Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 marca 2014

Zwyciężaj albo giń czyli GRA O TRON


George R. R. Martin

Gra o tron

tytuł oryginału: A Game of Thrones
tłumaczenie: Paweł Kruk
seria/cykl wydawniczy: saga Pieśń Lodu i Ognia* (ang. A Song of Ice and Fire) tom 1
Wydawnictwo: Zysk i S-ka 2012

Od czego zacząć? Od filmu (serialu) czy książki, na której został oparty? Kilka razy zmieniałem decyzję przed przystąpieniem do pisania tego testu, aż na koniec postanowiłem; skoro ma to być zapis moich wrażeń z odbioru tych produkcji, wybrać tak, jak wybrał dla mnie przypadek, zwany też losem, przeznaczeniem, albo Wolą Bożą.



Jakiś czas temu kolega namówił mnie na obejrzenie, jak to się teraz mówi, pierwszego sezonu serialu Gra o tron**(Game of Thrones) produkcji HBO, który został wręcz obsypany różnymi nagrodami Początkowo podszedłem do tematu sceptycznie. Pachniało mi to jakąś produkcją fantasy klasy B. Po pierwszym odcinku stwierdziłem, że pewne elementy są interesujące. Zaciekawiony obejrzałem odcinek drugi, trzeci, i tak dalej, aż nagle skonstatowałem, iż właśnie przeleciał odcinek dziesiąty, a ja chcę więcej. Co mnie tak wciągnęło? To pytanie zostawię na koniec. Teraz przejdźmy do książki, którą zapragnąłem poznać po obejrzeniu serialu.

Nie wiemy, czy rzecz dzieje się w przyszłości, przeszłości, czy w alternatywnej historii Ziemi, czy też w ogóle innej rzeczywistości . Osią świata jest kontynent Westeros rozciągnięty od upalnego południa aż do mroźnej północy, a rzecz cała rozgrywa w konwencji rodem ze średniowiecza - pełnej zbroi, mieczy i opowieści o niedawno wymarłych smokach.

Większa część Westeros, podzielona na Siedem Królestw, oddzielona jest od Północy Murem, który ma chronić ludzi, bo to oni głównie zaludniają ziemię, przed Dzikimi i Złem. A może przed Złem i Dzikimi. Przed wiekami Aegon I Zdobywca podporządkował sobie wszystkie Siedem Królestw i jego ród zwany dynastią Targaryenów władał całością niemal trzy wieki. Piętnście lat temu, czyli przed początkiem opowieści, Dom Targaryenów został obalony przez Roberta Baratheona w następstwie Wojny Uzurpatora. Robert Baratheon został nowym królem Westeros. Niestety, niespodziewanie kończy swój żywot. Zaczyna się Gra o tron; jeden by rządzić siedmioma.

Fabuły oczywiście nie będę zdradzał nawet w przybliżeniu. Brzmi to banalnie, ale jest rzeczywiście wielowątkowa. Każdy ród marzący o władzy ma swą własną receptę na jej zdobycie. Każdy jest inny; ma nie tylko specyficzne piętno genetyczne, historię i podstawy, na których opiera swą potęgę, ale i, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, własną kulturę korporacyjną, a więc pojęcie o tym, jakie są prawdziwe cele istnienia i jakie środki do ich osiągnięcia są godne, a jakie nie.

George R.R. Martin pokazał się w tej powieści jako mistrz kreacji. Stworzył spójną, przekonującą rzeczywistość o niepowtarzalnym klimacie. Zwykle fantasy jest dla mnie synonimem bezpłciowego kiczu, ale tym razem mamy do czynienia z powieścią prawdziwą. Choć Westeros jest fikcyjne, rządzi się mechanizmami jak najbardziej rzeczywistymi. Żądze ludzkie jako motor historii ukazane w nieskończonej ilości swych odmian. Polityka jako ciągły splot mnóstwa przenikających się drobnych i wielkich intryg. Do tego ludzie, którzy ten świat zaludniają i swymi pragnieniami nadają mu dynamikę. Postacie odmalowane prześwietnie, wręcz fenomenalnie, z niespotykaną śmiałością. Od lalek marzących tylko o księciu w złotej zbroi głupich tak, że wolą podróżować w karecie bez okien, by nie patrzeć na „nudną rzeczywistość” i równie pustych, okrutnych młodzieńców, po szare eminencje; pająki snujące swe sieci ponad układami, władzą, granicami i frontami. Mamy odważnych i tchórzy oraz wszystkie pośrednie stadia między nimi. Widzimy wpływ, jakby powiedział Zimbardo, Systemów i Sytuacji na ludzi, na to jak się zmieniają, jak dobrzy zaczynają czynić zło, a źli mogą być ocenieni pozytywnie. I wreszcie mamy przedstawienie, choć i tak dość nieśmiało w porównaniu do rzeczywistości zarysowane, sił społecznych, wśród których żądze, również seksualne i ich sublimacje, grają znaczącą rolę. Aż ciśnie się na usta porównanie do innych znanych dzieł. Sienkiewicz ze swoją Trylogią i jej wizją polityki wygląda przy Grze o tron wręcz infantylnie, żeby nie powiedzieć dosadniej. Świat Tolkiena wydaje się przy wykreowanym przez Martina jak wykastrowany eunuch przy przepełnionej chucią parze młodych. Nawet Diuna wydaje się w sferze polityki dużo, dużo mniej wyrafinowana. W kwestii różnorodności i śmiałości charakterów ludzkich również trudno znaleźć coś, co mogłoby książkę Martina przewyższyć. Jak z ludźmi, tak i z krainami. To nie jeden zdumiewający świat, jak w Diunie, to nie jedno starcie, jak w Trylogii, to nie czarno-białe podziały na dobro i zło, jak u Tolkiena, ale wojna wszystkich ze wszystkimi, trudne wybory i trudne odpowiedzi; co naprawdę jest dobre, a co złe, a jeszcze częściej – co jest mniejszym złem. Niesamowite klimaty, nie tylko dla każdej z krain, ale i dla każdej społeczności. Momentami liryczna, kiedy trzeba epicka, pełna ważnych prawd i trudnych pytań. Wciągająca porcja prześwietnej rozrywki, przy której zapomina się o tym świecie, a jednocześnie dzieło, nie boję się użyć tego słowa, z głębokimi wartościami.

Świetnym zabiegiem okazało się przenoszenie narratora. Tytułem każdego rozdziału jest imię jednej z postaci i w nim narrator, w trzeciej osobie co prawda, ale zdecydowanie przywiązany jest do tego bohatera. Zna jego myśli, patrzy na świat jego oczami, do ocen stosuje jego kryteria, moralność i umysłowość. Zabieg niesamowicie się udał. Niezwykle pouczające jest spojrzeć na świat to oczami przysłowiowej blondynki, to oczytanego kaleki, to jeszcze kogoś innego. I uświadomić sobie, że w pewnym sensie, te wszystkie rzeczywistości, inne dla każdego z nas, są równouprawnione.

Kiedy czytałem Grę o tron aż się zastanowiłem, czy nie byłaby ona dobrą lekturą obowiązkową dla naszych polityków, którzy myślą, że polityka zagraniczna różni się czymś od walki o nasze własne, krajowe stołki. Może by w końcu zrozumieli, że tak jak w mafii urzędniczej, tak i w polityce międzynarodowej, nie ma sojuszu, którego by nie można złamać, nie ma świństwa, którego nie można by się spodziewać po przeciwniku, a bezpieczeństwa nie zagwarantuje żaden układ na papierze. Jeśli kogoś nie stać na własną siłę, musi jej szukać w układach, w prawdziwych wzajemnych korzyściach, które sprawią, że wszyscy będą mieć interes w tym, co jest nam potrzebne, a słabeusze, którzy potrząsają szabelką, głośno krzyczą albo zbytnio się rządzą, prędzej czy później trafią na szafot.

Nasunęło mi się też porównanie Gry o tron do Krzyżowców Guillou. Te dwie lektury w tandemie przydałyby się zwykłym ludziom. Przez zderzenie światów wspomnianych serii powieściowych łatwo zobaczyć różnicę realiów państw rządzonych przez ludzi i przez prawo. W świecie rządzonym przez ludzi dobrze mają tylko najsilniejsi i najmożniejsi. Trafi się „dobry” władca – wszyscy mają dobrze, ale gdy trafi się zły… A gdy możni się biorą za łby, zawsze najgorzej mają zwykli obywatele, którzy dla decydentów są niczym. W państwie prawa, do którego dążyli bohaterowie Krzyżowców, silne państwo i prawo jest obroną małych przed wielkimi, biednych przed bogatymi. U nas zaś coraz powszechniejsze lekceważenie prawa i państwa podniesione do rangi symbolu, dzielenie na naszych i innych, a nie na prawych i nieprawych, wskazuje, iż większość, która najczęściej ponosi największe koszty, nie zdaje sobie sprawy, iż to, kto jest nasz, a kto nie, w każdej chwili może się zmienić niezależnie od tego, jak bardzo się zaprzedamy by do tych naszych należeć. Jedynym sensownym rozwiązaniem jest twarde silne prawo i państwo gwarantujące jego egzekwowanie. Ale tej świadomości absolutnie w naszym narodzie nie ma.

Sorry, zjechałem z tematu, ale w trakcie lektury powieści aż mnie rzucało na myśl, że w książce w sumie teoretycznie dość lekkiej, bez aspiracji do wielkiej filozofii, więcej jest prawdy o tym, jakie bywa życie, niż można przez dziesięciolecia usłyszeć ze słów tych, którzy uchodzą za autorytety i duchowych przywódców narodu, że o politykach nie wspomnę.

Oczywiście, jest w tej baśni sporo bólu, ran i śmierci, przemocy i okrucieństwa, oraz trochę seksu, ale życie takie właśnie jest. Szkoda tylko, że nie jest odwrotnie – trochę bólu i sporo seksu. Ale to właśnie byłby science fiction.

Podsumowując, mogę tylko polecić Grę o tron absolutnie i bezwarunkowo, wszystkim z wyjątkiem najmłodszych. Nawet tym, którzy, podobnie jak ja, niezbyt przepadają za fantasy. Wystarczy sobie uzmysłowić, że autor nie miał innego wyjścia. Gdyby napisał tak realistyczną powieść historyczną zaraz by się spotkał z nagonką ze wszystkich stron. Każdy naród by mu zarzucał, że jego przedstawiciele nie byli tacy, tylko inni, itd. A tak mamy najprawdziwsze, najrealniejsze samo życie, tyle że w uroczym, średniowiecznym entourage'u. Mamy powieść budzącą w każdym chyba czytelniku głębokie uczucia, od nienawiści do jednych bohaterów, po głęboką sympatię wobec innych. Mamy naukę świadomości, iż wszyscy ludzie, nawet kluczowe postacie, nawet my sami i ci, których kochamy, są śmiertelni. I mamy pięknie się zapowiadające, moje ulubione smoki. Opsss… Nic nie powiedziałem.



A cóż z serialem? Zasadniczo rzecz biorąc jest dosyć wierny w porównaniu do książkowego oryginału. Oczywiście głębsze przemyślenia bohaterów przepadły, ale klimat udało się odtworzyć idealnie. Mocną stroną są dobrze dobrani aktorzy i ich gra, sceny batalistyczne na wysokim poziomie, piękne zamki i krajobrazy zapierające dech w piersiach. I znowu dwie refleksje. Dlaczego w naszych produkcjach, w końcu prestiżowych, typu Ogniem i mieczem, brak jest dynamiki batalistycznej? Sztandary zwisają jak szmaty, umocnienia ledwie wystają nad ziemię, szermierze za wszelką cenę starają się nie trafić przeciwnika, a jeźdźcy sprawiają momentami wrażenie, jakby mieli kłopot z utrzymaniem broni w ręce albo wręcz siebie w siodle. Gra o tron pod tym względem to inny świat, o klasę wyżej, dla polskiej kinematografii niestety. U nas takie stwierdzenia, jak moje, są niepopularne, bo mało kto ma odwagę krytykować dzieło, które jest chronione przez przymiotnik „patriotyczne”, ale przy serialu HBO Potop czy Ogniem i mieczem wypadają jak poszatkowane książki przerobione na kiczowate filmidła przy dojrzałej produkcji opartej na wybitnej literaturze. Wielcy krytycy pewnie się nie zgodzą z moim zdaniem, ale niestety sukcesy eksportowe Martina i kompletny ich brak w przypadku ekranizacji Sienkiewicza przemawiają inaczej.



Inna refleksja, która mi się nasunęła w podsumowaniu serialu i książki, to temat okrucieństwa i golizny. W książce absolutnie nie rażą, są tak naturalne jak oddychanie. Akurat tyle, ile trzeba; ani za dużo, ani za mało. A w filmie? Powszechne są głosy, iż jest ich za wiele, gdy w rzeczywistości ich udział w całości jest podobny, jak w wersji do czytania. Ba – sam nawet miałem chwilami uczucie, że tej nagości jest może za dużo. Czy jednak nie jest to objawem, jak chorym i zakłamanym społeczeństwem jesteśmy? Film, który pokazuje, i to w naprawę w wygładzonej wersji w stosunku do rzeczywistości, jak wyglądały „dawne dobre czasy” wydaje nam się pełen przemocy, a skrawek nagiego ciała budzi w nas większy sprzeciw niż powszechne nawet w programach emitowanych w „młodzieżowym” czasie antenowym sceny przemocy seksualnej, rasizmu, nienawiści i prawdziwego okrucieństwa. Co innego w dodatku przemoc w realiach i konwencji średniowiecza, a co innego w dniu dzisiejszym, w państwie w środku Europy. To ostatnie dotyczy zresztą nie tylko Polski.



Jednym słowem, książka jest wspaniała, a i film naprawdę warto obejrzeć, choć koncentruje się na akcji i nie wnika, z oczywistych względów, w głębię materii, którą przekazuje książka. Najważniejsze, że nie kłócą się ze sobą, w przeciwieństwie choćby do kilkakrotnie już dzisiaj wspominanego Potopu i ekranowego wcielenia pięknej, przynajmniej w wersji literackiej, Billewiczówny. Jeszcze raz zachęcam do obejrzenia serialu, a jeszcze bardziej do lektury powieści


Wasz Andrew



* saga Pieśń Lodu i Ognia* (ang. A Song of Ice and Fire)

1. A Game of Thrones (1996) - Gra o tron (1998)
2. A Clash of Kings (1999) - Starcie królów (2000)
3. A Storm of Swords (2000) - Nawałnica mieczy. Stal i śnieg (2002) + Nawałnica mieczy. Krew i złoto (2002)
4. A Feast for Crows (2005) - Uczta dla wron. Cienie śmierci (2006) + Uczta dla wron. Sieć spisków (2006)
5. A Dance with Dragons (2011) - Taniec ze smokami. Część I (2011) + Taniec ze smokami. Część II (2012)
6. The Winds of Winter
7. A Dream of Spring

** Seria 1 odcinków serialu Gra o tron

1. Winter is Coming (Nadchodzi zima) 2011
2. The Kingsroad (Królewski szlak) 2011
3. Lord Snow (Lord Snow) 2011
4. Cripples, Bastards, and Broken Things (Kalecy, bękarci i im podobni) 2011
5. The Wolf and the Lion (Wilk i lew) 2011
6. A Golden Crown (Złota korona) 2011
7. You Win or You Die (Wygrywasz albo giniesz) 2011
8. The Pointy End (Ostry koniec) 2011
9. Baelor (Baelor) 2011
10. Fire and Blood (Ogień i krew) 2011

sobota, 22 czerwca 2013

Od rzeźnika do transplantologa




Chirurdzy wojenni (War Surgeons) 2000

produkcja:
John Gwyn, S4C, History Television i Alliance Atlantis Fact
zdjęcia: Terry Zazulak
reżyseria: Amanda Rees
muzyka: Dwayne Ford



Nieczęsto piszę o filmach. Zwykle do pięt nie dorastają książkom, więc wolę się koncentrować na tych ostatnich. Z drugiej jednak strony czasami zdarza się coś, co jest wyjątkowe, cenne i warte polecenia. Tak też zdarzyło się tym razem.

Przypadkiem trafiłem na trzyodcinkowy (po godzinie) obraz dokumentalny Chirurdzy wojenni emitowany obecnie na kanale TVP Historia. Serial już leciał, ale to nic straconego, na pewno będą powtórki. Tematem wiodącym jest stymulacyjny wpływ zmieniających się warunków pola walki, poczynając od czasów starożytnych, na rozwój medycyny ratunkowej, a w szczególności chirurgii.

Ile filmów dokumentalnych i fabularnych stworzono na temat wojen nikt nie jest w stanie zliczyć. Od antywojennych po wojnę gloryfikujących, od poważnych po komedie; wszystkie możliwe gatunki i konwencje. Z reguły jednak pomija się jeden aspekt wojen, choć jest on ich nieodłącznym elementem – szpitale. Częściej już pokazuje się cmentarze, trupy, a nawet obozy koncentracyjne i ich ofiary, niż szpitale in action. Dlaczego? To proste – większość decydentów nie chce pokazać prawdziwego oblicza wojny, gdyż zawsze może zajść potrzeba wywołania nowej. Trup, czy nawet żywy okaleczony człowiek, tak naprawdę jest szokujący tylko dla człowieka przynajmniej na tyle inteligentnego, iż jest on w stanie sobie wyobrazić co czuł ten ktoś, zanim ze zdrowego młodego człowieka przemienił się w to, co z niego zostało. A większość tego nie potrafi. Natomiast hasła typu Bóg, Honor i Ojczyzna, zawsze i wszędzie wszyscy przyswajają łatwo. Trup nie krzyczy, nie wije się z boleści. Kaleki weteran wojenny nie sika krwią, nie ciągnie po ziemi swych wnętrzności ani nie pokazuje wprost tego, co przeżył. Ten serial zaś jest wyjątkowy. Nie tylko porusza temat arcyciekawy, o którym społeczeństwo nie ma zielonego pojęcia, głównie ze względu na brak materiałów, czyli fascynującą historię rozwoju chirurgii, ale ukazuje również, jak wyglądają w działaniu te miejsca, które najczęściej w filmach pokrywa się bardziej wstydliwym i obłudnym milczeniem niż sceny najbrutalniejszych gwałtów i morderstw. Przy operacji postrzelonego kolana scenki z horrorów stają się infantylne.



 (góra jakby dla śmiechu, dół całkiem na poważnie, różnica niewielka)

To połączenie unikalnej wiedzy na temat nieznanego ogółowi działu historii z mimowolnym aspektem moralnym nadaje serialowi niezwykłą siłę oddziaływania. Krwawe obrazy zmuszają do zastanowienia się nad tym, czy cokolwiek usprawiedliwia narażanie ludzi na takie cierpienia, a zwłaszcza czy usprawiedliwia je czyjś interes równie brudny, jak szczytne są hasła za którymi zawsze jest skrywany.


(obrazowe wytłumaczenie zagadki, dlaczego w pewnym momencie chirurgów zaczęto nazywać rzeźnikami)


Krótko mówiąc jest to rzecz, którą każdy powinien zobaczyć. Jeśli zaś nie jest jej nawet w stanie obejrzeć bez odwracania wzroku, niech się zastanowi, zanim kiedykolwiek znów zacznie popierać slogany typu „niektóre wojny są piękne”. Niech się zastanowi, czy ma prawo w ogóle wypowiadać się na temat moralnego aspektu wojny, tym bardziej, iż ten film i tak jest niczym w porównaniu z rzeczywistością. Brak mu zapachu, którego się nigdy nie zapomina. Brak dotyku tych rzeczy, których oby większość z nas nigdy dotykać nie musiała.

Absolutnie i zdecydowanie polecam


Wasz Andrew

czwartek, 24 stycznia 2013

Każdy Polak powinien


The Soviet Story (2008)

Scenariusz i reżyseria : Edvins Snore

Zasadniczo wolę czytać książki niż filmy oglądać. O dokumencie stworzonym przez Łotysza Edvinsa Snore dowiedziałem się z gorącym poleceniem od osoby posiadającej nieco odmienne ode mnie przekonania, choć obdarzonej niezwykłą wiedzą i profesorskim tytułem. Z jednej więc strony był we mnie i dystans, i nadzieja na… No właśnie – na co? Na coś naprawdę nowego? Wątpię.

O czym Sowiecka historia traktuje? Jak się nietrudno domyślić o komunizmie i faszyzmie, choć zwłaszcza o tym pierwszym. Nie może być zresztą inaczej, gdyż faszyzm w Niemczech prawdopodobnie nie powstałby, w postaci takiej, jaką znamy z dziejów, bez wsparcia Moskwy, a już na pewno nie zagroziłby światu. Jak chichot historii brzmi fakt, że z kolei bez aktywnego wsparcia służb niemieckich Lenin prawdopodobnie nigdy nie dotarłby do Rosji, tym bardziej iż początki rewolucji teoretycy komunizmu przewidywali w rozwiniętych państwach kapitalistycznych, a nie w feudalnej Rosji. Nie byłoby więc nigdy Stalina i Układu Warszawskiego ani żadnych historii sowieckich. To tylko jednak taka moja luźna refleksja.

Film pokazuje ogrom zbrodni komunizmu od początku jego powstania. Ogrom, z którego przeciętny Polak nawet sobie nie zdaje sprawy, choć bez przerwy miesza mu się w głowie Katyniem i Smoleńskiem. Miesza mu się w głowie, gdyż politycy jednym tchem wymieniający wyrwane z kontekstu fakty i wydumane fantazje nic innego narodowi nie robią. Poza unikalnymi niejednokrotnie zdjęciami i filmami oraz rzeczową narracją w dokumencie występują świadkowie dawnych wydarzeń i znani historycy. Ukazane są analogie między faszyzmem i komunizmem, ich zbrodniami i strategiami, a także mechanizmy rozwoju tych prawdziwie totalitarnych systemów. Wypunktowano różnice między nimi, co sprawia, iż o dziwo okazują się jeszcze bardziej podobne, jak awers i rewers tej samej monety. Pomimo tego, że tezy o tym, iż to komuniści, a zwłaszcza Stalin, doprowadzili do II Wojny Światowej nie są nowe i całkowicie je popieram, niektóre rzeczy i dla mnie okazały się nowością, jak choćby to, że prawo brytyjskie na zasadzie domniemania prawnego nie uznaje zbrodni stalinowskich.

Dla mnie najsmutniejsza i najgroźniej brzmiąca jest końcówka filmu. Teza, iż w chwili obecnej, po rozpadzie ZSRR, Rosja jest w podobnej sytuacji świadomości społecznej jak Niemcy po I Wojnie bardzo mnie przekonuje, a fakt, że o faszyzacji naszego sąsiada w ogóle się nie mówi, napawa mnie przerażeniem. Trochę to przypomina sytuację przed wrześniem, gdy nie ogłaszano mobilizacji ani nie układano pól minowych, by nie drażnić Hitlera. Nikt nie mówił o milionach zagłodzonych przez Stalina, o masowych zbrodniach popełnianych przez jego NKWD, choć Europa o tym wiedziała. Nawet Żydzi w większości nie uciekali przed Hitlerem, choć mogli. Wierzyli, że jakoś to będzie. Znamienny wydaje się fakt, iż TVP, która afiszuje się ze swoją misją, do dziś nie dopuściła do emisji w telewizji Sowieckiej historii, choć podobno zakupiła już dawno prawa do niej. Dotąd w naszym kraju można film było obejrzeć chyba tylko na przeglądzie filmów dokumentalnych "Echa Katynia" w 2010 i na DVD dołączonym do tygodnika Gazeta Polska w 2012. Jest dla mnie haniebnym, iż nawet ugrupowania i partie wprost ociekające rusofobią nie robią nic, by tę emisję przyspieszyć. Dlaczego – mogę się tylko domyślać.

Są tacy, którzy krzyczą, że film jest tendencyjny, gdyż nazizm i komunizm to dwie sprzeczności, dwa przeciwne bieguny i nie można ich porównywać. Na temat fałszywości takich argumentów można napisać całą książkę, tylko po co? Kto uważnie oglądnie film sam sobie wszystko wytłumaczy, a kto nie chce pewnych faktów zrozumieć, i tak nie pojmie. Porównywać można tylko rzeczy różniące się między sobą. O identycznych wystarczy powiedzieć, iż są tożsame. Pewni ludzie nie wierzą w to, co im do ideologii nie pasuje, podobnie jak neonazi nie wierzą w Oświęcim. Na to się nic nie poradzi. Można się im przeciwstawiać tylko upowszechniając wiedzę, stawiając pytania i szukając odpowiedzi.

Uprzedzam, film jest okrutny, pełen naprawdę drastycznych scen. Dzieciom zdecydowanie oradzam. Niech oglądną rodzice i pociechom opowiedzą w sposób odpowiedni do ich wieku i wrażliwości. I uprzedzam lojalnie, iż jest to jeden z tych obrazów, które mają moc zmieniania świata – każdy, kto go obejrzy i zrozumie, będzie już troszeczkę innym człowiekiem niż przed seansem.

Choć, poza nielicznymi szczegółami, prawie wszystko, o czym mowa w filmie, już wcześniej wiedziałem, byłem pod wrażeniem od początku do końca seansu. Sposobem montażu obraz nieco przypomina programy Wołoszańskiego, choć zamiast jednego prowadzącego mamy wypowiedzi świadków i historyków. Może chodzi o brak ideologicznego przegięcia, o wiarygodność polegającą raczej na szukaniu odpowiedzi, na przedkładaniu własnej teorii niż na udowadnianiu tezy za wszelką cenę?

Co rusz gdzieś słyszymy, że każdy Polak powinien to, albo tamto. I krew się we mnie burzy, bowiem z reguły są to bzdury. W tytule jednak świadomie użyłem wspomnianego zwrotu, gdyż każdy człowiek, nie tylko Polak, powinien się z tym filmem zapoznać, aby się czas masowych zbrodni już nigdy nie powtórzył. Absolutnie każdy i bez żadnych wyjątków, jeśli tylko ma osiemnaście lat. A co z tego wyniknie, to już sprawa sumienia i mądrości każdego z Nas


Wasz Andrew



wtorek, 8 stycznia 2013

Zabili mistrza



Ogniem i mieczem

Henryk Sienkiewicz

Warszawa * Państwowy Instytut Wydawniczy 1955
seria/ cykl wydawniczy WYBÓR PISM
film Ogniem i mieczem (1999)

Jakiś czas temu pokusiłem się o recenzję drugiej części trylogii powieściowej Henryka Sienkiewicza, czyli Potopu, do którego wracałem już kilkadziesiąt razy, gdyż jest to jedna z moich najbardziej ulubionych książek. Równie często jak do dziejów Kmicica powracałem może tylko do Diuny lub powieści Jana Guillou, Takich książek, do których wracam po kilkakroć, jest więcej, ale takich, które urzekały mnie po kilkadziesiąt razy, jest niewiele. Czemu do nich wciąż od nowa zasiadam? Są na tyle dobre, by móc się wciąż od nowa nimi delektować, a zarazem oferują mi pewność nastroju, jaki wywołują; są jak ulubiona muzyka czy film lub alkohol.

W ostatnich dniach poznałem rewelacyjny debiut Mariusza Zielke Wyrok, który mnie zachwycił, ale jak się okazało, niestety również zdołował. Nie dlatego, że coś przede mną odkrył, nawet uważam, że rzeczywistość jest jeszcze gorsza niż ta przedstawiona w powieści. Po prostu co innego o czymś wiedzieć, a co innego o tym przeczytać w formie powieści napisanej przez byłego dziennikarza. To znaczy, że nie tylko ma się rację niestety, ale że nawet pisać w formie dokumentu o tej prawdzie już w naszym kraju nie można. To mnie jakoś wypaliło i nie miałem już ochoty na żadną lekturę, której nie byłbym pewien, więc znów musiałem sięgnąć do najulubieńszych, a padło na Sienkiewicza, tym razem na Ogniem i mieczem.

Nie każdy Polak czytał trylogię mistrza Henryka napisaną ku pokrzepieniu serc, ale na pewno prawie każdy oglądał filmy. Pisząc o książkach nie sposób również o nich nie wspomnieć. Najlepszym wstępem do oceny trylogii filmowej niech będą słowa samego reżysera, czyli Jerzego Hoffmana, który podobno powiedział, iż realizował je od tyłu, czyli w odwrotnej do powieściowej kolejności i: „Pana Wołodyjowskiego stępa, Potop kłusem, a Ogniem i mieczem w galopie”. I to niestety widać. Pierwszy jest jak na swe czasy dobry, drugi słaby, a ostatni… takie inteligentne niedomówienie. Vox populi nigdy nie jest dla mnie miernikiem prawdy, racji czy gustu, ale podeprę się tutaj faktem, iż kinomani w swej ogromnej masie podzielają moją ocenę, mimo iż zwykle filmy starsze mają niższe notowania niż nowe*. Hoffman, w moim odczuciu, po prostu zabił dzieła mistrza, zwłaszcza te dwa ostatnie.

Powieści Ogniem i mieczem nie pomaga fakt, iż wrzucono ją do spisu lektur szkolnych. Przymus rodzi opór, zwłaszcza w Polsce, która ze swymi tradycjami ściągania od kolegów i z bryków jest wciąż Zieloną Wyspą i to nawet nie Europy, a świata być może. Młodzież, i w ogóle społeczeństwo, czytać u nas przeważnie nie lubi, więc powieść w dwóch pokaźnych tomach też nie jest zachęcającym tematem dla tych, którzy chcieliby zacząć przygodę z książkami, więc wmuszanie jej początkującym tym bardziej wywiera efekt odwrotny. A szkoda, gdyż powieść jest świetna, podobnie jak i Potop.

O zaletach tego ostatniego rozpisałem się swego czasu dość szeroko, podobnie jak o jego wadach, więc by się nie powtarzać, zacznę od tego, co już może od jakieś czasu niektórych z Was zastanowiło – dlaczego Potop przeczytałem co najmniej kilka razy więcej niż Ogniem i mieczem?

Wielu czytelników tej ostatniej powieści stwierdza, iż bardziej fascynuje ich główny czarny charakter, czyli dziki kozak Bohun, niż najważniejsza postać pierwszoplanowa reprezentująca siły dobra, czyli Polak Jan Skrzetuski. Niektóre czytelniczki wręcz stwierdzają, iż się zakochały w nieszczęsnym Bohunie, natomiast podobnych zachwytów pod adresem husarza Skrzetuskiego nie słyszałem. Już prędzej podobają się postacie warchoła Zagłoby czy zabójczego jak osa Wołodyjowskiego. Takiej sytuacji nie ma w Potopie, którego wszystkie prawie czytelniczki marzą o spotkaniu swojego Kmicica, choć jest on przecież po prostu głupi. I tu jest główna różnica pomiędzy powieściami. W Potopie główny bohater, choć zdecydowanie mniej pozytywny niż jego odpowiednik z Ogniem i mieczem, jest postacią absolutnie spójną charakterologicznie, zgodną z prawidłami rozwoju osobowości przewidzianymi przez Mariana Mazura, co większość czytelników instynktownie wyczuwa. Jest autentyczny. Takich ludzi można spotkać w życiu wielokrotnie. Niestety, w pierwszej części trylogii Sienkiewicz przedobrzył ewidentnie i Skrzetuski jest jej najmniej udaną postacią. Nie chodzi nawet o to, iż posągowy – on jest po prostu drętwy, a jego reakcje i zachowania nie do końca grają z charakterem, który mu autor przypisał. O niebo lepiej udały się wspomniane postacie Zagłoby i Wołodyjowskiego, które równie dobrze służą i w drugiej części cyklu, gdzie Skrzetuski jest już prawie niezauważalny, choć pojawia się może nawet równie często jak oni. Nawet Rzędzian, który w założeniu był postacią drugoplanową, jawi nam się jako persona zdecydowanie bardziej wyrazista i barwna. Nawet on przyćmiewa biednego głównego bohatera i tak się autorowi udał, że i w Potopie bardziej się rzuca w oczy niż Skrzetuski. Ten nieudany heros jest główną przyczyną, dla której Ogniem i mieczem sprawia mi dużo mniej czytelniczej frajdy niż Potop, choć język obu powieści jest równie piękny, zarówno pod względem formy jak i przekazu. Wielkie bitwy i małe potyczki są tak plastycznie opisane, iż czytając wprost przenoszę się w czasy Chmielnickiego. Podobnie urokliwe są opisy przyrody czy fizyczności osób, a w dodatku jest to kawał pięknej polszczyzny, prawdziwe kwiaty języka.

O fabule nie ma się co rozwodzić. Chyba każdy Polak mniej więcej wie, o czym Ogniem i mieczem opowiada, nawet jeśli się taki uchował, co filmu nie oglądał ani książki nie czytał. Głównym zarzutem, który stawiano Ogniem i mieczem, są nieścisłości historyczne, czyli to samo, co w przypadku Potopu. Do tego bym jednak wagi nie przykładał. W końcu nie jest to materiał do nauki historii. Poza tym mam wrażenie, iż atmosferę i mentalność ludzi tamtych czasów udało się Sienkiewiczowi oddać dość wiernie, a tego z kolei z reguły próżno szukać w opracowaniach naukowych mielących w nieskończoność te same daty i fakty. Niestety, ta celność okazała się szkodliwa. Ukazanie pogardy Lachów wobec innych narodów, nie tylko wrogów, do wyznawców każdej innej poza katolicyzmem i prawosławiem wiary i połączenie ich z faktycznie negatywnym obrazem zdecydowanej większości „obcych” nie sprzyja budowaniu w czytelniku, zwłaszcza niewyrobionym, tolerancji, otwartości i szacunku dla innych niż własna kultur. W Potopie nie ma to takiego aż znaczenia, gdyż w czasach Sienkiewicza i późniejszych nie mieliśmy już interakcji ze Szwecją, a obecnie nawet największy chyba oszołom nie może powiedzieć, iż Szwedzi są gorsi od nas. Ogniem i mieczem wygrywa jednak polski nacjonalizm przeciwko Kozakom, co jak uważa wielu, znacząco i trwale wpłynęło na pogorszenie stosunków między Polakami i Ukraińcami. Inna sprawa, że równie pogardliwie traktowani są przedstawiciele wszelkich innych nacji i klas niższych niż szlachta, przede wszystkim Żydów i chłopstwa. Jak bardzo skrzywiony jest obraz dawnej rzeczywistości w polskiej literaturze, historii i świadomości, a u Sienkiewicza w szczególności, można zobaczyć choćby na podstawie Litwy. Do dziś dawna Rzeczpospolita jest u nas nazywana Polską, podczas gdy cały świat nazywa ją, zgodnie z prawdą, Unią Polski i Litwy. My do dziś traktujemy Litwę, choć jest niepodległym państwem, jak coś pośredniego między naszym województwem, a częścią Rosji. O tym jak większość Polaków mówi o Litwinach, Żydach i innych obcych nie będę nawet wspominał. A Sienkiewicz w Ogniem i mieczem tylko to umocnił, i tak to trwa do dziś. Zrobił to niby ku pokrzepieniu serc, tylko co to za pokrzepienie. Każdy uważny czytelnik uzna, że wręcz przeciwnie. Wady naszego narodu takie jak korupcja, pogarda dla dobra ogólnego, prywata i warcholstwo, pieniactwo i zawiść, które z wielką siłą ukazane są we wszystkich częściach trylogii, doprowadziły do upadku Polski już tyle razy. W czasach braku państwowości mogło pokrzepiać to, że w razie zagrożenia potrafimy na chwilę stać się normalnym narodem, ale teraz mamy pokój i niepodległość. A ten obraz Polaka, jaki widzimy w Ogniem i mieczem nie rokuje dobrze, jeśli nikt nie zechce nas napaść. I tak źle, i tak niedobrze. Wojna jest tragedią, a w czasie pokoju sami siebie niszczymy. Gdzie tu pokrzepienie serc?

Zabili mistrza filmowcy, pedagodzy, patrioci i historycy. Pomimo tych wszystkich negatywów, w książce, nie w filmie, wspomniane wcześniej pozytywy przeważają. Jest Ogniem i mieczem wspaniałą powieścią przygodową, przykładem literatury naprawdę pięknej. W dodatku, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, ma wszelkie cechy bestsellera: splotły się w niej i wielka miłość, okrutna wojna, przyjaźń i nienawiść, walka dobra ze złem, jest wiara i wiarołomstwo, nawet duchów trochę i czarów. Wartka akcja i niezbyt skomplikowana fabuła ułatwiają lekturę. Nie bójcie się i sięgnijcie po nią z takim nastawieniem; bez patriotycznego zadęcia, bez wiedzy o historii i o obowiązku szkolnym. Obiecuję Wam wspaniałą lekturę. No może prawie wspaniałą, gdyż ten nieszczęsny Skrzetuski…


Wasz Andrew



* Średnie oceny według użytkowników portalu Filmweb stan na dzień 05-01-2013 odpowiednio: 7,4 7,3 6,8. 



piątek, 28 grudnia 2012

W dwóch światach

  

Piękny umysł (2001)

(oryg. A Beautiful Mind)

reżyseria: Ron Howard

scenariusz: Akiva Goldsman

pełna „lista płac

Tytuł Piękny umysł obił mi się o uszy już wielokrotnie, zapewne podobnie jak wielu z Was, których jak i mnie, kinomanami trudno określić. Kiedy więc kilka dni temu można było obejrzeć ten film w telewizji, skorzystałem z okazji, choć absolutnie nie wiedziałem czego się spodziewać. Byłem jak tabula rasa, na której miały się zapisać wrażenia z seansu nieskażone cudzymi opiniami i sądami autorytetów.

Piękny umysł jest biograficzną opowieścią, nie do końca co prawda zbieżną w szczegółach z autentyczną historią i książką pióra Sylvii Nasar pod tym samym tytułem z 1998 roku, na której podstawie powstał, ale to nie ma w tym akurat przypadku większego znaczenia. Główną postacią, której życie poznajemy, jest John Forbes Nash Jr (Russell Crowe). Śledzimy jego drogę do Nagrody Nobla, perypetie jego miłości do jednej ze studentek (Alicia Larde – w tej roli Jennifer Connelly) i walkę z postępującą schizofrenią paranoidalną, która sprawia, iż żyjąc w naszym świecie, genialny matematyk żyje jednocześnie w innym, dla nas niewidocznym, przenikającym się z tym realnym i zaludniającym nasz świat postaciami, które widzi tylko John.



Bardzo się cieszę, że przed obejrzeniem filmu nie czytałem żadnej o nim opinii. Dzięki temu mogłem w pełni cieszyć się seansem, nie wiedząc jak się skończą poszczególne wątki historii ani w którym momencie nastąpią punkty zwrotne. Krytycy filmowi, za co ich zdecydowanie potępiam, znacznie częściej niż ich literaccy koledzy, przedstawiają całość fabuły, posuwając się nawet do zdradzania kluczowych momentów i zakończenia. Odbierają widzom to, co ich samych często bawiło i co nierzadko jest jednym z atutów filmu. A Piękny umysł, mimo iż w dużej mierze biograficzny, gwarantuje nam i napięcie, i zainteresowanie tym, co wyniknie za chwilę ze sceny, która akurat się rozgrywa. I tak do samego końca.

Nie cytując dokładnie, przytoczę jednak myśl filmowego psychiatry zajmującego się Nashem. Dr Rosen (w tej roli Christopher Plummer) mówi nam, że człowiekowi trudno sobie wyobrazić, jak czuje się ktoś, którego cały świat legł w gruzach, któremu odebrano wszystko, który wszystko utracił. Jednak jeszcze trudniej wyobrazić sobie zdrowemu, jak czuje się schizofrenik, który się dowiaduje o swojej chorobie i o tym, że jego świat nie został nawet zniszczony, ale w ogóle nigdy nie istniał! „Piękny umysł” to jeden z najpiękniejszych i najbardziej poruszających filmów o walce z chorobą psychiczną w historii kina.

Jakby tego było mało, mamy jeszcze cudownie poprowadzony wątek związku Nasha z jedną ze studentek (wspomniana Alicja Larde), który sprawia, iż film jest piękną historią wielkiej miłości, takiej „na dobre i na złe”, która nie umiera nawet wtedy, gdy przychodzi złe nie z tego świata.

Role Nasha i Larde to prawdziwa wirtuozeria. Crowe i Connelly dają prawdziwy popis gry aktorskiej, która już nie jest rzemiosłem. Nie gorzej wypadają role drugoplanowe. O tym poziomie nasze „gwiazdy” mogą tylko marzyć. Nie da się obrazów z Pięknego umysłu wyrzucić z pamięci, podobnie jak wzruszeń i przemyśleń, do których nas zmusza. Gdyby przyznane mu nagrody ustawić na jednej półce, wyglądałaby imponująco i niesamowicie: cztery Oscary, cztery Złote Globy, dwie BEFTA oraz osiem innych nagród. I na pewno nie zostały one przyznane na wyrost. Dla mnie jednak ważne są jeszcze inne rzeczy.



W filmie jest moment come back’u Nasha do Pricneton, sięgnięcia po Nagrodę Nobla i powszechne uznanie (nie zdradzam chyba fabuły, gdyż każdy wykształcony wie, kto to Nash, nawet humanista, podobnie jak nawet matematyk wie, kto to Szekspir). Mam wrażenie, iż w Polsce przyjaciele z uczelni raczej by przeszkadzali w powrocie szalonemu koledze po fachu, zwłaszcza posiadając świadomość, iż jest on lepszy od nich i może ich wyprzedzić w karierze. Nasz model wyścigu szczurów odbiega od modelu amerykańskiego i wciąż bardziej przypomina polskie piekło, niż jakikolwiek wyścig. Oczywiście, że Piękny umysł to ukryta reklama MIT-u (Massachusetts Institute of Technology) i Princeton, jednych z najlepszych uczelni na świecie, ale może między innymi dzięki takiemu właśnie podejściu do indywidualności są one tym, czym są? Mekką najpiękniejszych umysłów na świecie, która obiecuje wyrozumiałość wobec odmienności i docenienie geniuszu?

Mam wrażenie, że w naszym zbiurokratyzowanym systemie, w którym liczą się testy, punkty i średnie, nie ma miejsca dla takich jak Nash. To smutna refleksja i tym bardziej bolesna, iż ta nasza urawniłowka preferująca cieniaków i średniaków, a zwłaszcza kombinatorów i cwaniaków, była niedawno tematem mojego felietoniku o systemie stypendialnym odzierającym wybitnych z godności i środków finansowych, gdyż jest z tym chyba z roku na rok gorzej i nie widać końca tego trendu.

Powracając do samego filmu; trwa 2 godziny i 15 minut, lecz ani przez chwilę się nie dłuży. Wciąga niczym najlepsza sensacja, romans i dramat w jednym, a jeszcze w dodatku, mam taką nadzieję, skłoni choć kilka osób do zainteresowania się teorią gier i matematyką, która rządzi wszystkim, niezależnie od tego, czy tego chcemy, czy nie. Ale to już temat na osobne rozważania. Gorąco zapraszam do obejrzenia Pięknego Umysłu 


Wasz Andrew

środa, 19 września 2012

Stowarzyszenie Umarłych Poetów


Nancy H. Kleinbaum 

Stowarzyszenie umarłych poetów

(oryg. Dead Poets Society)
tłumaczenie: Paweł LaskowiczDom Wydawniczy Rebis 2012



Wiele jest filmów zrobionych na podstawie książek i prawie zawsze lektura okazuje się większym przeżyciem niż seans. Książki napisane na podstawie filmów są wyjątkami od reguły i do tej właśnie kategorii należy Stowarzyszenie Umarłych Poetów. Film w reżyserii Petera Weria z roku 1989 okazał się wielkim wydarzeniem, a genialna główna rola nauczyciela języka angielskiego, której odtwórcą był Robin Williams, przeszła do najlepszych w historii kina. Na podstawie scenariusza tego kultowego obrazu, którego twórcą jest Tom Schulman, Nancy Horowitz Kleinbaum napisała powieść pod tym samym tytułem.





Jeśli to możliwe, by ktoś jeszcze nie oglądał filmu, wspomnę, iż osią fabuły jest historia o inspirującym młodzież pedagogu. Całość jest osadzona w realiach amerykańskiej prywatnej szkoły tylko dla chłopców z końca lat pięćdziesiątych. Szkoły o bardzo surowej regule i skostniałych schematach nauczania, będącej symbolem ograniczeń wynikających ze stetryczałej tradycji. Co wyniknie ze zderzenia prądów wniesionych przez pełnego pasji nauczyciela wirtuoza z mieliznami konwenansów, oportunizmu i ludzkiej małości nie będę zdradzał. Na wypadek, gdyby naprawdę ktoś jeszcze nie wiedział co dalej.

Tematyka aktualna jak zawsze. Pomimo mijających dziesięcioleci wciąż musimy wybierać między ekspresją własnej indywidualności i możliwością poniesienia konsekwencji wyłamania się z tłuszczy, a zgodą na stłamszenie naszej osobowości za cenę świętego spokoju i doraźnych korzyści. Dlatego, między innymi, jest to pozycja kultowa i odkrywają ją dla siebie wciąż nowe pokolenia. Tyle o filmie. A książka? Kto oglądał film, przeczyta powieść z przyjemnością, ale bez ekscytacji. Niczego nowego nie znajdzie, choć i zarzucić wersji do czytania niczego nie można. W drugą stronę będzie lepiej, gdyż Stowarzyszenie Umarłych Poetów to jeden z nieprzemijających kamieni milowych w historii kina*. Obraz, którego nigdy się nie zapomina, o czym z pełnym przekonaniem Was zapewniam


Wasz Andrew



* Oscar 1990 za najlepszy scenariusz oryginalny dla Toma Schulmana, liczne nominacje i inne nagrody

piątek, 14 września 2012

Ranczo Wilkowyje



Od jakiegoś czasu mamy możliwość w TVP1 oglądać serial Ranczo Wilkowyje. Ja takie produkcje zwykle omijam z daleka, jednak w pewnym zakresie mam z nimi do czynienia, gdy inni domownicy siedzą przed telewizorem, a sam zajmuję się książką lub komputerem. Nie dziwię się im, że to oglądają, gdyż geniusze po wielogodzinnej wytężonej pracy umysłowej muszą się chyba trochę ogłupić, żeby odpocząć. Tak myślałem, ale nie widziałem w tym serialu niczego ciekawego, podobnie jak w innych podobnych produkcjach.

Już od dawna miałem zamiar skrytykować na mym blogu stały element Rancza, jakim jest ławeczka przed sklepem, na której miejscowi alkoholicy przyjmują swoją codzienną dawkę napojów, których spożywanie w miejscach publicznych jest zabronione. Ewidentnie jest to propagowanie alkoholizmu jako stylu życia, a co za tym idzie - łamanie prawa.

Kilka tygodni temu zdarzyło mi się oglądnąć cały odcinek Rancza i... zaciekawiło mnie. Odtąd chętnie włączam telewizor zawsze, gdy jest emitowane. Nie z powodu gry aktorów, która choć sympatyczna, jest obciążona tymi wszystkimi wadami, które są normą w polskiej sztuce aktorskiej i które sprawiają, że Oskary zdobywają Polacy różnych profesji, ale nie tej. Urzekły mnie alegoryczne obrazy naszej rzeczywistości. Postacie wójta (obecnie senatora), Czerepacha i innych są prześwietne, a ukazanie Kościoła, mechanizmów polityki i władzy, jest rewelacyjne. Ktoś marzący o karierze politycznej może podpatrzeć różne ciekawe chwyty, powszednie dla członków klasy rządzącej (zwanej też klasa polityczną), a szokujące dla zwykłych ludzi, którzy z tym środowiskiem jeszcze nie mieli do czynienia. Inna sprawa, że Kościół, tą polską władzę dusz, potraktowano zdecydowanie bardziej ulgowo, niż władzę świecką. Pięknie oddane są również różne mechanizmy i postawy obecne w dzisiejszej wsi polskiej. Nie wiem, jak będzie dalej, ale ostatnie odcinki były rewelacyjne. Szkoda tylko, że nadawane są w godzinach, gdy młodzież siedzi przed telewizorami, bo jednak ta pijacka ławeczka stanowi kuszącą alternatywę wobec pozostałych nisz społecznych, które czekają na młodych. Zwłaszcza kusi swego rodzaju uczciwością moralną, która przeciwstawiona jest Kościołowi, który za pieniądze na remont świątyni jest gotów przymknąć oczy na ewidentne niegodziwości. O polityce i politykach już nawet nie wspominam. Oczywiście dla równowagi mamy też postacie z gruntu uczciwe, które nie dają się wchłonąć złu i którym własna moralność służy za ostateczny osąd. Niestety nie jest ich za wiele.

Większość krytyków wychwala serial za humor. Szczerze mówiąc, ja widzę mnóstwo ironii, lecz powodów do szczęśliwego, beztroskiego śmiechu nie zauważam. Czasami mamy chyba wręcz do czynienia z sarkazmem, a nie ironią. Chyba, że dla kogoś śmieszne jest zło pleniące się niczym Barszcz Sosnkowskiego, zanik zwykłej ludzkiej przyzwoitości, państwo z każdym rokiem ulegające dalszej degrengoladzie, czy Kościół bardziej nastawiony na mamonę, niż niejedna świecka organizacja pożytku publicznego. Tym, którzy w trakcie seansu Rancza beztrosko się śmieją, dedykuję wiecznie żywe słowa Nikołaja Gogola: „Z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie!”

Ciekaw jestem, w jakim kierunku się to wszystko rozwinie i polecam ten serial jako wyjątkowy na tle innych tasiemców, które serwuje telewizja. Co dalej, jak wspomniałem, nie wiem,, lecz przynajmniej ostatnie odcinki były warte obejrzenia


Wasz Andrew 

czwartek, 17 maja 2012

Tożsamość Bourne'a



Tożsamość Bourne’a (oryg. The Bourne Identity) jest pierwszą częścią trylogii opowiadającej o przygodach niezwykłego człowieka najbardziej znanego pod jednym z wielu przybranych imion i nazwisk; jako Jason Bourne.


Po raz pierwszy książkę tę przeczytałem lata temu, zaraz po premierze pierwszego polskiego wydania. Teraz, kiedy już nie mogłem sobie przypomnieć niczego poza początkiem powieści i tym, że kiedyś bardzo mi się podobała, postanowiłem znów ją przeczytać.

Rozpoczynając lekturę Tożsamości przenosimy się na trawler miotany sztormowymi falami; gdzieś pomiędzy czarnym niebem i jeszcze czarniejszym morzem. Ktoś zostaje przez kogoś postrzelony i wypada za burtę. Prawie utopiony i zastrzelony, zostaje wyłowiony przez francuskich rybaków i przetransportowany do nabrzeżnej wioski, gdzie zapijaczony miejscowy konował cudem ratuje go od śmierci. Po tych zdarzeniach naszemu bohaterowi pozostają na pamiątkę blizny, amnezja i zaszyty pod skórą numer konta w szwajcarskim banku. Niedoszły topielec wyrusza sprawdzić stan konta i ustalić, kim był, zanim go postrzelono. Wtedy zaczyna się zabawa, gdyż okazuje się, iż polują na niego tajne służby i najbardziej znany terrorysta świata. Na szczęście znajduje pięknego (a jakże) sprzymierzeńca. Jeśli nie czytaliście (czy to możliwe), nie będę Wam psuł zabawy i na tym się zatrzymam.

Choć już od dawna twórczość Ludluma jest dla mnie symbolem sztampy, schematyzmu i infantylności, choć jest dla mnie synonimem tego wszystkiego, co sprawia iż „amerykański bestseller” odbieram jako określenie jeśli nie zdecydowanie pejoratywne, to przynajmniej dwuznaczne i podejrzane, muszę przyznać, że przygody Bourne’a mnie zaskoczyły.

W książce znajdziemy różnego autoramentu błędy. Ponieważ nie wiem, czy są winą autora, tłumacza (Andrzej Dobrosz), czy jeszcze kogoś innego, nie będę się nad nimi rozwodził. Podkreślę tylko, że absolutnie nie są one w stanie zepsuć świetnego przeżycia, jakim jest lektura tej powieści. Znów sobie przypomniałem, dlaczego Robert Ludlum jest uznawany za twórcę gatunku nazwanego global conspiracy thriller. Powieść jest bowiem wspaniała; porywająca i zaskakująca. Działa na wyobraźnię, daje kawał naprawdę rewelacyjnej rozrywki. Mamy to, co tygrysy lubią najbardziej, czyli niezwykłego bohatera w stresie i zagrożeniu, mamy walkę o życie i przekonania, oraz to, czego pragną czytelniczki, czyli wielką miłość i zdradę. Może nie tchnie nasz bohater i cała lektura takim realizmem, jak należący do zbliżonej konwencji cykl o Carlu Hamiltonie* Jana Guillou, ale w końcu Bourne jest made in USA, a poza tym życie czasami jest jeszcze bardziej nierealne od fikcji. Można więc wybaczyć posuniętą do mocnej przesady odporność Jasona na rany zadane bronią palną i jeszcze bardziej odbiegającą od realiów jego zdolność do szybkiego powrotu do pełnego zdrowia i sprawności po takich przygodach. Można nawet przymknąć oko na żenująco odbiegające od rzeczywistości właściwości głównych rekwizytów gatunku, czyli broni palnej**; to po prostu american style.

Jak już łatwo się domyśleć, po latach i powtórnej lekturze, znów oceniam Tożsamość Bourne’a jako świetną powieść wartą polecenia każdemu. Nie tylko dostarczy świetnej rozrywki, ale i pewnych celnych refleksji na temat polityki, wojny, wywiadu i pieniędzy. Bardzo, powiedziałbym nawet, celnych i ponadczasowych refleksji.

Teraz nadszedł czas, by wspomnieć o filmie pod tym samym tytułem, jaki popełniono na podstawie wspomnianej powieści. Ujdzie on, gdy oglądamy go w telewizji jako alternatywę dla Ojca Mateusza lub kolejnego odcinka CSI. Nie ma jednak żadnego sensu przyrównywanie tej produkcji do bardziej wartościowych ekranizacji, chyba że chcemy dokopać jej producentom. Film jest po prostu słaby, jeśli nie ewidentnie denny.

I tutaj znów nasuwa się porównanie Bourne’a do Hamiltona, które wyjaśnia przyczyny tej wpadki. Tożsamość Bourne’a na potrzeby filmu została mocno okrojona i zmieniona, co odbiło się na niej fatalnie. Stracono wiele, zdecydowanie zbyt wiele. Zrobił się z tego kicz. Szwedzi podobnie potraktowali Hamiltona w Terroryście na zamówienie, co również ze świetnej powieści zrodziło marny film; szczerze mówiąc sto razy gorszy od Tożsamości. Jednak wyciągnęli z tego wnioski i Wróg wroga zekranizował się jako mini serial złożony z ośmiu odcinków. Był wspaniały i do dziś nie mogę przeboleć, że choć kiedyś wyemitowano go w TVP, nie można go nigdzie w Polsce nabyć. Ten sukces był spowodowany prostym faktem, iż powieść po prostu przeniesiono na ekran, bez znaczących zmian. Mam wrażenie, że jeśli kiedyś podobnie postąpi się z Tożsamością, będzie ona równie miodnym obrazem. Na razie nie zrażajcie się filmową wersją Tożsamości Bourne’a ani poziomem najnowszych powieści jej autora i jeśli jeszcze nie czytaliście tej książki, sięgajcie po nią śmiało. Choć to tylko taka bajeczka dla starszych dzieci, zadowolenie gwarantowane, o czym z przekonaniem Was zapewniam


Wasz Andrew



** Prawdziwa perełka: „...karabin o krótkiej lufie, której grubą stal Bourne znał aż za dobrze. Strzał z odległości dziesięciu metrów wyrzucał człowieka niemal dwa metry w górę.” Ciekawe, jaką ocenę miał autor na zajęciach z fizyki.

niedziela, 29 kwietnia 2012

Potop



O „PotopieSienkiewicza napisano w Polsce już tyle, że więcej chyba nie można. Co roku rzesze uczniów męczą ten temat. Jest on pewnikiem również przedmiotem niejednej pracy naukowej. Dlaczego i ja postanowiłem się z nim zmierzyć?

Kiedy słyszę lub czytam opinie dotyczące tej powieści, mam wrażenie, że mówi się o całkiem innej książce niż ta, którą czytałem. Ja ją widzę zdecydowanie inaczej.

Powieść o szwedzkiej nawale, jak wie chyba każdy Polak, jest drugą, po „Ogniem i mieczem”, częścią Trylogii Henryka Sienkiewicza, którą kończy „Pan Wołodyjowski”. „Potop” jest znany w naszym kraju powszechnie, z racji umieszczenia na liście lektur, jak również ze względu na ekranizację pod tym samym tytułem, systematycznie odgrzewaną we wszystkich polskojęzycznych kanałach telewizyjnych. Z powodu wspomnianego zaliczenia do lektur, wersja filmowa jest poszukiwana w pewnych okresach roku szkolnego przez uczuloną na słowo pisane część naszej populacji. Tylko tym bowiem można tłumaczyć jej sezonową popularność ograniczoną zasięgiem terytorialnym naszego systemu oświaty. W związku z tą popularnością i głębokim zakorzenieniem dzieła w świadomości społecznej narodu, opisywanie tutaj fabuły nie ma sensu. Mgliste o niej pojęcie mają nawet analfabeci.

W kraju nad Wisłą podkreśla się, jako najważniejszy element oceny „Potopu” i Trylogii, patriotyczny wydźwięk dzieła napisanego właśnie z zamiarem pokrzepienia serc Polaków pozbawionych wówczas państwowości. I tu właśnie po raz pierwszy moja ocena zdecydowanie rozmija się z lansowaną przez urzędniczą doktrynę. W moim odczuciu Sienkiewicz, prawdopodobnie wbrew swojej woli, pokazał nam prawdziwe oblicze społeczeństwa Rzeczpospolitej Obojga Narodów, z którego uważny czytelnik odczyta znamiona przyszłych klęsk i upadku. Głupota mężnych, tchórzostwo mądrych, słabość prawych i potęga zdrajców wyzierają z każdej stronicy i tylko nieuważny czytelnik mógłby się krzepić taką oceną narodu. Jak widać jednak, tych uważnych jest jak na lekarstwo.

Jak mówi Weyhard Wrzeszczowicz, którego rozmowę z posłem cesarskim Lisolą podsłuchał Kmicic, główny bohater Potopu: „... jest-li na świecie drugi kraj, gdzieby tyle nieładu i swawoli dopatrzyć można?” i dalej: „Jeno szaleni, swawolni, źli i przedajni tę ziemię zamieszkują!”. A Kmicic, świeżo nawrócony zdrajca ojczyzny, nie wie jak, choćby we własnej duszy, obronić swój kraj przed tą oceną. Później znajduje odpowiedź: jedyną wartością, jaka pozostała Polakom, jest wiara. Większość czytelników, zaznaczmy – polskich czytelników, jest tą odpowiedzią zadowolonych. Mamy Wiarę! Jesteśmy lepsi od innych! Co tymczasem naprawdę oznacza ta odpowiedź znaleziona przez Kmicica zmierzającego do Częstochowy? Ano znaczy tyle, że jak to opisał Sienkiewicz, gdy Szwedzi targną się na Częstochowę, Polacy powstaną i zwyciężą. Tylko Sienkiewicz nie napisał, a Polacy nie chcą zauważyć, iż nikt już nigdy błędu Szwedów nie powtórzył. No i mieliśmy zabory, brak państwowości, potem, po krótkim oddechu niepodległości i samodzielności, okupację i dziesiątki lat komuny. Nikt się na Częstochowę nie połaszczył, gdyż w przeciwieństwie do nas, inni w Europie uczą się pilnie i szybko. Każdy kto ma chrapkę na Polskę wie, że można w niej robić co się chce, byle nie kalać świętości. Mam podejrzenia, że gdyby nie historyczny paradoks, który ostatnie lata podległości Moskwie połączył z ateizacją Rosji, być może nigdy byśmy się już spod władzy wielkiego brata nie wyrwali. Gdyby nie było ZSRR tylko Rosja, gdyby istnienie Kościoła w Polsce nie kolidowało w sposób oczywisty z linią partii, kto wie, jak by to wszystko wyglądało. Kościół był w latach komuny główną siła scalającą dysydentów, jeśli pominąć pieniążki z USA. Gdyby Rosja nie była radziecka, gdyby mogła jak w czasach zaborów mieć Watykan po swojej stronie, wszystko mogłoby się rozegrać inaczej. Pamiętajmy, że trzeba było aż wojny światowej, by Polska wypłynęła po zaborach. Kościół jako całość, który tylko wówczas ma siłę potężnej organizacji, nie robił sobie niczego z polskich dążeń niepodległościowych. Działania pojedynczych duchownych były tylko czynami prywatnych osób. Choć niejednokrotnie bohaterskie i pełne całkowitego poświęcenia nie bolały zaborców bardziej niż działalność innych dysydentów.

Wróćmy do Kmicica, polskiego herosa z Potopu. Głupi jak but. Przygłup po prostu. Odważny, ale tak głupi, iż zdradził kraj, nie wiedząc nawet, że zdradza. Oczywiście potem się poprawia, ale tylko dlatego, że książę Bogusław Radziwiłł przypadkiem, mając go za swego, odkrył przed nim karty. Gdyby nie to, nigdy by nie zmienił swego postępowania, choć próbowali go do powrotu na drogę cnoty namówić i przyjaciele, i ukochana. A przynajmniej nie poprawiłby się, dopóki nie byłoby za późno. Inna sprawa, to fakt strat, jakie Kmicic przyniósł Polsce. Gdyby od razu stanął po właściwiej stronie, nie zginęłoby wielu prawdziwych patriotów. Jego nawrócenie życia im nie przywróciło. Nie przywróciło siły, która bezpowrotnie uciekła z zasobów państwa. A ilu takich Kmiciców było i jest w naszym kraju?

Kmicicowi wszystko wybaczono. Jako usprawiedliwienie, poza późniejszą poprawą, podniesiono fakt, że zdradził z głupoty, a nie z wyrachowania. Bardzo ciekawe zjawisko. Mam wrażenie, iż w innych krajach aż takiej głupoty nie tolerowano. Któż bowiem może zaręczyć, że coś takiego się nie powtórzy? Jeszcze inny aspekt tego problemu; społeczeństwa trzeźwo myślące, jak choćby Niemcy czy Rosja, nigdy nie wierzą komuś, kto raz zdradził. Niezależnie od tego, jak bardzo się rehabilituje. Mogą takie osoby wykorzystywać, opłacać, ale nigdy już nie obdarzą ich zaufaniem, o chwale jakiejkolwiek nie wspominając.

Spójrzmy też na obraz ogólnej umysłowości wszystkich Polaków z Potopu. Polak to katolik. Każda inna wiara, nawet odłamy chrześcijaństwa, to dla nich „psia wiara”. Każda inna nacja to, z tego czy innego powodu, dziwacy godni co najmniej prześmiewek, jeśli nie jawnej pogardy. I, co bardzo symptomatyczne, ten specyficzny pogląd na miejsce Polaków i Polski w Europie trwa nadal. W zdecydowanej większości opracowań, recenzji, bryków i streszczeń made in Poland miejscem, w którym rozgrywa się akcja „Potopu” jest Polska. Tymczasem w opracowaniach zagranicznych, jest to Unia Polski i Litwy. Tak jakbyśmy do dziś uważali, że Unia Obojga Narodów była tak naprawdę Polską, a Litwa to tylko takie jakby województwo, coś jak Małopolska albo Śląsk. To świetnie pokazuje nasz specyficzny szacunek dla innych, który do dziś, pomimo górnolotnych deklaracji, nie tak znowu wiele odbiega od zadufania i ciemnoty pokazanej w „Potopie”. W większości z nas, gdzieś tam głęboko, pod warstwami większej lub mniejszej ogłady, nadal drzemie Zagłoba, jeśli nie wręcz Kmicic lub Zbrożek.

Potop”, podobnie jak cała Trylogia, jest poza Polską praktycznie nieznany. Nawet Nagroda Nobla przyznana autorowi za całokształt twórczości nie jest w stanie tego zmienić. Dlaczego? Nie wiem. Odpowiedź na to pytanie jest bardzo złożona, o ile w ogóle możliwa do jednoznacznego sformułowania. Przypuszczalnie, jeśli Trylogia dotąd nie przebiła się na światowych rynkach wydawniczych, poza środowiskami polonijnymi, to jest już na to za późno na drodze promocji literatury jako takiej. Zwłaszcza, jeśli pojawiają się w niej hasła podobne do tych z opracowań szkolnych, które są całkowicie niezrozumiałe i nieinteresujące dla zagranicznego odbiorcy, o ile w ogóle czasem nie są sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. Jedyną drogą do popularyzacji tego dzieła Sienkiewicza byłaby ekranizacja. Mam jednak wrażenie, że nie taka, jaką mamy obecnie. Oglądając dzieła naszej kinematografii, mam wrażenie, że tylko hasła patriotyczne i polska zasada, iż świętości kalać nie wolno, powstrzymują wielu przed określeniem tego mianem totalnej chały. Zwłaszcza „Potop”, który jest w moim odczuciu najlepszym elementem Trylogii, został w ekranizacji wręcz zbezczeszczony. Główna bohaterka, powszechnie uznawana piękność – Oleńka. Wytnijmy kadr z filmu i pokażmy naszą Oleńkę jakiemukolwiek facetowi. Różne padną określenia, ale by usłyszeć „piękna” musielibyśmy zajść do okulisty, do poczekalni dla tych, co jeszcze bryli nie nabyli. To jednak tylko detal, jeden z wielu. Najgorsze jest to, iż film jest sieczką złożoną z niepowiązanych ze sobą scen. Ktoś, kto zna pierwowzór literacki jest mniej lub bardziej zniesmaczony, ale ktoś, kto go nie poznał i kto nie zna polskich realiów, w których świadomości elementy Trylogii istnieją na wielu płaszczyznach odniesień, raczej tego filmu pozytywnie nie odbierze, o ile cokolwiek z niego zrozumie. Potwierdzają to zresztą bardzo mierne efekty promocji filmowych wersji Trylogii za granicą. A szkoda.

Potop” Sienkiewicza, podobnie jak cała Trylogia, jest bowiem majstersztykiem literackim. Nie ma znaczenia, że odbiega od prawdy historycznej. Fikcja i przeinaczenia z niedościgłą biegłością zostały wplecione w prawdę historyczną tworząc świat pełen życia, zaludniony mnóstwem wyrazistych, niezapomnianych postaci. Całość napisana przepięknym, stylizowanym językiem, może służyć za wzór po wsze czasy. Ja osobiście przedkładam Potop nad inne części cyklu. Nie ze względów językowych jednakże. Na tym polu wszystkie części są równie doskonałe. Chodzi o inne rzeczy. „Pan Wołodyjowski”, pozbawiony happy-endu, nie tylko w wydźwięku osobistym (śmierć głównego bohatera), ale i moralnym, społecznym, jest dla mnie po prostu dołujący. Z kolei powieść „Ogniem i mieczem”, pełna posągowych postaci (zwłaszcza dominująca postać Skrzetuskiego), jest sztuczna i dęta przez te postacie właśnie. Większość osób podświadomie czuje nierealność konstrukcji psychologicznej wspomnianego rycerza i stosunkowo rzadko jest on wymieniany wśród ulubionych bohaterów Trylogii. „Potop” jest pod tym względem najlepszy. Mamy amerykańskie zakończenie; nasi zwyciężają a potem żyją długo i szczęśliwie. Mamy najlepsze postacie z poprzedniej części (Zagłoba, Wołodyjowski) i nową postać numer jeden: Kmicica. Niezbyt rozgarniętego, ale odważnego aż do przesady (może pierwsze jest warunkiem drugiego) i zakochanego do szaleństwa (coś nie tylko dla kobiet). Idol mężczyzn i bożyszcze kobiet. Niesamowita akcja godna ekranizacji Hollywood. Pełne heroizmu czyny, zdrady i rozterki sumienia, podstępne knowania i siła wiary dokonująca niesłychanych czynów, pełne epickiego rozmachu sceny batalistyczne i sympatyczne, tryskające specyficznym humorem dialogi. Namiętności i walka. Uczciwość przeciw podłości, miłość przeciw nienawiści. Jest w tej książce wszystko. Przeczytałem ją około trzydziestu razy i za każdym znajdowałem w niej nowe smaczki i inny odcień mistrzostwa. Gdyby napisał to Anglik, a sfilmował Amerykanin, byłby to przebój list bestellerów i rankingów oglądalności. Niestety. Nawet w Polsce, tylko nieliczni czytelnicy potrafią przezwyciężyć odium lektury, obciążenie patriotyzmem i wiarą, obrzydzenie wersją kinową. Szkoda, że dla tak niewielu jest „Potop” tym, czym byłby dla dzisiejszego czytelnika bez tych wszystkich dawno zmurszałych zaszłości: świetną powieścią na pewno wartą przeczytania. Jeśli jeszcze nie czytaliście, spróbujcie odrzucić to wszystko, co wiecie na temat tej lektury, zapomnijcie o tym, że to szkolna cegła, i przeczytajcie to tak, jak choćby Krzyżowców Guillou. Na pewno się nie zawiedziecie


Wasz Andrew