustroje, a banki zawsze muszą wyjść na swoje. Szkoda tylko, że coraz częściej na bezczelnego.

I ostatnia refleksja - w czasach papierków można było jeszcze dochodzić swych praw, choć nieraz nie było sensu się szarpać. Nawet nie chcę myśleć, jak by wyglądał mój przypadek sprzed lat w realiach bankowości elektronicznej i sądów, dla których komputer to magiczne pudełko a system operacyjny to wyrażenie rodem z s-f.

Wasz Andrew

* Opis przypadku za Radio Zet, Radio Gdańsk, Sfora.pl
 ** W pustyni i w puszczy Henryk Sienkiewicz

niedziela, 14 kwietnia 2013

Cytat na niedzielę



"Gdyby zwierzę zabiło z premedytacją, byłby to ludzki odruch."

Stanisław Jerzy Lec

Czy ktoś wie, z  jakiej publikacji  ta sentencja pochodzi?

sobota, 13 kwietnia 2013

Na co 1% podatku?



Nadchodzi ostateczny termin rozliczenia rocznego. Jeśli dotąd nie zdecydowaliście na co przeznaczyć swój 1% podatku, to Was rozumiem. Ostatnio mam coraz większe wątpliwości, co do celowości wspierania fundacji mających wyręczać państwo w jego zadaniach, i do wielu innych też. Może takie wyjście będzie rozwiązaniem - bezpośrednie wsparcie dla placówki zajmującej się konkretną ochroną i ratowaniem zagrożonych gatunków: Ośrodek Rehabilitacji Zwierząt Chronionych w Przemyślu.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Stuart In Action i nieoczekiwane znalezisko


 

Steve Zaloga 

STUART 

U.S. Light Tanks in Action 

squadron/signal publications 
ARMOR NO. 18

Dziś przedstawiam kolejną broszurę z serii ARMOR wydawnictwa squadron/signal, jak się można domyślić z tytułu, poświęconą głównie czołgom lekkim Stuart, ale nie tylko, gdyż w podtytule mamy informację, iż będziemy się mogli zapoznać nie wyłącznie z jedną konstrukcją i jej linią rozwojową, ale i ogólniej; z lekkimi czołgami amerykańskimi II Wojny Światowej.

Zawsze zadziwia mnie ten cykl wydawniczy; ile informacji i zdjęć można zmieścić na 50 stronach; jak przemyślany wybór pomiędzy tym, co zostawić, a tym, co odrzucić, może skutkować sukcesem i sporą ilością wiedzy, którą udało się zawrzeć w tak skromnej objętościowo publikacji.

Dzięki książeczce poznamy przedwojennych protoplastów czołgów lekkich Stuart, rozwój tej ostatniej konstrukcji pod wpływem rosnących wymagań pól bitewnych II Wojny, aż po krótką historię następcy Stuartów, czyli lekkiego czołgu M24 Chaffee, który jednakowoż był całkiem nową konstrukcją nie będącą pod względem zastosowanych rozwiązań kontynuacją M3/M5 Stuart.

W mojej ocenie publikacja jest bardzo udana. Zdjęcia dobrane z dużym wyczuciem i znawstwem, a zasób wiedzy, o czym już wspomniałem, niesamowity, biorąc pod uwagę objętość wydania. Oczywiście nie jest to pozycja godna polecenia miłośnikom romansów, ale dla zainteresowanych bronią pancerną, II Wojną, czy w ogóle zainteresowanych techniką lub historią, jest ta pozycja wydawnicza warta poznania.

Wielu „historyków” uważa, że takie informacje nie są im potrzebne. Wystarczą im relacje i liczby. Ja się z tym nie zgadzam. Wiedza o datach i nazwiskach to nie jest historia. W gromadzeniu jej, wyszukiwaniu i podawaniu na życzenie, i tak nigdy człowiek nie prześcignie komputera. Nie mylmy narzędzia z działalnością. To nie pług orze pole, ale rolnik przy pomocy pługa. To nie znajomość faktów czyni historyka, ale jest ona jego narzędziem. Nie jedynym, jeśli historyk ma być cokolwiek wart.

Prawdziwa historia jako nauka, to dla mnie poszukiwanie odpowiedzi na pytania, które wciąż się pojawiają przy ustalaniu przyczyn i skutków zdarzeń, które zaistniały. Nowe odpowiedzi rodzą nowe pytania i tak w kółko. Może nie aż tak, jak w matematyce czy fizyce, ale podobnie. A odpowiedzi czasami przychodzą w najmniej oczekiwanych momentach, z najmniej spodziewanych miejsc.

Polacy byli najlepszymi pilotami na świecie. Prawie każdy słyszał ten durny slogan. Durny już z samej swej konstrukcji. Od razu można zapytać - kiedy? Od razu można zapytać - w jakiej kategorii? Wiadomo, że takie oceny łechcą dumę wszystkich nieudaczników, którzy własnej wartości nie czując, muszą się pod coś podczepić i nie jest ważne, czy to Legia, Małysz, czy polscy lotnicy. Co to ma wszystko wspólnego z amerykańskim czołgiem lekkim? Spójrzcie na zdjęcie poniżej pochodzące z omawianej publikacji. Czy ci amerykańscy piloci, których maszyny widzimy ponad formacją czołgów, nie byli aby co najmniej równie szaleni i dobrzy w swym fachu co nasi? Nieoczekiwane odpowiedzi w nieoczekiwanych okolicznościach.

 (kliknij aby powiększyć)


Czołg lekki nie jest specjalnie popularnym tematem. Większość pancerniaków podnieca się czołgami ciężkimi, tą potęgą ognia, silników i pancerza. Wielu myśli, iż ta gałąź genealogiczna broni pancernej, której przedstawicielem był Stuart, obumarła całkowicie, gdyż na dzisiejszych teatrach działań wojennych królują MBT (Main Battle Tank), które w prostej linii wywodzą się od Tygrysa, jak Abrams, Leopard, Leclerc czy Challenger. Tak jednak nie jest. Historia znów mrugnęła oczkiem. Spójrzcie na niemiecki lekki pojazd gąsienicowy Wiesel poniżej. Niczego Wam nie przypomina?

(Niemiecki pojazd pancerny Wiesel zdjęcie: Nick-D Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0)


No – dość tych dygresji. By jakoś w miarę zgrabnie zakończyć, podkreślę, iż pomimo pozornie niezbyt porywającego tematu i niewielkiej objętości, lektura tego zeszytu i zapoznanie się z zawartymi w nim zdjęciami to rzecz ciekawa. Polecam wszystkim, którzy choć trochę interesując się tematyką


Wasz Andrew



(kliknij aby powiększyć)