Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksje. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 marca 2014

Zabójstwo żyrafy

czyli mity o tolerancji





Dziewiątego lutego 2014 w zoo w Kopenhadze podjęto decyzję o zastrzeleniu młodej żyrafy, która ze względu na zły genotyp nie mogła uczestniczyć w programie hodowli żyraf i wprowadzania ich do środowiska naturalnego prowadzonego przez tę instytucję. Zwierzę zastrzelono na oczach dzieci w ramach swoistego pokazu i poćwiartowano, objaśniając co się dzieje, jak się co nazywa, po czym częścią mięsa nakarmiono lwy.

Oczywiście w mediach podniósł się rwetes. Józef Skotnicki, dyrektor krakowskiego zoo, publicznie nazwał postępowanie Duńczyków wynaturzeniem. Inni szli jeszcze dalej. Dyrektorowi zoo w Kopenhadze grozi się nawet śmiercią. Jak nietrudno się domyślić nasze media włączyły się do nagonki jak najbardziej aktywnie, choć do gróźb się nie posunęły. Czekałem, czy odezwie się choć jeden głos odrębny. Podobno to właśnie jest miernikiem demokracji. Mija miesiąc. I co? I nic.

Codziennie w całej Europie, również w Polsce, wiejskie dzieci przyglądają się śmierci. Ich rodzice i krewni szlachtują świnie i inne zwierzęta, patroszą i porcjują. Ochłapy rzucają psom, a sami zjadają resztę. W czym gorsze są te dzieci od tych z zoo w Kopenhadze? A może należałoby spytać odwrotnie – w czym są gorsze te dzieci z miast, że nie wolno im, w imię terroru poprawności politycznej, zapoznać się z jedynym wspólnym dla wszystkich, jedynym nieuniknionym elementem życia – śmiercią?

Te miejskie dzieci, spędzające większość przeddorosłego życia w szkole, w wirtualnym świecie sieci i komputerów oraz w drodze między nimi, dla których śmierć jest tylko zmianą jednej kombinacji pikseli na ekranie telewizora lub monitora w inną, miały jedyną być może szansę, by w sposób naukowy, bezpieczny, w towarzystwie rówieśników i opiekunów, przekonać się, że życie nie jest pluszowe, że każde mięso, które jemy, kiedyś było zwierzątkiem, które dla kogoś mogło być czymś innym niż dla nas, czymś sympatycznym i kochanym. Była to być może jedyna okazja, by w tych komfortowych, jak na takie doświadczenie, warunkach, dowiedzieć się, że śmierć to koniec życia, po którym pozostają tylko płyny, kości, mięso i inne tkanki. Ale nie ma żadnej możliwości odsejwowania, nie ma powrotu, nie da się tego cofnąć. Nie zobaczymy żadnych aniołków, duszy ulatującej do nieba, niezależnie od tego, czy istnieją, czy też nie. Jest tylko śmierć i czeka każdego. I tę prawdę każdy musi poznać. Czyż nie lepiej, by ten pierwszy, hartujący raz, był „łatwiejszy”. By życie oddało zwierzę, by było to zrobione w konwencji naukowej, a nie by ten pierwszy raz był połączony z przeżywaniem śmierci kogoś bliskiego, albo ofiary wypadku, którego będziemy świadkiem, lub zgonu innej osoby ludzkiej, do której tak czy inaczej będziemy mieli osobisty stosunek, choćby przez to, że będziemy obserwatorami jej śmierci?

Kiedyś śmierć, i człowieka, i zwierzęcia, jak pisał Stasiuk, była stałym elementem życia. Nowa kultura; masmedia, kult zdrowia i młodości, marketing, wyparły ją. Stała się czymś wstydliwym, czymś, z czym młody człowiek nie może się zapoznać, póki nie jest za późno. To pomijany, ale paląco ważny brak naszej świadomości społecznej. Mam wrażenie, że dziecko, które pozna zapach, kolor, a nawet dotyk śmierci, prędzej niż jego „cywilizowany” rówieśnik zrozumie, że kolega z nożem w brzuchu nie wstanie niczym Bruce Willis i że wypadek na motocyklu w realu to nie to samo co film lub gra komputerowa. Z tego względu nie jestem pewny, czy ten pokaz w zoo nie był strzałem w dziesiątkę. Dziwi mnie natomiast ten bunt całej Europy. Podobno co nie jest zakazane, jest dozwolone. Skoro więc nikt nie zmusza cię, by to oglądać, by posyłać tam dzieci, jeśli nie chcesz, to czemu zabraniasz tym, którzy chcą?

Dla Józefa Skotnickiego i całej czeredy Polskich dziennikarzy, oraz wielu ich kolegów z całej Europy, zabicie żyrafy i nakarmienie nią lwów jest wynaturzeniem. Nie dociera do nich, że stosując zasady demokracji, czyli racji większości, w skali globalnej, sami są wynaturzeniem. Żrą wołowinę, czyli mięsko pięknych, tak szanowanych w Indiach krów, nie stronią od koniny i mięska kucyków, a co gorsza jedzą niekoszernie i masowo napychają się wieprzowiną, czyli mięsem nieczystym – czy ktokolwiek godny szacunku będzie jadł takie rzeczy?

Zabili na oczach dzieci! I ci sami ludzie wieszają wszędzie symbol brutalnego zamordowania człowieka! Co niedzielę gonią dzieciaki, a te, które nie mogą chodzić, bo są za małe, noszą, by oglądały rzeźby i obrazy na których przedstawiono mękę i pozbawianie życia człowieka. Im dosadniej, tym lepiej. Filmy o tym morderstwie też są mile widziane. W ogóle filmy o gwałtach i zabójstwach są do wyboru o każdej porze i na każdym programie w telewizji publicznej i prywatnej. A na żywo to coś gorszego? A może właśnie na żywo da coś do myślenia, gdyż jak dotąd wszystkie dane wskazują, iż na ekranie ma to skutek wręcz przeciwny?

Cała ta sytuacja, cała ta poprawność polityczna w związku z żyrafą, skojarzyła mi się z wypowiedzią bardzo sympatycznego Skandynawa z programu Europa da się lubić. Powiedział, że gdy u nich ktoś na osiedlu pomaluje garaż na inny kolor niż reszta, nikt nie będzie go zmuszał do dostosowania się. Przecież mu wolno. Ale najpierw mu napomkną, tak przy okazji. Gdy nie poskutkuje, ich dzieci napomkną jego dzieciom w szkole. A najwyżej wszyscy przestaną się do niego, a potem i do nich odzywać. W końcu przemaluje. Jak się Wam podoba taka tolerancja? Mnie nie bardzo. Ale jeszcze mniej podoba mi się ta ogólnoeuropejska – zakrzyczeć każdego, który jest w mniejszości (no bo większości strach się przeciwstawić). Najlepiej jeszcze poniżyć, żeby przypadkiem nie doszło do, nie daj Boże, rzeczowej rozmowy i wymiany argumentów.

I te ostatnie elementy – groźby pozbawienia życia. Jak chore musi być społeczeństwo, by grozić człowiekowi pozbawieniem życia za to, że zabił zwierzę, w końcu w sposób humanitarny, w dodatku ani zwierzę święte, ani jakieś szczególnie symboliczne.

Nie chodzi bowiem tu o żyrafę, ani o nic innego, tylko o obrazę poprawności politycznej, odwagę, by zrobić coś, co się może komuś nie podobać, choć jest jak najbardziej dozwolone. Rzucić wyzwanie kołtunskiej większości. Może nie tej liczbowej, bo nikt tego nie liczył, ale tej słyszalnej, temu rykowi tłumu.

To chyba tyle o „tolerancji”. A co do demokracji…


demokracja – system rządów (reżim polityczny, ustrój polityczny) i forma sprawowania władzy, w których źródło władzy stanowi wola większości obywateli… (za wiki)


Z samej definicji średniej arytmetycznej wynika, iż głos większości nigdy się mądrością nie wzniesie ponad przeciętność, a w krajach, z których najmądrzejsi wybywają, wręcz musi być poniżej średniej. I jak tak sobie na tę Europę, a zwłaszcza Polskę, patrzę, to coraz bardziej mam wrażenie, że demokracja na dłuższą metę to bardzo ryzykowny eksperyment. Może dobry dla Stanów i innych bogatych krajów, do których ciągną najaktywniejsi, poszukujący wolności, najmądrzejsi, najlepiej wykształceni, ale nie dla Polski, z której ucieka tyle ludzi i mózgów, że staje się to tematem tabu...



Wasz Andrew

wtorek, 18 lutego 2014

O wypaczonej percepcji

Jak propaganda kapitalistyczna, która okazała się dużo bardziej skuteczna od komunistycznej, zmienia spojrzenie na rzeczywistość większości ludzi, niech świadczy choćby poniższy cytat. Większość ludzi uważa, że za komuny budowano klitki i zapomina, że w blokach były i większe mieszkania, a nawet dość sporo całkiem dużych. Ponadto nie chce widzieć, że dzisiejsze „apartamenty” są nieraz mniejsze niż te komunistyczne „klitki”, a „apartamentowce” są upakowane dużo ciaśniej niż „bloki” na PRL-owskich osiedlach. Dziś niejednokrotnie dosłownie można pluć na blok naprzeciwko. Przepraszam - na apartamentowiec. No i umyka nam jedno - prawie każdy uczciwy człowiek pracy miał realną szansę na mieszkanie w tym komunistycznym budownictwie, a ceny tych apartamentów...

Dla lepszego wydźwięku z cytatem słownym zestawiam cytat graficzny - kliknij aby powiększyć.



Całe mieszkanie z ciemną kuchnią miało ledwo czterdzieści metrów kwadratowych, a sprawiało wrażenie jeszcze mniejszego. Tak zostało zaprojektowane w latach sześćdziesiątych.

Niewierni Vincent V. Severski

wtorek, 11 lutego 2014

Jack Strong


bohater czy zdrajca?


Polska to kraj tematów zastępczych, z których każdy zajmuje więcej miejsca i czasu w mediach, wysysa więcej energii z narodu, budzi więcej podziałów, niż problemy naprawdę kluczowe dla przyszłości. Do aborcji, gender, kary śmierci i innych dołączył za sprawą filmu „Jack Strong” motyw Ryszarda Kuklińskiego. Już się wielcy naszych mediów rzucili i pytają – zdrajca czy bohater?

Jak daleko już zaszliśmy w tym narodowym oszołomstwie niech świadczy fakt, iż nawet Hanna Gronkiewicz-Waltz nie potrafi się zdecydować – najpierw podjęła decyzję o zamknięciu izby pamięci pułkownika Kuklińskiego na warszawskiej Starówce, a później zdanie zmieniła.

Mnie akurat zdenerwowała Monika Olejnik w Radio Zet, która również wpisała się w całe to zamieszanie przedwyborcze. Przedwyborcze, gdyż natężenie tematów zastępczych zwykle zbiega się ze zbliżającymi się wyborami. Nie zapyta, dlaczego w Polsce wszędzie walają się śmieci, nawet na szczytach gór i w leśnych matecznikach. Skąd się to bierze, co to mówi o kondycji Polski i jak rokuje na przyszłość. Nie, już się rzuciła na Kuklińskiego i razem z innymi dzieli społeczeństwo – rządź i dziel. A przecież pytanie o Kuklinskiego, o to, czy zdrajcą on jest, czy bohaterem, jest bez sensu. Już choćby z racji wykształcenia każdy UCZCIWY dziennikarz nie ma prawa stawiać takich pytań. Wszak zna język polski. A jeśli nie zna, niech sięgnie do słownika*:

  • zdrajca

  1. «ten, kto zdradza swój kraj, naród itp.»
  2. «ten, kto odstępuje od wyznawanych ideałów, wartości itp.»
  3. «o kimś, kto oszukuje kogoś»

  • bohater

  1. «osoba, która odznaczyła się męstwem»
  2. «główna postać w utworze literackim, filmie, operze itp.; też: postać reprezentatywna dla danego utworu, okresu»
  3. «osoba chwilowo skupiająca na sobie uwagę otoczenia»
  4. mit. gr. «postać o nadludzkich cechach»



Ryszard Kukliński zdradził swój kraj (jedyną Polską posiadającą wówczas państwowość i której obywatelem był, była PRL). Był więc zdrajcą po raz pierwszy. Wstąpił do LWP, złożył przysięgę żołnierską i od tych ideałów odstąpił, był więc zdrajcą po raz drugi. Oszukiwał swoich przełożonych, kolegów i innych, którzy mu wierzyli. Był więc zdrajcą po raz trzeci.

Jack Strong odznaczył się męstwem – co do tego nikt mający pojęcie o sprawie nie może mieć wątpliwości. Jest więc bohaterem po raz pierwszy. Jack Strong jest postacią główną w utworze, i to niejednym. Jest więc bohaterem po raz drugi. Jack Strong skupia na sobie uwagę otoczenia, ba – nawet całego kraju, jest więc bohaterem po raz trzeci. No – tylko z tym punktem czwartym może być coś nie tak, ale i tak mamy remis – 3:3.

Widać więc jasno, iż był i zdrajcą, i bohaterem. Tylko jak takim stwierdzeniem wypełnić czas antenowy, jak ludziom w głowach mieszać i jak przy pomocy prostej prawdy oderwać ich od rzeczywistych problemów? Trzeba więc udawać, że nie zna się języka i pytać - Lizak jest kolorowy czy słodki? Każde dziecko wie, ale nie polskie elity.

A tak przy okazji, to rodzi się pytanie –czyim był bohaterem? Chyba nie polskim, tylko amerykańskim. Wszak nie szpiegował dla Rządu Polskiego w Londynie, tylko dla Rządu USA. A cała reszta to tylko okoliczności, które co oczywiste wpływają na ocenę moralną jego działań, ale nie zmienią tego, że był i zdrajcą, i bohaterem. I o czym tu dyskutować?

Tylko co począć z takim bohaterem z krwi i kości? Wszak u nas jak święty, to musi być tak święty, że słowa nie można powiedzieć, a jak zły, to też powinien być taki, że tylko napluć.

I jeszcze jedna refleksja. Zauważcie; jak wielka jest przepaść pomiędzy nachalną, przypominającą czasy komuny promocją filmu „Jack Strong”, a ciszą, która spowija fakt zablokowania emisji, czyli ocenzurowania obrazu Edvinsa Snore „The Soviet Story”. Choć to ten ostatni powinien być promowany na każdym kroku, zwłaszcza w Polsce. No chyba, że ci, którzy najgłośniej krzyczą o patriotyzmie, mają w tym słowie interes, ale nie serce


Wasz Andrew


* dla prostoty przytoczono definicje ze słownika internetowego, ale jednak PWN

środa, 29 stycznia 2014

Refleksje włocławskie



Miałem już szczery zamiar nie pisać przez jakiś czas na aktualne, a w szczególności aktualne polskie tematy, by się nie denerwować. To jednak, co się ostatnio dzieje w naszej rzeczywistości sprawia, że literatura przy tym wysiada. Nikt by nie uwierzył, że to możliwe, gdyby to była fikcja.

Włocławek. Śmierć bliźniaków na pierwszych stronach gazet, w czołówkach informacyjnych programów TV i na głównych miejscach największych portali internetowych. Jakiekolwiek by to nie było zaniedbanie, które doprowadziło do owej śmierci, to można by powiedzieć, że to się mogło zdarzyć wszędzie. W każdym kraju na świecie. Ale cała reszta nie! Urzędnik NFZ przychodzi na kontrolę feralnego szpitala po kilku dniach od rozpoczęcia afery i ujawnia, iż ktoś skasował kluczowe dla sprawy dane z aparatury medycznej. Nie policja, nie prokurator, tylko zwykły urzędnik NFZ! I ani raz nie pada pytanie, co to za kraj, w którym nikt z prokuratury ani policji dupy nie ruszył, by po zabezpieczyć dowody, choć newsy z tej sprawy rozpoczynają wszystkie wiadomości we wszelkich mediach! Jeśli szpital we Włocławku jest hańbą polskiej służby zdrowia, choć moim zdaniem nie jest nią, tylko reprezentatywnym przykładem kondycji polskiej rzeczywistości, to czym jest Włocławek dla policji i prokuratury? Wszystkich prokuratorów i policjantów, którzy mieli związek z tą sprawą, przede wszystkich w trybie nadzoru, powinno się na zbity pysk wywalić, a ja jestem przekonany, że nie tylko nic takiego się nie stanie, ale wręcz, że w ciągu najbliższych lat większość z nich awansuje.

Problem nie tylko w tej jednej manifestacji opieszałości oraz lekceważenia ze strony organów ścigania i sprawiedliwości. Szpital we Włocławku, jak podają media, ma w tej chwili na biegu, czyli nie licząc zakończonych, prawie czterdzieści postępowań o błąd w sztuce. Czemu ich aż tyle, pomijając oczywiście poziom usług medycznych tej placówki? Ano może właśnie powodów należy szukać w stylu działań prokuratury i policji? Może wynika to wszystko z poczucia bezkarności lekarzy wypływającego z dziesiątków wpadek, za którymi nie poszła kara? Z powodu spraw umorzonych, zamiecionych pod dywan i nawet tych zakończonych wyrokami, ale tak mało dolegliwymi, że praktycznie wzmacniającymi jeszcze poczucie stania poza prawem? Bo sądy też mają w tej patologii swój znaczący udział.

Media podniecają się tym, iż nie wiadomo co robił ordynator feralnego włocławskiego oddziału ginekologicznego w czasie, gdy rozgrywał się dramat bliźniaków i ich rodziców. Ale już nie pamiętają, że jakiś czas temu ujawniono, iż lekarz rekordzista pracował jednocześnie na 25 (sic!) pełnych etatach. W normalnym kraju już dawno by siedział, choćby za wyłudzenie, gdyż brał pieniądze za coś, czego nie robił. Wszak nawet gdyby był jeden w trzech osobach, gdyby nie spał, nie odpoczywał i nic innego nie robił przez dni siedem, tylko pracował, i tak by nie wydolił. Ale nie u nas. Żadnej dolegliwej kary się nie doczekał. I dziwić się, że tragedii spowodowanych radosną działalnością zreformowanej i wciąż reformowanej służby zdrowia jest coraz więcej?

Czytałem jakiś czas temu, że w samym Londynie, tylko za naganne zachowania, czyli za brak należytego szacunku, głównie werbalnego, w stosunku do pacjenta, pozbawia się prawa do wykonywania zawodu większą liczbę lekarzy, niż u nas w następstwie wszelkich możliwych przyczyn, łącznie z zawinionym spowodowanie śmierci. Nie to mnie jednak najbardziej przeraża. Jak daleko nam do normalności - pokazał i przeraził mnie tekst, który do niedawna słyszałem tylko w gabinetach „państwowych” – „Nie mam czasu dociekać, wnikać i dokładnie badać, gdyż mam mnóstwo pacjentów”, a teraz zdarza się go usłyszeć już nawet w czasie wizyty w prywatnym gabinecie. To tak, jakby mechanik albo szewc powiedział, że nie ma czasu porządnie wykonywać swych obowiązków, za które bierze od nas pieniądze, bo ma za dużo pracy. Takie rzeczy, to tylko w Polsce!

Osobnym tematem jest nasza akcyjność. Przez 25 lat nie było komu się zająć jednym zabójcą, a teraz trzeba na gwałt łamać podstawowe zasady prawa, by społeczeństwu wmówić, że władza cokolwiek robi. Nie inaczej z bezpieczeństwem na drogach i tysiącem innych spraw.

Można ciągnąć takie przykłady i różne wątki w nieskończoność. Problem w tym, że ryba psuje się od głowy.

Art. 286. § 1. KK - Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.

ZUS przysyła do domów wszystkich, którzy opłacają składki emerytalne, wyliczenia wysokości kapitału, jaki zgromadzili na swoją emeryturę. I kiedy słyszymy polityków, od prezydenta i premiera poczynając, a na liderach opozycji kończąc, mówiących, że zbieramy na nasze emerytury, i że tak ważne jest, by nasze składki na siebie pracowały, to jeszcze się w tym utwierdzamy, że na coś zbieramy, że mamy na coś wpływ w tym kraju. A w chwilę później, niejednokrotnie dosłownie chwilę, z tych samych ust słyszymy, że nie będzie godziwych emerytur, gdyż idzie niż demograficzny i nie będzie w przyszłości komu na nas pracować. I nikogo nie dziwi nic. Zwłaszcza IV władzy, która w normalnych krajach jest jednym z fundamentów demokracji i kontroli pozostałych trzech filarów państwa! Skoro emerytura ma być ze składek, to co nas obchodzi liczność przyszłych pokoleń? A jeśli emerytury będą wypłacane ze składek przyszłych pokoleń, a nie z zebranego przez nas kapitału, to czym są te wyliczenia przesyłane przez ZUS i wypowiedzi polityków?
Gdybym zaczął zbierać od ludzi pieniądze obiecując im, że za każdego pożyczonego mi dolara oddam dwa, a w chwilę później, po zainkasowaniu kasy, zaczął twierdzić, że dam im tyle, ile zdołam w przyszłości pożyczyć od następnych jeleni, bo to, co od nich dostałem, już przejadłem, to szybko dostałbym wyroczek na podstawie wyżej przytoczonego artykułu. Prezydenta, premiera, rządu i opozycji, całego państwa w rzeczy samej, nikt nie posadzi. Ale dlaczego nikt nie śmie nawet zapytać o tą oczywistą sprzeczność i nazwać rzeczy po imieniu?

Oczywiście, sprawa kary to jedno, ale sprawa skutków, to drugie. Widząc taką ewidentną bzdurę leżącą u podstaw całego systemu służby zdrowia, a przez to i u podstaw państwa, bo państwo bez żywego społeczeństwa i bez kasy istnieć nie może, każdy może sobie zadać pytanie, czy może by tak spróbować jak państwo? Mówić, że się ma dyżur na oddziale, i iść spać. Mówić, że się człowiek stara, a w chwilę później wprost przyznać, że się nie ma czasu dokładnie zajmować pacjentem, bo czekają następne. Nie, nie osoby w kolejce, a etaty, fuchy i biznesy.

Obym się mylił, ale mam wrażenie, że ten kraj i ten naród sam się już z tego nie wyplącze. To taka masa krytyczna, która została przekroczona. A czemu o tym piszę? Sam nie wiem. Chyba mnie poniosło i znów nie wytrzymałem. A może dlatego, że oglądając wiadomości z Włocławka przypomniałem sobie, iż weterynarz, który usypiał mojego chorego, starego psa, miał łzy w oczach, choć wiedział, że to nie tylko najlepsze, ale i jedyne wyjście. I skojarzyłem, że nigdy nie widziałem łez w oczach lekarza.


Wasz Andrew

sobota, 30 listopada 2013

10 kilometrów na godzinę mniej

czyli robienie ludzi w balona




Od jakiegoś już czasu telewizja i radio katują nas „reklamą społeczną” mającą zachęcić ludzi do przestrzegania ograniczenia prędkości na terenie zabudowanym do 50 km/h. Główną postacią reklamy jest „ekspert”, który przekonuje, iż analizował setki wypadków, w trakcie których samochód potrącił pieszego i z których wynika, iż jeśli samochód jedzie z prędkością 60 km/h, to wypadek może być śmiertelny, a jeśli z prędkością 50 km/h, to obrażenia pieszego ograniczają się do stłuczeń. W miarę jak, wbrew swej woli zresztą, coraz większą ilość razy oglądam ten filmik, a przynajmniej jego pierwsze sekundy, wzrasta we mnie gniew i zaciekawienie. Gniew na to, że w kraju, w którym podobno nie ma pieniędzy na podstawowe dla społeczeństwa rzeczy, których brak jest niewyobrażalny nawet dla innych dawnych demoludów, wyrzuca się pieniądze na takie przedsięwzięcia, a znając ceny reklam w telewizji, są to pieniądze potężne. Wyrzuca, gdyż reklama taka jest z zasady nieskuteczna, a w dodatku jest głupa i kłamliwa.

Pamiętam, iż przed wielu, wielu laty, mój tata miał w biblioteczce książeczkę pod wymownym tytułem Prędkość bezpieczna 60 km/h. Nie czytałem jej, ale domyślam się, iż podobni temu z reklamy „eksperci” udowadniali w niej, iż właśnie ta prędkość jest granicą między życiem a śmiercią, gdyż wtedy właśnie do 60 km/h była ograniczona prędkość w terenie zabudowanym. Widać tu wyraźną służalczość „ekspertów” wobec władz i obowiązujących w danym momencie przepisów. Myślę, iż równie łatwo byłoby udowodnić, iż przy spotkaniu z samochodem jadącym 40 km/h szanse pieszego na przeżycie są jeszcze większe niż przy 50, i tak dalej, aż do oczywistego wniosku, że najlepiej jeśli samochód stoi, choć nawet wtedy pieszy może go nie zauważyć i doznać obrażeń uderzając w stojący mu nad drodze pojazd. Nawiasem mówiąc, sam byłem świadkiem dwóch przypadków, gdy idący, nie biegnący, pieszy uderzył w słup, którego nie zauważył, i doznał obrażeń głowy wymagających hospitalizacji, więc może ten ostatni motyw, czyli prędkość bezpieczna 0 km/h, też nie daje całkowitej pewności. Problem bowiem polega nie na tym, że w Polsce ludzie nie są przekonani do zasadności ograniczenia prędkości do 50 km/h w terenie zabudowanym, gdyż w Niemczech nasi rodacy, już kilka metrów od przejścia granicznego, nagle zaczynają tego ograniczenia przestrzegać, i to bez żadnej reklamy i lasu przydrożnych radarów. Po prostu olewamy prawo. W Polsce.

Przestrzeganie przepisów to jeden problem. W naszym kraju zdecydowana większość ludzi uważa, że prawo ich nie dotyczy. Jeśli nie wierzycie, spróbujcie przejechać trasę Rawa Mazowiecka – Łódź z maksymalną dozwoloną prędkością. Choć najeżona radarami, nawet jeśli nie będziecie ani na chwilę zwalniać, zapewni wam niezapomniane wrażenia. Wyprzedzi was pewnie setka samochodów. Niektórzy może nawet będą na Was trąbić, nerwowo siedzieć Wam na zderzaku nim Was wyprzedzą, a nawet zajeżdżać Wam po wyprzedzeniu drogę i zmuszać do hamowania czy wyczyniać inne chamskie i niebezpieczne kretyństwa. Oczywiście jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest całkowita irracjonalność oznakowania dróg w Polsce, ale jest to tylko jedna i wcale nie najważniejsza przyczyna. Nauka łamania prawa, zarówno pisanego jak i moralnego, zaczyna się już od najmłodszych lat, choćby poprzez powszechne przyzwolenie na oszukiwania w szkole czy w religii, bo czym innym jest ściąganie lub spowiedź bez zamiaru poprawy.

Truizmem byłoby przypominanie, że to nie jazda z taką, a nie inną magiczną prędkością gwarantuje bezpieczeństwo, ale dostosowywanie stylu jazdy do warunków na drodze i przewidywanie możliwych zagrożeń. Co ciekawe, jak pokazały badania przeprowadzone przez niemieckich specjalistów w Szczecinie, winnymi szokującej dla sąsiadów zza Odry liczby poważnych wypadków na polskich przejściach dla pieszych są po równo piesi i kierujący pojazdami. Jak to obrazowo skomentowano – kierowcy jeżdżą jak debile, a piesi łażą jak ślepi. I chyba nie ma w tym ni cienia przesady. Sam wielokrotnie widziałem pieszych, nawet kobiety z małymi dziećmi w wózkach, wchodzące na pasy w ten sposób, by ostentacyjnie pokazać, iż nie patrzą na samochody, bo są na pasach. Przyczyny takich patologicznych zachowań to chyba jednak temat na osobne, długie rozważania, a może nawet poważne badania. Jest jednak jak jest.

Przy okazji ciekawy aspekt naszego prawa o ruchu drogowym:
  • Jazda z prędkością utrudniającą ruch innym kierującym art. 19 ust. 2 pkt 1. – dwa punkty karne i 50-200 zł
  • Przekroczenie dozwolonej prędkości o 11 do 20 km/h - art. 20 lub art. 31 ust. 1 pkt 1 albo § 27, § 31 lub § 81 ust. 1 i 2 [1] - dwa punkty karne i 50-100 zł

Biorąc pod uwagę, iż wysokość kary, jaka jest przewidziana za dany czyn, jest odzwierciedleniem zagrożenia, jakie według ustawodawcy czyn wywołuje, widać wyraźnie, iż jadąc trasą Rawa – Łódź, żeby już się trzymać jednego przykładu, dwukrotnie większe zagrożenie powodujemy jadąc zgodnie z przepisami o dopuszczalnej prędkości, ale jednocześnie ewidentnie utrudniając ruch „znakomitej” większości uczestników ruchu, niż przekraczając magiczną prędkość 50 km/h nawet nie o „zabójcze” 10 km/h, ale nawet o 200% tej reklamowanej wartości. O co więc tu naprawdę chodzi? Czy Ustawodawca sam wie o co mu chodzi?

Inna sprawa to fakt, że dla kierowcy TIR-a, który zarabia 5 tysięcy miesięcznie, mandat wysokości 100 czy 200 zł to… takie inteligentne niedomówienie. W niektórych krajach za przekroczenie dopuszczalnej prędkości o 30 km/h zabiera się prawo jazdy. Takie coś odstrasza dużo skuteczniej niż mandat, zwłaszcza ludzi, którym prawko jest niezbędne z powodów zawodowych. U nas jakoś nie ma woli politycznej, by to wprowadzić. Niektórzy politycy wręcz chwalą się tym, iż łamią przepisy, a skoro im wolno, to czemu nie Kowalskiemu. I tak od lat.

Genialność naszego prawodawcy jest powszechnie znana. Książki można o tym pisać. Przejdźmy więc do sprawy ważniejszej. Do tego, kto bzdury w telewizji emituje i na tym zarabia. I kto, pewnie w ramach swej „misji”, obok tej reklamy puszcza spoty, z których jasno wynika, że jeśli kupimy ten a ten model samochodu (oczywiście nazwy są coraz to inne), to możemy jeździć jak rajdowiec, nawet po mieście, bo zatrzymamy się zawsze na czas, dzięki genialnym hamulcom i cudownym systemom, których nazw nawet nie chce mi się przypominać. Ba, gdy przychodzi czas zimowy pojawiają się moje ulubione reklamy; opon zimowych, gdzie udowadnia się, że dzięki nim można się na drodze zachowywać jeszcze bardziej nieodpowiedzialnie niż w lecie. Wiele z nich korzysta nawet z motywu zatrzymywania się tuż przed pieszym. Większość ludzi to osobniki nienadzwyczajnie inteligentne. Nic więc dziwnego, że jeśli już się zrujnują na super furę z super tym i super tamtym, a w dodatku kupią super opony, to oczekują skuteczności z reklam, pod wpływem których tego zakupu dokonali i do tych właśnie reklam przywiązują wagę, a nie do nudnego gościa z reklamy „społecznej”.

Różne aspekty bzdurności tego spotu można by pewnie jeszcze trochę pociągnąć. Prawdziwy problem nie w tym, że infantylność naszej reklamy jest wielowymiarowa. Nawet gdyby nakręcono mądry, przekonujący film, do którego nie można się przyczepić, nic by to nie dało. Tu tkwi sęk. Jak uczy psychologia społeczna, reklamy tego typu trafiają tylko do ludzi, którzy myślą przyszłościowo. Nie mają więc w Polsce racji bytu. Gdyby nasze społeczeństwo nie było uwięzione w czasie teraźniejszym z domieszką negatywnej przeszłości, to przewidywałoby skutki i zachowywało się na drodze podobnie jak „normalne”. Tak jednak nie jest. Większość z nas, niczym więźniowie, żyje chwilą obecną, i choć przyczyny tego są tematem na całą książkę, to skutek jest taki, iż podobne reklamy nas nie dotkną, gdyż mówią o następstwach, o przyszłości. Porównajmy reklamy cudownych samochodów, opon i innych rzeczy – dotyczą czasu teraźniejszego – mam to auto – jestem lepszy. One nie używają czasu przyszłego. Mamy więc kwadraturę koła – reklama społeczna mówiąca o przyszłych skutkach może dotrzeć tylko do przyszłościowców, ale przyszłościowcom nie jest potrzebna, gdyż oni przewidują możliwe następstwa swych działań, a nawet działań innych, w tym nieodpowiedzialnych teraźniejszych.

Jedyne reklamy społeczne, które tak naprawdę mają sens, przynajmniej w pierwszym momencie ich rozpowszechniania, to reklamy informacyjne; niosące wiedzę, która z pewnych względów dotąd się nie upowszechniła. Potem jednak wiedza dociera do adresatów i dalsze ich kontynuowanie nie ma sensu. Chyba jednak nikt nie zaryzykuje tezy, że społeczeństwo polskie jest tak głupie, iż nie wie, że nadmierna prędkość zabija? Po co więc ta reklama?

Raz w telewizji widziałem symulator przeciążenia podczas wypadku. To po prostu fotel samochodowy przymocowany do wózka poruszającego na szynach po równi pochyłej. Delikwenta mającego poznać skutki wypadku sadza się na fotelu i przypina pasami bezpieczeństwa, po czym zwalnia wózek, który napędzany tylko siłą grawitacji rozpoczyna zjazd. W końcowym momencie ruchu delikwent ze swym fotelem ma prędkość 30 km/h i wtedy zatrzymują się w miejscu. Efekt szarpnięcia pasami, jak opisują ci, którzy to przeżyli, jest niezapomniany. I na pewno bardziej pozytywnie wpływa na przyszłe zachowania na drodze, niż podobne do opisanej reklamy. Można by coś takiego przewidzieć w trakcie szkolenia kierowców. Niestety takich symulatorów jest w Polsce niewiele, choć na pewno sprawiają, iż ci, którzy z nich skorzystali, będą jeździć ostrożniej. Brak pieniędzy. A na reklamy są. Nie będę już nawet wspominał o obowiązku jazdy na światłach, z którego urzędnicy się nie wycofali, choć nie przełożyło się to zwiększenie bezpieczeństwa, a na pewno przełożyło negatywnie na ekologię i finanse. Kraj Zulu Gula. A to tylko kolejny odcinek. Nowe codziennie. Nie u mnie. W realu.


Wasz Andrew

środa, 27 listopada 2013

Wojownicy z Pendżabu

Dziś jeszcze jeden film z Mam talent. Zwrócił moją uwagę już dawno temu, więc skoro puściłem i inne, to i ten pokazuję. Dla mnie niesamowity i też daje do myślenia. Na wiele tematów. Warriors of Goja:

wtorek, 26 listopada 2013

Bezdomny, który skradł Mam talent"

Znów muszę zrobić wyjątek od generalnej zasady nieumieszczania na blogu filmików z YouTube. Trafiłem na wyjątkowy temat. Warto obejrzeć od początku do końca i przeczytać całą historię życia tego zwycięzcy. Daje do myślenia. W wielu aspektach. No i można zawsze puścić młodym zbuntowanym, którzy uważają, że im źle...

czwartek, 14 listopada 2013

O plagiatach, ściąganiu i złodziejstwie



czyli o walce z wiatrakami

Zdając sobie sprawę, iż moje pióro jest dość oryginalne, miałem nadzieję, że dzięki temu, nawet jeśli z powodu tej cechy trudniej mi będzie zdobyć czytelników, uniknę przynajmniej plagiatów moich tekstów. Niedawno jednak złudzenia prysły i po raz kolejny dołączyłem do grona osób, których prawa autorskie zostały naruszone. W dniu 31 października jedna z czytelniczek mojego bloga, posiadająca konto w serwisie internetowym Miejskiej Biblioteki Publicznej (MBP) w Kielcach, powiadomiła mnie, iż użytkownik tej witryny ukrywający się pod pseudonimem Marafi dokonał plagiatu wielu recenzji z serwisu LubimyCzytać.pl, w tym dwóch mojego autorstwa, a dotyczących powieści Odwet i Niech się to nigdy nie kończy, które były publikowane nie tylko na tym blogu, ale w LC.

Dość długo zastanawiałem się, czy podejmować kroki na drodze karnej w tej sprawie i w międzyczasie zwróciłem się do MBP w Kielcach o dane osobowe Marafiego, bym mógł zawrzeć z nim ugodę, oraz o usunięcie naruszających prawo treści lub oznaczenie ich w sposób wskazujący na moje autorstwo. Pracowniczka MBP reprezentująca dyrektora tej instytucji ograniczyła się do poinformowania mnie, iż „badają i analizują” wpisy użytkownika Marafi. Odmówiła również podania rzeczywistych danych sprawcy plagiatu zasłaniając się obowiązkiem ochrony danych osobowych użytkowników biblioteki. Szkoda, że jako osoba tak obeznana z prawem nie wspomniała ani słowem o tym, iż właściciel serwisu odpowiada za zgodność z prawem treści umieszczanych w nim przez użytkowników. Szkoda, że zapomniała o tym, iż zgodnie z art. 302&2 KPK ma obowiązek niezwłocznie powiadomić policję lub prokuraturę o przestępstwie ściganym z urzędu, a nie „badać i analizować”. Szkoda, że zapomniała, iż od momentu, gdy zażądałem usunięcia sprzecznych z prawem treści na tej stronie, co było zgodne z art. 78 ust. 1 pr.aut., działała świadomie i bezprawnie, na moją szkodę, nie wykonując tego żądania.

Mimo wszystko, mając smutne doświadczenia (dwa razy umorzono sprawy bezprawnego wykorzystania zdjęć mojego autorstwa, a raz ciągano mnie, długo choć bezskutecznie, za bezprawne użycie cudzej własności intelektualnej, choć od początku okazywałem dowody na to, iż prawa takie posiadam), wciąż zwlekałem z zawiadomieniem organów ścigania. W międzyczasie jednak zajrzałem dogłębniej na stronę MBP w Kielcach i okazało się, iż instytucja ta już co najmniej od 18 października wiedziała o kradzieży cudzych tekstów przez użytkownika Marafi, gdyż już wtedy czytelniczka, która później się do mnie odezwała, dawała wyraz swemu oburzeniu w Księdze Gości MBP w Kielcach. Ponieważ do chwili obecnej, od 18 października, minęło już sporo czasu, które MBP mogła przeznaczyć na „badania i analizy”, a nadal łamie prawo upubliczniając moje teksty, w dniu dzisiejszym powiadomiłem o powyższym prokuraturę. Doszedłem do wniosku, iż nie mogę pozostać biernym wobec tak powszechnej i nagminnej patologii. Tym bardziej, iż jej sprawcy czują się jak widać absolutnie bezkarni a instytucje, które mają obowiązek podjąć wyraźnie określone przez prawo działania, zamiast tego „badają i analizują”. Jak uczy Zimbardo i psychologia społeczna ci, którzy są bierni wobec zła, nie są niewinni; są jego wspólnikami równie niezbędnymi do jego sukcesu jak bezpośredni sprawcy. Po wzięciu tego wszystkiego postanowiłem więc nie odpuszczać.

Jakie będą dalsze dzieje tej sprawy oczywiście na bieżąco opiszę. Realna jest groźba, i biorę to pod uwagę, że po raz kolejny przekonam się, iż prawa autorskie w Polsce są po to, być chronić bogatych, a nie mają takich praw zwykli ludzie. Mam jednak nadzieję, choć słabą i jakoś tak irracjonalną, gdyż sprzeczną z moim doświadczeniem osobistym i ogólnospołecznym, że jednak tym razem sprawcy zostaną ukarani, poszkodowani otrzymają zadośćuczynienie, a Polska będzie rosła w siłę i ludziom będzie się żyło dostatniej.


Wasz Andrew

wtorek, 22 października 2013

Gdzie 100 milionów Wałęsy, 3 miliony mieszkań Kaczyńskiego i inwestorzy z Kataru by PO?



Rządowe statystyki mówią, że średnia pensja w Polsce to ok. 3600 zł. To znaczy, że średnie składki emerytalne to 703,08 zł miesięcznie - procent Składki emerytalnej do ZUS jest stały, określony ustawowo. Liczba pracujących na koniec II kw. 2011 to 16.163 mln. Możecie te Dane sami zweryfikować przeglądając oficjalne strony rządowe, sięgając do oficjalnych statystyk GUS. Miłej zabawy. Ale co z Tego wynika?? BARDZO WIELE, a właściwie BARDZO DUŻO. Dużo czego?? PIENIĘDZY, oczywiście. Pomnóżcie urzędową i oficjalną liczbę zatrudnionych i oficjalną i bardzo urzędową średnią składkę emerytalną do ZUS. Powinno Wam wyjść miesięcznie 11.375.519.400 zł, czyli ponad jedenaście miliardów trzysta siedemdziesiąt pięć milionów. To gigantyczne pieniądze, a jest to Tylko składka emerytalna. Bawmy się dalej: pomnóżcie to razy 12 miesięcy, a wyjdzie na to, że w skali roku jest to 136.506.232.800 zł. Kończą się Wam okienka w kalkulatorze? Mnie też. Zatem powiem, że jest to słownie ponad 136 miliardów 506 milionów zł w roku. Mamy w Polsce około 5 mln emerytów, dokładnie - w marcu 2011 - było ich 4,979 mln. To znowu wg oficjalnych, rządowych i jedynie słusznych i poprawnych statystyk. Rencistów nie liczę, Bo już na pewno nie zmieszczą mi się w kalkulatorze, a poza tym - na nich jest OSOBNA składka!!!. Wychodzi mi zatem na to, że rocznie jest to średnio 27.301 zł na emeryta, czyli miesięczna emerytura średnio powinna wynosić 2.275,00 zł. Tymczasem średnia emerytura - znowu wg rządowych, oficjalnych i jedynie słusznych i poprawnych statystyk wynosiła w tymże marcu 2011 zaledwie 1721,00 zł. Czyli o 554 mniej niż wynika ze składek wyliczonych na podstawie danych statystycznych rządu RP, GUS, ZUS, KRUS i każdy inny SRUS. Jak policzycie dalej, to wyjdzie Wam NADWYŻKA rzędu 32% w stosunku do wydatków na Emerytury (czyli średnio ZUS jest na plusie około 2,5 miliarda zł miesięcznie, czyli 30 miliardów Rocznie!!!). Tymczasem, rząd ubolewa, że budżet dopłaca ponoć do emerytur dziesiątki miliardów rocznie. Jesteście zdumieni?? To przeliczcie jeszcze raz. Też liczyłem, bo nie wierzyłem. Wniosek jest taki: ktoś z trójki: GUS, ZUS, Rząd RP łże. ŁŻE W BEZCZELNY SPOSÓB. Gorzej: dopuszczam możliwość, że łże więcej niż jeden, a nawet że łżą (…) Proszę sobie wyobrazić, jaka gigantyczna nadwyżka powstanie przy wydłużeniu czasu pracy potrzebnego do osiągnięcia wieku emerytalnego (co już nastąpiło – przyp. A.V.). Oczywiście, pracy tej i tak nie ma, a bezrobocie zamiast maleć wciąż rośnie, co również potwierdzają dane oficjalne. Na co ma pójść taka nadwyżka?? Na zrzutkę na Greków?? Włochów?? By żyło im się jeszcze lepiej?? Gdzie jest kasa ???

Tekst ten dojrzałem na forum, a ponieważ zmusza do myślenia, a autor, choć anonimowy, zachęca do powielania i rozpowszechniania, więc niniejszym to czynię.

wtorek, 10 września 2013

Ludobójstwo à la Pologne

czyli polska szkoła biznesu




Media w większości epatują nas kolejnymi rocznicami powstań, czy wspomnieniami o Oświęcimiu, tymczasem tylko niektóre, i to sporadycznie, informują o tym, że Polacy sami sobie budują fabrykę śmierci. Nazywa się Polska. Wczoraj, po niedawnych aferach mięsnych (padliniarskich i antybiotykowych) TVN Uwaga zaczął nagłaśniać kolejną gigantyczną aferę, która w normalnym kraju mogłaby się skończyć upadkiem rządu i Prezydenta, gdyż obnaża niespotykaną nigdzie w świecie falę korupcji oraz śmiertelnego (dosłownie!) zagrożenia powszechnego, a u nas i tak zostanie zamieciona pod dywan, chyba, że zagraniczne media podchwycą temat i spowodują całkowite wstrzymanie importu mięsa i wędlin z naszego pięknego k*raju.


Okazuje się, iż największa firma w Polsce zajmująca się utylizacją odpadów zwierzęcych (padlina, chore zwierzęta, itp.) zamiast utylizować, przerabia je na mączkę kostną, która z kolei jest poszukiwaną, choć zakazaną paszą. Poszukiwaną, jako o wiele tańsza niż inne. Zakazaną, gdyż poza wprowadzaniem do obiegu wielu zabójczych substancji jest uważana za główny powód rozprzestrzenienia się choroby BSE, popularnie nazywanej chorobą szalonych krów. U ludzi może ona wywołać chorobę Creutzfeldta-Jacoba, która wpływając na ośrodkowy układ nerwowy człowieka zawsze doprowadza do śmierci. Jest więc prawdopodobnie jedyną poza wścieklizną chorobą, która dla człowieka jest w stu procentach śmiertelna! A mączkę kupuje się i sprzedaje w tonach, i to raczej wielu naraz. Oczywiście, tak jak afera solna i niedawna Rawsko-padliniarsko-mięsna raz chińsko-antybiotykowa, zostanie zamieciona pod dywan. A jeśli ktoś za granicą podchwyci temat i nagłośni w mediach, to się winą obarczy dziennikarzy-zdrajców. W końcu we własne gniazdo się nie sra. Przynajmniej w Polsce.

Okazuje się, że Putin i Czesi mają absolutną rację nie chcąc mięsa znad Wisły, a mnie zdumiewa głupota Polaków. Tych, którzy w tym siedzą, a siedzą wszyscy, od sprawców, po organy kontroli i wymiaru sprawiedliwości. Czy sądzą, że ochronią swoje dzieci przed zjedzeniem czegoś, co zawiera ich zabójczą produkcję?

Dla mnie to, jak powiedziałby Zimbardo, typowy objaw mentalności więziennej. Liczy się tylko zysk na krótką metę; dalsze konsekwencje pozostają poza horyzontem. Nie ma żadnej moralności – rano do kaplicy więziennej, wieczorem co kto chce.


Wystarczy minimalny wysiłek, a taki proceder można wykryć nawet w gotowych wyrobach, ale kto to ma zrobić, skoro służby przewidziane do takich działań też w tym siedzą? Rząd nic nie robi, bo wie, że to beczka prochu, która wysadzi wszystkich. Wszyscy są umoczeni; bezpośrednio lub pośrednio. Nie można przecież posadzić wszystkich, a już, parafrazując słowa ze skeczu Na wyrębie z prześwietnego kabaretu Dudek, najtrudniej samych siebie.
Z reguły nie reklamuję programów telewizyjnych, ale tym razem gorąco zapraszam i polecam - 10 września o 19:50 na antenie TVN Uwaga. Jednocześnie tym, którzy nie czytali, polecam Gomorrę i porównanie z Polską.


A ja tylko jestem ciekaw, kiedy się dowiemy, iż Polacy karmią swe zwierzęta, i siebie również, ludzkimi szczątkami, choćby odpadami szpitalnymi. Dotąd marnują się na nielegalnych wysypiskach, które są tańsze niż legalne, ale przecież można ten biznes uczynić jeszcze bardziej zyskownym i również je przerobić na mączkę kostną, zamiast jak dotąd tylko zaorywać w polach. Dobre, bo Polskie.

niedziela, 8 września 2013

Co by tu jeszcze

Miało być co innego, ale ile razy spojrzę w TV albo włączę radio i widzę ciągłe próby reformowania i poprawiania tego, co działa, przy równoczesnym braku zainteresowania tym, co działać absolutnie nie chce, przypomina mi się przebój Młynarskiego "Co by tu jeszcze". Kiedyś już cytowałem jego słowa, kto chce może poczytać w poście Zadżumiony naród. Ponieważ, ze zrozumiałych względów, twórczość tego wybitnego artysty nie jest promowana w naszych mediach, więc dziś zapraszam do posłuchania z jakże odpowiednim obrazkiem w tle.

piątek, 6 września 2013

Plakaty społeczne

W tym roku Świnoujście powitało mnie na przeprawie Karsibór takim smrodem z toalet na promie, że wspomnienia z PKP z PRL-u bledną. I to pomimo tego, że drzwi do przedziału pasażerskiego były otwarte na przestrzał, a od wspomnianych wychodków trzymałem się jak najdalej. Nie pomagał nawet przeciąg wspomagany rześką bryzą. Dalej też nie było lepiej. Co dzień atakowały me oczy widoczne poniżej plakaty, których szczególne zagęszczenie znajdowało się przy deptaku. Ciekawe co z nich zrozumieli potencjalni odbiorcy, którzy w większości są tylko i wyłącznie niemieckojęzyczni? Zwłaszcza, że nawet w biały dzień na trawnikach pod ozdobnymi krzewami wzdłuż promenady leżeli jegomoście wypisz wymaluj jak z plakatu. Tym zdjęć nie robiłem - ochrona wizerunku :)


czwartek, 5 września 2013

Ekologia od podstaw

"Ekologiczne"uprawy" w rejonie wsi Chrzczonowice :)

(kliknij aby powiększyć)

Co innego słyszeć o wędlinkach z padliny, o drobiu karmionym całymi beczkami chińskich antybiotyków, o sadach ulepszanych tonami oprysków, a co innego samemu zobaczyć takie pole :(

środa, 4 września 2013

Pocztówka ze Świnoujścia

Przechadzając się nabrzeżem Kanału Piastowskiego zobaczyłem taką oto tablicę. Rozglądałem się ja, rozglądała rodzina... i nic! Konia z rzędem temu, kto onego cumownika zobaczy. Poza momentem cumowania oczywiście. Nie wspominam już, że w chwili zagrożenia i zapotrzebowania na oną apteczkę nie ma czasu na rozglądanie i pomijam fakt, że skoro w sezonie na ulicach słychać głównie niemiecki, to polskojęzyczna tablica chyba nie do końca spełnia swoją rolę.


wtorek, 3 września 2013

Dwa narody, dwa światy.

Jedno przejście graniczne (Świnoujście Garz). Dwa spojrzenia; na stronę niemiecką i polską:

Tak nas witają Niemcy na swojej stronie:





Tak my witamy ich na naszej:


środa, 21 sierpnia 2013

Najbogatsi na świecie

Wszyscy powtarzają, że świat wciąż walczy z kryzysem. Ale nie Polska. Już nie jesteśmy tylko zieloną wyspą. Jesteśmy wyspą świetlistą. Czyż jakikolwiek inny kraj stać na to, by dzień w dzień, nawet najbardziej słoneczny i upalny, trzymać włączone latarnie uliczne? Nas stać. Czyż jakikolwiek inny kraj stać na to, by systematycznie kosić trawy zasłonięte ekranami dźwiękochłonnymi przed wzrokiem przejeżdżających, w dodatku nawet wtedy, gdy z drugiej strony też nie ma niczego ani nikogo, kto mógłby te wydatki docenić? Nie wspomnę o tym, że takie koszenie zabiera cenne dla zwierząt, również ptaków, obszary. W imię czego?







Miałem zamiar dzwonić gdzieś w tej sprawie, ale widząc, iż często gęsto na te widoki patrzą ludzie z samochodów z napisami informującymi, że są z nadzoru i pewnie właśnie podziwiają te dokonania, gdyż nic się po ich inspekcjach nie zmienia, dałem spokój. Pozdrowienia dla GDDKiA , a zwłaszcza dla odpowiedzialnych za drogę S8 i węzeł Babsk.

sobota, 17 sierpnia 2013

O co naprawdę walczył Wałęsa?


Aby sobie odpowiedzieć na to pytanie, najpierw należałoby uważnie przeczytać 21 postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego z 17 sierpnia 1980. Przytaczam je poniżej (za Wiki):

1. Akceptacja niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych, wynikająca z ratyfikowanej przez PRL Konwencji nr 87 Międzynarodowej Organizacji Pracy dotyczącej wolności związkowych.
2. Zagwarantowanie prawa do strajku oraz bezpieczeństwa strajkującym i osobom wspomagającym.
3. Przestrzegać zagwarantowaną w Konstytucji PRL wolność słowa, druku, publikacji, a tym samym nie represjonować niezależnych wydawnictw oraz udostępnić środki masowego przekazu dla przedstawicieli wszystkich wyznań.
4. a) przywrócić do poprzednich praw: – ludzi zwolnionych z pracy po strajkach w 1970 i 1976, – studentów wydalonych z uczelni za przekonania,
b) zwolnić wszystkich więźniów politycznych (w tym Edmunda Zadrożyńskiego, Jana Kozłowskiego, Marka Kozłowskiego),
c) znieść represje za przekonania.
5. Podać w środkach masowego przekazu informację o utworzeniu Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego oraz publikować jego żądania.
6. Podjąć realne działania mające na celu wyprowadzenie kraju z sytuacji kryzysowej poprzez:
a) podawanie do publicznej wiadomości pełnej informacji o sytuacji społeczno-gospodarczej,
b) umożliwienie wszystkim środowiskom i warstwom społecznym uczestniczenie w dyskusji nad programem reform.
7. Wypłacić wszystkim pracownikom biorącym udział w strajku wynagrodzenie za okres strajku jak za urlop wypoczynkowy z funduszu CRZZ.
8. Podnieść wynagrodzenie zasadnicze każdego pracownika o 2000 zł na miesiąc jako rekompensatę dotychczasowego wzrostu cen.
9. Zagwarantować automatyczny wzrost płac równolegle do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza.
10. Realizować pełne zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły żywnościowe, a eksportować tylko i wyłącznie nadwyżki.
11. Wprowadzić na mięso i przetwory kartki – bony żywnościowe (do czasu opanowania sytuacji na rynku).
12. Znieść ceny komercyjne i sprzedaż za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym.
13. Wprowadzić zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej, oraz znieść przywileje MO, SB i aparatu partyjnego poprzez: zrównanie zasiłków rodzinnych, zlikwidowanie specjalnej sprzedaży itp.
14. Obniżyć wiek emerytalny dla kobiet do 50 lat, a dla mężczyzn do lat 55 lub [zaliczyć] przepracowanie w PRL 30 lat dla kobiet i 35 lat dla mężczyzn bez względu na wiek.
15. Zrównać renty i emerytury starego portfela do poziomu aktualnie wypłacanych.
16. Poprawić warunki pracy służby zdrowia, co zapewni pełną opiekę medyczną osobom pracującym.
17. Zapewnić odpowiednią liczbę miejsc w żłobkach i przedszkolach dla dzieci kobiet pracujących.
18. Wprowadzić urlop macierzyński płatny przez okres trzech lat na wychowanie dziecka.
19. Skrócić czas oczekiwania na mieszkanie.
20. Podnieść diety z 40 zł do 100 zł i dodatek za rozłąkę.
21. Wprowadzić wszystkie soboty wolne od pracy. Pracownikom w ruchu ciągłym i systemie 4-brygadowym brak wolnych sobót zrekompensować zwiększonym wymiarem urlopu wypoczynkowego lub innymi płatnymi dniami wolnymi od pracy


Przeczytaliście uważnie? Jak wrażenia z lektury? Nie narzuca się Wam pytanie jak to możliwe, że Wałęsa, wielki bojownik o wolną i demokratyczną Polskę, w ogóle z niczym nie walczy od czasu, gdy jego własna sytuacja, i sytuacja jego rodziny, nagle się polepszyła, choć dzisiejsze realia w kraju są karykaturalnym wręcz zaprzeczeniem jego własnych postulatów z czasów końca komuny? Czyż nie dotyczy to też wszystkich innych bojowników i patriotów z tamtego okresu? Czyż ich punkt widzenia nie zmienił się wraz ze zmianą punktu siedzenia?

A sprawy ogólnoludzkie? Te najbardziej podstawowe? Jak tacy miłośnicy praw i wolności mogą w ogóle podawać ręce amerykańskim politykom, którzy wręcz mówią, że Konwencja Genewska ich nie obowiązuje, że mają prawo torturować wrogów, jeśli tylko przylepią im etykietkę terrorystów, przez co niczym nie różnią się w tym zakresie swej mentalności od hitlerowców. Jak mogą nazywać się przyjaciółmi ludzi, którzy podobnie jak Adolf wywołują wojny na podstawie fałszywych oskarżeń?

Ile razy popatrzycie na zadowolone z siebie twarze naszych polityków mówiących, że jest fajnie, że kochać trzeba właśnie taką demokrację, jaką mamy, wróćcie myślą do tych 21 postulatów, a jeśli je zapomnicie, przeczytajcie je raz jeszcze.

niedziela, 11 sierpnia 2013

Zimbardo i wkręty Nosela



Większość z Was słyszała pewnie któryś z wyczynów Kamila Nosela, który najpierw w Radiu Złote Przeboje, a teraz w Radiu Zet wkręca ludzi. Dla tych, którzy nigdy w akcji go nie słyszeli, krótko przedstawię na czym polega jego typowy wkręt. Nosel, udając zwykle kobietę, najczęściej z centrali lub innej instytucji dającej mu przewagę autorytetu, dzwoni do ofiary, często urzędnika lub znanej osoby, i nakazuje jej podjęcie jakiegoś absurdalnego działania. Część radiosłuchaczy lubi jego manipulacje, a cześć nie. Niektórzy uważają, że są one ustawione, ale niesłusznie. Po prostu spalone podejścia, czyli te, gdy cel spławił natręta i wysłał go, by skakał na przysłowiowy bambus, nie idą na antenę. A co to ma wspólnego z Zimbardo?

Od czasu, gdy pierwszy raz usłyszałem Nosela wykonującego swoją robotę, zastanawiałem się, czy wszyscy ci ludzie naprawdę są aż takimi kretynami? Pan Kamil przecież wielokrotnie daje aż nadto czytelne sygnały, że to podpucha i że dzwoniący chce zakpić z rozmówcy, poczynając od brzmienia głosu, jakiego używa Nosel, aż po teksty typu „podporucznik z V Brygady Lotnictwa Podziemnego i Nadziemnego” i inne podobne absurdy, a mimo to, co dzień ma nowy temat, nowy udany wkręt. A Wy jakie macie odczucia?

Jedni z wkrętów Nosela się zaśmiewają, wierząc, iż oni nie daliby się nabrać. Inni uważają, że to nie są prawdziwe wkręty, tylko ustawki, co jak już wspomniałem jest nieprawdą. Po lekturze Efektu Lycyfera Zimbardo mam niestety świadomość, iż ani jedni, ani drudzy nie mają racji. Teraz tyle razy, ilekroć przypadkiem usłyszę tę audycję, czuję się przytłoczony świadomością, że to, co wydaje się większości śmieszne lub zmyślone, jest w rzeczywistości tragiczne i prawdziwe, jest czubkiem góry lodowej poważnego problemu.

W Stanach Zjednoczonych FBI walczyło z serią przestępstw zwanych „numerem z rewizją osobistą”. Manipulacja polegała na tym, iż ktoś dzwonił do kierowniczki fast foodu przedstawiając się jako powiedzmy funkcjonariusz policji Scott i informował, że pilnie potrzebna jest jej pomoc w związku z kradzieżą dokonaną przez pracownicę jej restauracji. Jako sprawczynię kradzieży, czyli swoją główną ofiarę, wybierał młodą i atrakcyjną dziewczynę z personelu. Nakazywał kierowniczce lub kierownikowi zamknąć tę osobę w pomieszczeniu na zapleczu do czasu przyjazdu policji, który oczywiście nigdy nie następował. Pomieszczenie wybierał z tych, które są objęte monitoringiem i do którego zapewnił sobie wcześniej dostęp. Polecał przybrać do czynności mężczyznę i następnie nakłaniał do obnażenia zatrzymanej i jej przeszukania wraz ze sprawdzeniem zawartości pochwy i odbytu. Każda „czynność” była przez personel telefonicznie na bieżąco relacjonowana „policjantowi”, a kamery robiły swoje. Potem, gdy sytuacja się rozkręcała, dochodziło i do innych czynności o jednoznacznie seksualnym charakterze, a nawet gwałtów. Spraw takich było w USA kilkadziesiąt w kilkudziesięciu stanach (tylko do roku najdalej 2007). Sprawcami okazywali się wytrawni oszuści podglądacze, przygotowani do planowanych manipulacji; uzbrojeni w wiedzę psychologiczną, znajomość kultury korporacyjnej i wewnętrznych przepisów atakowanych przedsiębiorstw oraz poufnych informacji o nich. Firmy wrobione przez oszustów musiały płacić ofiarom ogromne odszkodowania, pracownicy wrobieni w „pomocników” byli wyrzucani z pracy, ponosząc poza tym karne konsekwencje swych zachowań, a ofiary bezpośrednie miały traumę do końca życia. Ilość udanych wkrętów tego typu, podobnie jak sukcesy Nosela, każą się zastanowić, czy zmanipulowani są głupi, czy też jednak każdy z nas może paść ofiarą takiego ataku, zwłaszcza jeśli zostanie on fachowo przygotowany i przeprowadzony?

Tą ostatnią możliwość potwierdza Donna Summers, kierowniczka McDonald’sa w Mount Washington w stanie Kentucky, zwolniona z pracy za to, że dała się podstępem nakłonić do wykonywania poleceń autorytetu przez telefon. Jej słowa:

Myślisz o tym i mówisz; ja nie zrobiłbym tego. Ale jeśli nie znajdziesz się w tej sytuacji, w tym czasie, to skąd wiesz, co byś zrobił. Nie wiesz tego.*

brzmią prawie identycznie z wypowiedzią naszej noblistki, którą niedawno przytaczałem w recenzji Efektu Lucyfera:

Tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono

Dan Jablonski, agent specjalny FBI, który się zajmował niektórymi z tych przestępstw, mówi tak:

Ty i ja możemy tu siedzieć i osądzać tych ludzi i mówić, że byli oni cholernymi durniami (jak ja kocham te amerykańskie gadki – przyp. A.V.) Ale oni nie są szkoleni w posługiwaniu się zdrowym rozsądkiem. Są szkoleni, by mówić i myśleć: Czym mogę panu służyć?

Badania i eksperymenty amerykański psychologów społecznych poszły jeszcze dalej – pokazały, że takie numery można dość łatwo wycinać we wszelkich zhierarchizowanych środowiskach, jak choćby w służbie zdrowia. Uzdolniony lub uzbrojony w odpowiednią wiedzę manipulator może bez problemu dokonać morderstwa pacjenta wydając przez telefon personelowi polecenie podania zabójczej dawki leku. Przykłady można mnożyć.

Wróćmy jednak do Nosela. Jego numery dotykają przedstawicieli całego polskiego społeczeństwa. Od szaraków po celebrytów, od prostaków po ludzi obytych i wykształconych, od urzędników po biznesmenów. W dodatku, w przeciwieństwie do amerykańskich zboczonych oszustów, Nosel nie staje do walki uzbrojony w dogłębną znajomość procedur i realiów środowiska, w którym obracają się jego cele. Nie ma też za sobą wiedzy teoretycznej i praktycznej, którą mają jego przestępcze odpowiedniki zza Wielkiej Wody. Atakuje niejako z doskoku, improwizuje. Oni jednak ograniczali się do ataków na fast foody, jako instytucje najbardziej odmóżdżające swoich pracowników, a on nie musi. Czyżby więc cała Polska w tym aspekcie była jednym wielkim fast foodem?

Chciałbym zobaczyć wyniki podobnych badań lub eksperymentów, gdyby ktoś je przeprowadził w Polsce. Mogłyby nas chyba zszokować. Na razie wystarczy posłuchać audycji Nosela i w myślach przyrównać je do realiów amerykańskich. Można się załamać. Wychodzi na to, że całe nasze społeczeństwo co do możliwości krytycznej oceny sytuacji i zdolności do obrony przed manipulacją przypomina najbardziej zrobotyzowany personel amerykańskich firm postrzeganych jako najbardziej odmóżdżające. Uważajcie, by i Was ktoś nie wkręcił


Wasz Andrew




* Wszystkie wytłuszczone cytaty kursywą - Philip Zimbardo Efekt Lucyfera

środa, 7 sierpnia 2013

O tempora, o mores!



Czy Polska jest jeszcze normalnym krajem? Ostatnio to pytanie ciśnie mi się coraz częściej na usta. Płatni prześmiewcy, wyszydzający czasy PRL-u, którzy w ten sposób próbują wmówić nam, iż teraz na pewno jest lepiej, zdają się nie zauważać absurdów dnia dzisiejszego na głowę bijących czasy Gierka.

Jedną z kluczowych sił napędzających i regulujących sprawnie działającą demokrację jest czwarta władza. Kiedy widzę jej działanie w naszych realiach, zaczynam tęsknić za instytucjonalną cenzurą. Przynajmniej się mózg nie lasował od takich kwiatków.

Dla tych co nie wiedzą, w końcu nie każdy musi, jeśli się tematem nie zajmuje - Lewa fotka przedstawia jeden z najbardziej rozpoznawalnych widoczków polskiego wybrzeża - falochron zachodni w Świnoujściu z charakterystycznym Wiatrakiem.

piątek, 19 lipca 2013

Umrzeć jak ostatni debil


Chyba prawie każdy słyszał o Nagrodzie Darwina. Najkrócej mówiąc, jest to wyróżnienie przyznawane tym, którzy okaleczyli się w sposób uniemożliwiający posiadania potomstwa lub rozstali się z tym światem w sposób szczególnie idiotyczny z powodu swej niezwyczajnej tępoty. Nagroda nosi imię Darwina, gdyż taka śmierć lub kalectwo uniemożliwia tym wyjątkowym debilom przekazanie swych genów następcom, czyli oczyszcza pulę genową ludzkości, co pośrednio, zgodnie z teorią ewolucji, zwiększa szanse ludzkości na dalsze trwanie.

Kiedy czytamy listę osiągnięć, które zostały uhonorowane tą nagrodą, mamy wrażenie, iż sami znamy przypadki o wiele głupszych sposobów rozstania się z tym światem, jak choćby wyczyny naszych pijanych kierowców. Dziś jednak Polska ma szansę na mocne wejście i zgarnięcie pierwszego miejsca, tym bardziej, że jednocześnie w kategorii indywidualnej i, co dużo rzadsze, gdyż ciężko zebrać dwóch prawdziwych debili do pary, drużynowej.

Jak podają media w miejscowości Seelow w Niemczech, około 20 kilometrów do polskiej granicy, zginęło dwoje Polaków. Kobieta i mężczyzna, którym nie chciało się na piechotę wracać do kraju, położyli się na drodze, by zatrzymać "na stopa" jadący samochód. Kierowca ich nie zauważył i przejechał po nich busem. Genialni autostopowicze zginęli na miejscu.

Każdy naród ma swoje przypadki godne Nagrody Darwina. Niewiele może się jednak pochwalić zbiorówkami, gdy dwie osoby zgodnie postanawiają ubiegać się o to wyróżnienie. Jeszcze mniej odstawia takie występy za granicą, gdzie, jak łatwo się domyślić, stanie się to wizytówką całego narodu. O wielu nacjach krążą po świecie stereotypy i kąśliwe dowcipy. Inna spraw, że nie o wszystkich, co też jest ciekawym tematem, na kiedy indziej jednak. Ci kradną, tamci piją, i tak dalej. Czy nie mają racji ci wszyscy, którzy mają o Polakach takie zdanie, jakie mają, a któremu oficjalne polskie media usilnie starają się zaprzeczać?

Jest oczywiste, że obiegowe pejoratywne opinie o narodach czy innych grupach ludzi zawsze są krzywdzące. Zbiorowości ludzkie nie składają się z klonów. Jednak, z drugiej strony, stereotypy przekazują ostrzeżenia. Są wizytówką mówiącą: - może nie wszyscy z nich kradną czy piją, ale chyba statystycznie robią to częściej niż inni, więc lepiej z nimi uważać. Na pewno nasi autostopowicze dopisali na polskich wizytówkach mocny akcent. Nie zgłaszam tego przypadku na stronie Nagrody Darwina, i mam nadzieję, iż nikt nie zgłosi, ale obawiam się, że i bez tego w Niemczech i Europie wizerunek Polaka otrzymał nowy element. W końcu, co raz weszło do netu, nigdy w nim nie ginie. Może nie zawsze jest to zdanie prawdziwe, ale w przypadku głupot sprawdza się idealnie, więc...