Pokazywanie postów oznaczonych etykietą foto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą foto. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 marca 2014

O prawdzie



…w naszym niezwykle złożonym świecie nie ma czegoś takiego jak prawda absolutna. Istnieje raczej wiele różnych prawd, niekiedy niespójnych czy wręcz całkiem sprzecznych. Prawda jest w najlepszym razie trudno definiowalna, w najgorszym – zwyczajnie nie istnieje. Każdy z fotografowanych przeze mnie tematów odsłaniał różne oblicza świata, które uznałem za warte komentarza. Nawet jeśli moje zdjęcia nie ukazują „prawdy” jako takiej, to z pewnością stanowią próbę wyrażenia mojego spojrzenia na rzeczywistość. Mogę jedynie mieć nadzieję, że stanowią one inspirację, zachętę do przemyśleń i wartościowy materiał dla innych.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Kanon fotografii




Bruce Barnbaum

Kanon fotografii. W poszukiwaniu indywidualnego stylu


(oryg. The Art of Photography: An Approach to Personal Expression)
tłumaczenie: Piotr Cieślak
wydawnictwo: HELION 2012

Podręczników fotografii, cokolwiek by to miało znaczyć, miałem już w rękach wiele. Niektóre z nich nawet przeczytałem; częściej fragmentarycznie, rzadziej w całości. Przyczyna jest oczywista – jako podręczniki zwykle powielają te same informacje, do znudzenia, a nawet do bólu. Kiedy w lokalnym konkursie fotograficznym wygrałem książkę Bruce’a Barnbauma Kanon fotografii. W poszukiwaniu indywidualnego stylu i przeczytałem na okładce, iż jest to „najbardziej literacki, przystępny i przekrojowy podręcznik poświęcony fotografii”, ale jednak podręcznik, od razu powędrował na dół stosu zaległych lektur czekających na moje zmiłowanie, gdzie odleżał ładnych kilka miesięcy. Jedyną podręcznikową książką o fotografii, którą dobrze wspominam, jest Książka o fotografowaniu Andrzeja A. Mroczka, właśnie dlatego, że nie jest to stricte podręcznik, a po prostu przypominająca rozmowę z mistrzem książka o fotografowaniu.

W końcu, jakiś czas temu, przyszła kolej i na dzieło Barnbauma. Autor jest z wykształcenia matematykiem, z przekonania obrońcą natury, a z hobby i profesji znanym, uznanym i docenianym fotografem amerykańskim, instruktorem fotografii oraz pisarzem. Kanon nie jest jego pierwszą książką, która odniosła sukces, a lista jego wiktorii na niwie foto jest zbyt długa, by się nią tutaj zajmować. Będąc przekonanym, iż poziom merytoryczny będzie wysoki, w końcu to jednak najwyższa liga światowa, ale nie przekonany, iż lektura będzie ciekawa, otworzyłem książkę.

Od razu zauważyłem jedno i wyraźnie to podkreślam; nie jest to książka dla absolutnie początkujących, o ile nie ma być tylko interesującą lekturą, ale i służyć ku nauce. Jeśli nie masz w małym paluszku absolutnych podstaw, jeśli nie do końca wiesz, do czego służy przysłona i migawka, co to czułość i głębia ostrości oraz co je ze sobą łączy, uzupełnij te braki zanim zaczniesz czytać. To jednak tylko taka dygresja – wróćmy do meritum.

Wydanie, choć prezentuje się elegancko, jest w bardzo nieporęcznym formacie, w dodatku czcionka jest mała, co nie ułatwia lektury, zwłaszcza poza fotelem. O czytaniu w pociągu, nie mówiąc o autobusie, zapomnijcie. Na leżąco też są z tym kłopoty. To minusy dotyczące nośnika. Teraz o tłumaczeniu. Największy (i na szczęście jedyny) mój żal do tłumacza, to… Tytuł. Kanon fotografii to w moim odczuciu nie to samo co Sztuka fotografii, a W poszukiwaniu indywidualnego stylu to nie to samo co Dochodzenie do osobistej ekspresji. Wiem, moje brzmi może nie tak ładnie, można to zrobić lepiej, ale czyż tytuł nie powinien być w zgodzie z treścią? A niestety wydźwięk książki jest taki, iż nie należy szukać własnego stylu, co grozi określonymi konsekwencjami, ale starać się przez swą sztukę pokazać to, co się czuje. Styl sam się pojawi. Drugie ogólne przesłanie jest takie, że na ma, tak jak chyba w każdej innej dziedzinie sztuki, żadnego kanonu. Są pewne reguły, ale tylko po to, by je świadomie łamać, jeśli mamy przekonanie, iż jest to celowe. Polski tytuł, w przeciwieństwie do oryginału, jest niejako tych tez zaprzeczeniem. Ta niezgodność tytułu oryginalnego i polskiego, jak się później okazało przekładająca się na wspomnianą rozbieżność z treścią i przesłaniem książki, też na pewno wpłynęła na niechęć, z jaką zabierałem się do lektury. Na szczęście ta niechęć bardzo szybko się ulotniła.

Nieczęsto się okazuje, by górnolotne sformułowania z okładek odpowiadały prawdzie. Bruce Barnbaum jednak jest i literacki, i przystępny, i przekrojowy. Być może jego ścisły umysł nadał jego sztuce fotograficznej i książce to coś, czym tchną dzieła Leonarda. Finezję i subtelność z nienaruszalnym szkieletem konkretnej wiedzy. Świadomość względności, absolutu i granicy między nimi. Gdy pisze o technice, jest prosty, klarowny i przypomina styl wykładu uzdolnionego pedagogicznie matematyka lub fizyka. Gdy opowiada o sztuce, jego proza staje się poezją. Widać, że nie tylko wie, o czym pisze, ale i potrafi pisać o tym, co czuje.
Jak już napisałem, Kanon fotografii nie omawia żadnych kanonów. Jeśli już o jakichś wspomina, to tylko po to, by zachęcić do ich łamania. Otwiera jednak oczy czytelnika na wiele aspektów, do których bystry obserwator uzbrojony w odpowiednią wiedzę i mający duszę artysty mógłby dojść sam po pewnym czasie i przy odrobinie szczęścia. Niewielu z nas jednak ma równą jak autor wiedzę, dziesiątki lat na zbieranie doświadczeń i równie wrażliwą artystyczną duszę. Jest to więc szansa by pójść na skróty w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie kopiować kolejne triki czy kompozycje, ale poznać najbardziej wartościowe elementy wiedzy fotograficznej – przemyślenia mistrza na głębsze tematy, które stanowią o różnicy między sztuką a kiczem.


Oczywiście w książce znajdziemy też i wiedzę bardziej konkretną. Choćby system strefowy objaśniony w sposób perfekcyjny – pełny i przystępny jednocześnie, czego dotąd spotkać mi się nie zdarzyło. Ciekawe wiadomości z optyki mogą zainteresować nie tylko fotografów, a bezkompromisowy sposób w jaki autor rozprawił się z mitem „obrazu bez obróbki” szczególnie mi przypadł do gustu, tym bardziej, iż ten bezsensowny zwrot ma wciąż zbyt wielu zwolenników i pojawia się coraz częściej już nawet w regulaminach konkursów. Takich „legend fotograficznych”, funkcjonujących na podobieństwo legend miejskich (urban legend), jest zresztą dużo więcej, jak choćby ta o celowości noszenia na stałe na obiektywie filtru (najczęściej UV) i podatni na plotki czytelnicy dzięki lekturze Kanonu mogą się od nich uwolnić, gdyż autor zawsze pisze dlaczego. Dlaczego uważa tak, dlaczego nie robi inaczej.

Klasę prawdziwego mistrza widać też w jego stosunku do innych Wielkich. Bruce często powołuje się na osiągnięcia innych tytanów fotografii oraz podkreśla ich dokonania, choć i potrafi wytknąć błędy nawet samemu Anselowi Adamsowi. Robi to jednak w taki sposób, iż jeszcze bardziej podkreśla szacunek jakim go darzy jako niedoścignionego w swej manierze artystycznej perfekcjonistę. Jednocześnie, podobnie jak wspomniany nasz rodzimy wirtuoz, czyli Andrzej Mroczek, ilustruje tekst tylko swoimi fotografiami. Jest to uzasadnione, gdyż tylko o nich wie wszystko; od technik, których użył, aż do najgłębszych odczuć, które doprowadziły do powstania tak pięknych i poruszających obrazów. A fotografie Barnbauma, których na szczęście w książce jest mnóstwo, są niesamowite. Choć przyznam, że kilka mi się nie podobało, a kilka innych nie do końca mnie przekonało, to obejrzenie pozostałych naprawdę było dla mnie dużym przeżyciem i na pewno niejednokrotnie będę się w nie jeszcze wpatrywał, że nie wspomnę o kilkunastu, a może kilkudziesięciu, w których zaiste widać tchnienie geniuszu.


Jeśli więc szukacie książki, która nauczy absolutnych podstaw lub poda na tacy zestaw algorytmów pozwalających obrobionymi w określony sposób fotkami zadziwić „znajomych” z sieci, to nie jest to raczej lektura dla Was. Jeśli natomiast chcecie czegoś, co da Wam wiedzę, przyniesie niezaprzeczalne przeżycia porównywalne z wizytą w najlepszej galerii sztuki w dodatku w towarzystwie mądrego przewodnika, który zadziwi Was wiedzą o fotografii, świecie i dziełach, które stworzył, jeśli pragniecie zajrzeć w siebie i spróbować rozwinąć zdolność zrozumienia, a potem ukazania własnego ja, to jest to rzecz, po którą warto sięgnąć.

Polecam absolutnie i z pełnym przekonaniem


Wasz Andrew



środa, 23 stycznia 2013

Podejdź bliżej



Bractwo Bang Bang

Migawki z ukrytej wojny

(org. The Bang-Bang Club)

Greg Marinovich, João Silva

tłumaczenie: Wojciech Jagielski
wydawnictwo: Sine Qua Non 2012

"Jeśli twoje zdjęcie nie jest wystarczająco dobre, znaczy to tylko, że nie podszedłeś wystarczająco blisko" – Robert Capa

Sięgając po tę książkę wiedziałem, iż będzie to coś niezwykłego. Wiedziałem, jak jeździec spinający konia do skoku przez przeszkodę wie, iż koń ją weźmie z zapasem. Innej opcji po prostu nie było. Szkoda tylko, że odpowiedzialny za wydanie, w przeciwieństwie do autorów, nie do końca stanął na wysokości zadania. Jakkolwiek tomik wygląda bardzo estetycznie, interesująco i do szaty graficznej okładki nie można mieć uwag krytycznych, to jednak wkładki ze zdjęciami wrzucone w treść ni w pięć, ni w dziewięć, nie są najlepszym rozwiązaniem. Moim zdaniem, trzeba było albo wpleść fotogramy tam, gdzie pierwszy raz o nich mowa, albo, co łatwiejsze i mniej eleganckie, ale i tak lepsze od zastosowanego w tym wydaniu rozwiązania, zgrupować je wszystkie w jednej dużej wkładce na początku lub końcu książki. Dużo gorsze są straszliwe i dość częste błędy takiej wagi, iż nawet uniemożliwiają zrozumienie całych zdań, i gdyby nie kontekst, czytelnik nie mógłby się domyślić, co też autorzy mieli na myśli. Inne z kolei rozśmieszają swą infantylnością, jak choćby barki lecące kilkadziesiąt dni w górę rzeki. Czemu uciekło to wszystkim recenzentom, których opinie poznałem przed sięgnięciem po książkę… Na szczęście treść broni się tak świetnie, iż nawet wspomniane fuszerki, choć momentami mocno denerwujące, nie są w stanie nawet na chwilę przyćmić zalet Bractwa Bang Bang.

Lubię dobre książki. Prawda czy fikcja, ważne by dobre. Jest jednak rodzaj opowieści, który uwielbiam ponad wszystko. Subiektywny, niejednokrotnie wypaczony niczym zdjęcie zrobione pod złym kątem, ale prawdziwy ponad wszystko. Świadectwo. Słowo w znaczeniu bliskim biblijnemu, będące prawie na wymarciu, a jakże celne i zupełne. Io so*. Wiem, gdyż widziałem, przeżyłem, a teraz świadczę, iż tak właśnie było. Właśnie takim świadectwem jest niniejsza książka.

Było fotoreporterów wielu, ale tylko czterech było tych, których nazywano Bang Bang Club. Z początku luźna znajomość, przerodziła się w przyjaźń pod ogniem serii z kbk AK** i przy wtórze wrzasków mordowanych ludzi. Teoretycznie do bractwa mógł wejść każdy. Każdy, kto nie bał się podejść do śmierci na tyle blisko, by móc zobaczyć gasnące oczy ofiar w wizjerze swego aparatu, kto był gotów zawsze popędzić tam, gdzie miał nastąpić wybuch przemocy, kto znał Afrykę na tyle, by być dla pozostałych równorzędnym partnerem. Czterech muszkieterów fotografii wojennej; Greg Marinovich, João Silva, Ken Oosterbroek i Kevin Carter. Choć jeździli fotografować również inne wojny, to właśnie Afryka zmieniająca się z białej na czarną była ich konfliktem. Wojną, której się poświęcili od początku do końca jej trwania, a ona wyniosła ich od zera aż na szczyty kariery fotografa dokumentalisty. Dwóch zapłaciło za to życiem, dwóch pozostałych: Greg i João: choć poranieni psychicznie i fizycznie, postanowili napisać o tym, jak było, gdyż to nieprawda, iż obraz jest wart tysiąca słów. To nie obraz, a słowo stało się ciałem i oni też postanowili nadać ciało swym wspomnieniom i swym zdjęciom. Zastosowali ciekawe rozwiązanie – jedynym narratorem jest Greg, choć jest to świadectwo ich obu wzbogacone tym, czego dowiedzieli się również z relacji innych osób. Zawsze jednak podkreślone jest co widzieli sami, a czego dowiedzieli się pośrednio i w jaki konkretnie sposób.

Wbrew tytułowi nie jest to tylko opowieść o przemocy, cierpieniu i śmierci, o uwiecznianiu tego wszystkiego na zdjęciach. To również przejmująca relacja z najgorszej z możliwych wojen; z wojny domowej. Zauważamy, iż ci goniący za drastycznymi ujęciami faceci, posądzani o stworzenie snobistycznego bractwa, są w rzeczywistości wrażliwymi, otwartymi ludźmi i bystrymi obserwatorami. A wnioski z ich obserwacji nie są wesołe.

Widzimy jak Biali, którzy najpierw przenieśli Czarnych do miast, potem ich z nich wygnali i zamknęli w wiejskich gettach pozostawiając w miejskich dzielnicach biedoty tylko niewielu, których potrzebowali jako niewolniczej siły roboczej dla swego rasistowskiego raju. Gdy okazało się, iż nie da się drogą masowych represji ani zakulisowych machinacji powstrzymać wyborów, które Czarni musieli wygrać, napuścili jednych Czarnych na drugich i na nich zwalili całą winę za rozlew krwi, choć byli nie tylko animatorami, ale i czynnymi, choć tajnymi, uczestnikami niezliczonych morderstw. Widzimy, jak w każdej innej wojnie, że i ta wzięła się z pożądania władzy i pieniędzy. I jak w każdej wojnie; bogaci i ustosunkowani nie ponieśli żadnej odpowiedzialności, a szarzy, zwykli ludzie cierpieli i nawet po wygranej cierpią nadal.

Niektóre spostrzeżenia są wręcz szokujące, jak na przykład to, iż techniczne aspekty apartheidu, czyli przemoc prawna i administracyjna, mogą być bardziej okrutne i zniewalające niż przemoc fizyczna.

Dla wielu z nas, Polaków, którzy już jakby zapominamy o wartości, jaką jest wolność sama w sobie, jest ta opowieść przypomnieniem, iż wciąż wielu ludzi każdego dnia oddaje życie za to, czego my nie doceniamy, choć to mamy; za możliwość wrzucenia do urny kartki z naszym głosem. To przypomnienie, jak wielką wartością samą w sobie są wolne wybory, nawet jeśli nie załatwią one wszystkich problemów, jest jednym z wielu przesłań Bractwa.

Afryka i czarnuchy to ciemnota, brud i bieda. Nie ma się co oszukiwać – taki właśnie jest pokutujący i wciąż powszechny u nas stereotyp. A jednak czytając opowieść Marinovicha nie mogłem się powstrzymać od smutnej refleksji. W RPA, po pierwszych wolnych i powszechnych wyborach, powołano Komisję Prawdy i Pojednania, której jedynym celem było ustalenie wszystkich mechanizmów, które doprowadziły do niezliczonych zbrodni schyłku apartheidu, nawet za cenę bezkarności ich sprawców. Najważniejsze było wyjaśnić; by wiedzieć, by poznać prawdę. Ogłoszono amnestię i wielu się zgłosiło, by opowiedzieć o najciemniejszych stronach historii własnego kraju i własnej rasy. Obu ras. Wielu się nie zgłosiło, ale cel został w zasadzie osiągnięty, a wyniki działalności Komisji były porażające i przerażające. Jak się to ma do naszego IPN, którego celem, w odczuciu zbyt wielu, jest zemsta, a nie prawda? Sprzedaliśmy prawo do Prawdy, za prawo do Zemsty, z której i tak nic nie wyszło. Ciągle odżywają u nas nowe fale lustracji, dekomunizacji oraz weryfikacji i nikt nie jest niczego pewien. I kto tu jest prawdziwym czarnuchem? My, czy oni?

Tematyka historii RPA i tragedie, które ją ilustrują poprzez zdjęcia wykonywane aparatami Bractwa Bang Bang, nierozerwalnie przeplatają się z osobistymi historiami i dramatami głównych bohaterów. Postępująca degradacja ich psychiki pod wpływem stresu bojowego z jednej strony oraz wciąż obecne pytania o granice odpowiedzialności reportera i fotografa nie dawały im chwili odpoczynku. Czy ratować, czy fotografować? Nawet wtedy, gdy pomóc nie można, dylematy moralne atakują bezustannie i nie dają chwili wytchnienia. Osobiście mam wrażenie, i to potwierdza niniejsza lektura, iż idealnym fotoreporterem, podobnie jak żołnierzem, wbrew modnym tezom dzisiejszych psychologów, byłby człowiek z pewną dozą psychopatii pozwalającą na chłodną ocenę uczuć i zbagatelizowane problemów moralnych w sytuacjach, w których i tak nie ma się wyboru. A zwłaszcza wtedy, gdy nikt nie ma żadnego wyboru, gdy nikt nie może pomóc.

O szczerości opowieści świadczy wiele drobiazgów, jak choćby scena, gdy jeden z przyjaciół ma szansę przyblokować emisję zdjęcia drugiego, o którym wie, iż sięgnie ono po najwyższe trofea w branży. Myśl taka przelatuje mu przez głowę, a jednak ręka mu nie drży, gdy wybitne zdjęcie idzie w świat. Ręka nie drgnęła, ale myśl się pojawiła, i to go dręczy. Szkoda, że takie postawy są u nas tak rzadkie.

Wbrew temu, co może się wydawać, lektura nie jest dołująca. Nierówne, choć wartkie tempo, zmiany nastroju i napięcia, tematu i osób stojących na pierwszym planie, wszystko to sprawia, iż rzecz czyta się szybko i świetnie, z pewną specyficzną przyjemnością, jaką daje obcowanie z wybitnymi osobowościami, którym woda sodowa nie uderzyła do głowy. Wśród tych wszystkich okropności, które sprawiają, iż powinna być to lektura od lat osiemnastu, zdarzają się nawet perełki humoru, głównie czarnego, a scena, gdy João zostaje wysłany z zadaniem zrobienia fotoreportażu o miejskim stawie i wraca z cyklem zdjęć o kaczce to po prostu mistrzostwo świata. Na czym polega nie zdradzę – przeczytajcie sami.

I to ostanie zdanie niech będzie oceną końcową książki. Każdy musi tą opowieść przeczytać sam i sam po swojemu przeżyć. Dla mnie bomba


Wasz Andrew


* wł. Ja wiem.
** AK (ros. Автомат КалашниковаAutomat Kałasznikowa) system broni strzeleckiej konstrukcji ZSRR obejmujący modele różnych kalibrów i rodzajów, od pistoletów maszynowych, przez karabinki po karabiny, produkowana w niezliczonej ilości wersji, kopii i odmian narodowych; prawdopodobnie najpowszechniej używana broń palna na świecie.

wtorek, 31 lipca 2012

Fenomen K-5

czyli jak wybrać aparat fotograficzny


Zdjęcie reklamowe protoplasty K-5.

Każdy z mniej lub bardziej zaawansowanych fotoamatorów staje, od czasu upowszechnienia fotografii cyfrowej, przynajmniej kilka razy w życiu przed dylematem: co kupić. Kiedyś, w dobie fotografii analogowej, aparaty się tak nie starzały. Dobrze dobrana do potrzeb użytkownika lustrzanka czy dalmierzowiec niejednokrotnie służyły dożywotnio nie tylko nabywcy, ale i jego potomkom. Niestety, aparaty cyfrowe nieporównanie szybciej lądują na śmietniku. Z jednej strony powstają wciąż nowe modele o zdecydowanie lepszych parametrach, głównie w zakresie zależnym od elektroniki, czyli z lepszymi matrycami, AF*, stabilizacją i ekranami, a z drugiej, w przeciwieństwie do aparatów analogowych, żywotność elektroniki jest ograniczona, a naprawa awarii kluczowych elementów starego aparatu najczęściej okazuje się nieopłacalna lub w ogóle niemożliwa, chyba że na zasadzie kanibalizacji bliźniaczej jednostki, która też jednak będzie już miała swój wiek. Jak więc wybrać aparat, by ten spory niejednokrotnie wydatek przyniósł nam możliwie długo trwającą radość?

We wstępie wspomniałem, iż to pytanie nurtuje głównie amatorów. Dlaczego? Profesjonaliści wiedzą dokładnie, czego potrzebują i nie mają takich dylematów. Ponadto zwykle na początku swej zawodowej drogi dokonali wyboru i są przywiązani do wybranej marki i systemu. I bynajmniej nie wiążą ich sentymenty. Im większy format, tym zmiana systemu kosztowniejsza. Jeśli ktoś zainwestował w obiektywy i inny sprzęt równowartość luksusowego samochodu lub nawet domu, to będzie szukał nowego body, gdy przyjdzie czas, w tym samym systemie. Przywiązanie mocniejsze niż niejeden węzeł małżeński.

Amatorzy mają łatwiej. Nawet posiadacze lustrzanki obrośniętej w akcesoria mogą się przesiąść na sprzęt konkurencji, gdyż rynek wtórny sprzętu amatorskiego jest dość dobrze rozwinięty. Łatwo kupić i łatwo sprzedać; wystarczy zajrzeć do znanych serwisów aukcyjnych. Również większość forów internetowych poświęconych poszczególnym markom posiada swe giełdy używanego sprzętu. Jest w czym wybierać, tylko co wybrać?

Na temat wyboru sprzętu napisano już niezliczoną ilość poradników. By nie powtarzać podkreślę tylko, iż musimy sami się zastanowić, co i gdzie zamierzamy fotografować. Od tego zależeć będzie kategoria sprzętu, którego szukamy. Jeśli będziemy fotografować pejzaże, nie będziemy potrzebować długich ogniskowych, co z kolei niezbędne jest dla miłośników dzikiej przyrody. Jeśli chcemy uwieczniać sekrety świata mrówek, potrzebny nam sprzęt do makro. Ważne jest też, co chcemy robić z naszymi zdjęciami. Do publikacji w internecie lub domowym albumie wystarczy kompakt, jednak do poważniejszych zastosowań przyda nam się coś o lepszych parametrach. Sprostają temu w pewnym zakresie tylko nieliczne kompakty, ale zasadniczo należy zwrócić się wtedy w kierunku lustrzanek lub bezlusterkowców. To wszystko można wyczytać w sieci, prasie czy książkach. W czym więc problem?

Zauważyłem, iż nawet bardzo zaawansowani amatorzy, pomimo znalezienia odpowiedzi na powyższe pytania, dokonują wyborów irracjonalnych. Nic dziwnego, skoro wszyscy mistrzowie sprzedaży bezpośredniej twierdzą, iż sprzedaż z zasady jest irracjonalna. Z drugiej jednak strony, skoro ktoś ma wieloletnie doświadczenie i włożył dużo wysiłku w określenie swych wymagań, w zracjonalizowanie swej przyszłej decyzji, to dlaczego sama decyzja o zakupie bywa często intuicyjna?

Gdy mamy już sprecyzowane wymagania zaczynamy się zastanawiać, co wybrać spośród dziesiątek, a nawet setek modeli aparatów, które je potencjalnie spełniają. Oczywiste, że chcemy kupić coś możliwie najlepszego, za możliwie najmniejszą cenę. Zaczyna się szukanie w rankingach, testach sprzętu, pytanie na forach. I tu jest pies pogrzebany. Pułapkę jaką zastawia na nas agresywny marketing prześledźmy na przykładzie bardzo ciekawej konstrukcji, jaką jest lustrzanka cyfrowa Pentax K-5.





Pentax to firma z tradycjami, znana każdemu miłośnikowi fotografii, choć w naszym kraju niezbyt popularna. To taki sprzęt dla outsiderów w świecie zdominowanym przez Canona i Nikona. Pod koniec roku 2010 miało miejsce oficjalne wejście na rynek półprofesjonalnego Pentaxa K-5, który był bezpośrednim następcą K-7, chwalonego za niezwykle udany, uszczelniony korpus sprzedawany w zestawie z również uszczelnionymi obiektywami. K-5 otrzymał jednak całkowicie nowe wnętrze i we wszystkich liczących się testach zbierał niezwykle pochlebne recenzje za matrycę, bezkonkurencyjne tryby ISO pozwalające na zdjęcia w kiepskim świetle, ergonomię, wizjer, itd. Jednym słowem rewelacja, gdyby nie cena, która wynosiła na początku podajże 1460 Euro, czyli nawet po dzisiejszym kursie nieco ponad 6 tysięcy złotych. I ta uwaga jest podnoszona praktycznie we wszystkich opiniach, gdyż testy są robione wtedy, gdy jest największe zainteresowanie aparatem, czyli w momencie jego wejścia na rynek. W dodatku początkowe serie K-5 były dotknięte kilkoma wadami, o których również możemy w tych ocenach przeczytać. Jak więc wyglądają dzieje K-5 na rynku?

Pierwsze partie zakupili głównie napaleńcy skuszeni świetnymi parametrami, uszczelnianym korpusem nie do przecenienia w trudnych warunkach atmosferycznych, rewelacyjnymi wysokimi ISO oraz miłośnicy marki, dla których nic poza Pentaxem nie wchodziło w rachubę. Były to więc decyzje irracjonalne, za które stosunkowo wielu z nich zostało ukaranych wadliwymi egzemplarzami, które trzeba było odsyłać do serwisu. Jak ciężko się rozstać ze świeżym nabytkiem każdy wie i każdy może wyobrazić sobie taką gorycz. Najciekawsze jednak jest to, co działo się później, a właściwie dzieje się do dzisiaj.

Pentax K-5, może po części w związku z małą popularnością marki w Polsce, zjechał istotnie z ceny. Dzisiaj z uszczelnianym obiektywem 18-55 mm można go kupić za około 3400 zł. Mamy więc rewelacyjny sprzęt, w tej klasie bezkonkurencyjny, w dodatku z późnych serii produkcyjnych, nie obarczonych wspomnianymi grzechami młodości. Ponadto za te pieniądze mamy sprzęt półprofesjonalny, a więc o większej niż przy maszynach z niższej półki żywotności kluczowych elementów, jak choćby migawki.

Jaki wniosek z historii K-5 i naszych dotychczasowych rozważań? Jeśli już wiemy, do czego nam aparat będzie potrzebny, a to, podkreślam raz jeszcze, jest warunkiem niezbędnym racjonalnego wyboru, nie kupujmy nigdy nowości! Zawsze przepłacimy. Pierwsze partie bywają bardzo często obarczone różnymi felerami, które są usuwane dopiero w późniejszych seriach produkcyjnych. Ta bolączka dotyczy nie tylko sprzętu fotograficznego. Poczekajmy, aż model, który wstępnie nam się spodobał, znajdzie się w późniejszej, jeśli nie wręcz końcowej fazie swego życia jako produkt na rynku pierwotnym. Wtedy już będą znane wszystkie jego ciemne strony, które nie zawsze ujawniają się w pojedynczych egzemplarzach przekazywanych do testów. Te wady, które da się usunąć, będą już usunięte, a cena niejednokrotnie znacząco niższa niż na początku. Ponadto możemy mieć wtedy już jakieś informacje nie tylko o konkurencyjnych modelach, ale o następcy wybranego modelu. Tak jest na przykład obecnie z bardzo udanym w swej klasie aparatem Panasonic FZ-150. Już wiemy, że jego następca, FZ-200, zapowiada się bardzo ciekawie, i ci, którzy zgodnie z przedstawionymi wyżej zasadami wstrzymywali się z zakupem, może w ogóle go nie nabędą, gdyż następca będzie jeszcze bardziej udany. Nie jest bowiem tajemnicą, że od czasu do czasu na rynku pojawiają się aparaty „za dobre”, często świadomie zbyt szybko wycofywane z produkcji, by nie blokować sprzedaży swych mniej udanych następców, a zwane później, po latach, kultowymi**. Są one uwielbiane przez swych użytkowników, a później, gdy zostaną wycofane ze sprzedaży, gdy mijający czas użytkowania przychylnie je oceni, są poszukiwanymi perełkami na rynku wtórnym. Kupując racjonalnie mamy większe szanse kupić nie tylko aparat, który nam przypadnie do gustu, ale zarazem taki, który potem, po latach, będziemy jeszcze mogli w miarę rozsądnie odsprzedać jako „kultowy i poszukiwany”.


Wasz Andrew

fotografie: Pentax

* auto focus – system automatycznego nastawiania ostrości
** Można wymienić choćby takie konstrukcje jak Canon PowerShot Pro1, Olympus 2100UZ, Fuji S100FS, Nikon D90 czy Pentax K-10. 




czwartek, 10 maja 2012

Książka o fotografowaniu



Książka o fotografowaniu

Andrzej A. Mroczek

Po trzecie, rozszerzone wydanie Książki o fotografowaniu Andrzeja A. Mroczka sięgnąłem ot tak sobie. Nagle poczułem potrzebę jej przeczytania, która przyszła znikąd i bez wyraźnej przyczyny. Nie czytałem żadnej recenzji, nie miałem w ręku poprzedniego wydania, nie wiedziałem nawet do kogo ta publikacja jest adresowana. Do amatora czy profesjonalisty, początkującego czy mistrza, technicznego perfekcjonisty czy niekonwencjonalnego wirtuoza. Nie była to potrzeba silna, która by mi kazała odrzucić wszystko inne w kąt. Wystarczająca jednak, by rozpocząć lekturę.

Dla kogo przeznaczona jest ta książka? Chyba dla każdego. Każdy chyba znajdzie w niej coś dla siebie; od absolutnie zielonego fotografa, po dojrzałego profesjonalistę, o ile to możliwe, by się jeszcze z nią nie zetknął. Jeden znajdzie w niej więcej, inny mniej, ale każdy, kogo pycha nie wyniosła zbyt wysoko, skorzysta na jej przeczytaniu.

Książka o fotografowaniu nie wciąga, ale i nie nudzi. To atut. Przelecenie jej na jednym tchu byłoby marnotrawstwem. Trzeba sobie zapewnić czas na refleksję nad każdym rozdziałem, niejednokrotnie nawet nad akapitem. Z wieloma, bardzo wieloma stwierdzeniami Mistrza nie można się zgodzić. Zwłaszcza dygresje odbiegające od tematu fotografii są często wręcz infantylne*, przynajmniej w moim odczuciu. Inne jednak są wyjątkowo celne** i mogłyby służyć za motto niejednego tekstu, i to bynajmniej nie tylko związanego ze sztuką fotograficzną. Warstwa dotycząca fotografowania jest jednak bardziej jednorodna; jest najwyższej jakości, zarazem bez pozowania naprawdę objawioną. Wyważone sądy poparte argumentami, nawet jeśli nie zawsze zgadzają się ze stanowiskiem czytelnika, to budzą szacunek.

Książka o fotografowaniu nie jest podręcznikiem. Dla nikogo. To po prostu książka o fotografowaniu.

Początkujący nie znajdzie tam absolutnych podstaw techniki, kompozycji czy przeglądu sprzętu, wyłożonych łopatologicznie i kompletnie. Musi się wspomóc się czymś, co te podstawy mu zapewni. Rzecz cała jednak napisana jest językiem prostym i klarownym, więc nawet temu zielonemu da dużo i wskaże to, czego musi poszukać gdzie indziej, co już teraz wykorzystać, a co zapamiętać i do czego wrócić w przyszłości. Oczywiście to wymaga od czytelnika pewnej dozy inteligencji, dociekliwości i kreatywności. Jeśli ktoś chce się na pamięć nauczyć jak zrobić idealne zdjęcie, to ani ta, ani żadna inna książka mu tego nie zapewni. Nawet jeśli niektórzy autorzy twierdzą, że potrafią coś takiego napisać.

Średnio zaawansowany znajdzie u Mroczka chyba najwięcej. Będzie mógł skonfrontować swoje doświadczenia i przemyślenia z autorem, który nie pozuje na wyrocznię i monopol na prawdę obiektywną, choć jego dorobek jest ogromny. Możemy poznać sporo subiektywnych przemyśleń Mistrza, które, zwłaszcza w sferze bliżej związanej z tematem są bezcenne, w przeciwieństwie do niektórych podręczników fotografii; bezdusznych, bezosobowych, zajmujących się tylko techniką i wymiernymi aspektami procesu powstawania fotografii, bądź uciekających w przeciwną stronę – w enigmatyczne brednie o klimacie i mieleniu tego, co też artysta miał na myśli.

Zaawansowany skorzysta może mniej na przyroście wiedzy, lecz może też znaleźć ciekawostki dla siebie. Przede wszystkim zaś może wyrwać się, dzięki konfrontacji z subiektywnymi stwierdzeniami innego profesjonalisty, z upojenia przekonaniem o własnej doskonałości, o ile coś takiego zaczęło mu grozić.

Na rynku jest wiele podręczników dotyczących fotografowania. Jedne kładą nacisk na perfekcję techniczną zdjęcia, inne na konwencje obowiązujące w sztuce fotografii. Jedne są dla początkujących, inne dla zaawansowanych. Wystarczy jednak przeczytać ich kilka, by prawie w każdym następnym większość treści nas usypiała. Ile razy można czytać o głębi ostrości czy podstawach kompozycji? Pan Mroczek daje nam coś całkiem innego. Lektura jego książki bardziej przypomina rozmowę Mistrza z uczniami, niż wykład. Pokazuje nam, na przykładzie własnych zdjęć, jaką drogą szedł i dlaczego taką, a nie inną. I to jest bezcenne. Choć, jak już wspomniałem, w niektórych rzeczach, zwłaszcza luźniej związanych z przedmiotem, z autorem zgodzić się nie mogę, to z przekonaniem mogę stwierdzić, iż to jedna z najwartościowszych pozycji z tej dziedziny jaką do tej pory miałem przyjemność przeczytać, w związku z czym polecam ją zdecydowanie i absolutnie


Wasz Andrew



* Podam tylko jeden przykład i zostawię go bez komentarza: „Ołtarz Wita Stwosza zna chyba każdy aspirujący do miana inteligenta, z licznych zdjęć publikowanych nie tylko w albumach fotograficznych, ale także w szkolnych podręcznikach.”
** Tu również podam tylko jeden przykład i pozostawię go bez komentarza: „Sytuacja jest paradoksalna. Mamy, jak nigdy wcześniej, wiele czasopism fotograficznych, ale nie zajmują się one fotografią jako fotografią, ale reklamą sprzętu fotograficznego. Czytelnikom, zamiast proponowania przeżyć emocjonalnych, jakie daje kontakt z fotografią artystyczną, interesującego analizowania poszczególnych dzieł artystów, spierania się o idee, podsuwa się niekończące się analizowanie i porównywanie coraz nowych aparatów fotograficznych, słowem: ustawiani są na bieżni stadionu konsumpcyjnego, aby ścigać elektrycznego zająca. Tego złapać się nie uda nigdy, nikomu – szkoda wysiłku.”