Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty
środa, 4 stycznia 2012
Świat jest pełen chętnych suk
Już dość dawno, za wyjątkiem Rasy drapieżców Lema, nie czytałem książki polskiego autora. Teraz widzę, że to był chyba błąd. Właśnie skończyłem lekturę zbioru opowiadań Jacka Piekary Świat jest pełen chętnych suk i muszę przyznać, że doznałem miłego zaskoczenia.
Na książkę składa się 13 opowiadań bardzo odmiennych tematycznie i poziomem niestety też odstających od siebie nawzajem. Nie będę ich streszczał nawet w jednym zdaniu, bo zepsułoby to czytelnikowi przyjemność jaką daje zaskoczenie, zdziwienie, niespodziewany uśmiech i refleksja, czyli to, co w dobrym opowiadaniu najcenniejsze. Najbardziej całość zbiorku psuje Piękna i Bestia z działu Miłość, seks, nienawiść, w którym to opowiadanku brak jakiegokolwiek suspensu, napięcia czy puenty. Na szczęście tak słabe opowiadanie jest tylko jedno. Poza tym mamy kilka utworów, które spokojnie można zaliczyć do średnich i dobrych. Wśród ludzi to religious-fiction na raczej średnim poziomie, ale w lepszym tego słowa znaczeniu, podobnie jak Zawsze pan Dawn i Taniec na falach, które jednak zaliczyłbym do klasycznego nurtu s-f w stylu wczesnego Lema.
Dalej jest już tylko lepiej. Wszystkie opowiadania są napisane ładnym, bardzo żywym językiem, dynamicznym i szybkim, gdzie trzeba filozoficznym i mistycznym, a gdzie trzeba trochę wulgarnym i prostym. Zielone pola Avalonu i tytułowy Świat jest pełen chętnych suk to całkiem fajne opowiadanka z działu Miłość, seks, nienawiść, łatwe i przyjemne w odbiorze, okraszone iskierkami humoru i mocnym zakończeniem. Arachnofobia to już prawdziwa perełka. Wizja (na szczęście dość lekko potraktowana) dzisiejszego świata ale takiego, który jest następstwem nie wojny polsko-niemieckiej z 1939, lecz sojuszu tych dwóch „bratnich narodów”. Już choćby dla Arachnofobii warto sięgnąć po Piekarę i bez zwłoki rozpocząć lekturę. Na tym jednak nie koniec.
Mamy jeszcze diamencik w postaci Domu na Krawędzi Ciemności z działu Bóg i historia oraz z tej samej mańki Życie to śmierć, śmierć to życie. Za tym dziwacznym nieco tytułem czai się jedno z najbardziej zaskakujących i najciekawszych opowiadań, jakie ostatnio czytałem. Podobnie rewelacyjna jest Mądrość głupców z działu Obce światy.
Na koniec zostało to co najlepsze. Dział Planeta masek będący w istocie cyklem opowiadań o dziejach agenta O’reilly’ego – mistrza miecza i intelektu, który zadomowił się na bardzo dziwnej planecie. Planecie, która niejednemu z nas wydaje się dziwnie bliska... Szkoda tylko, że w zbiorze są tylko trzy opowiadania: Ponury Milczek, Pięć Płonących Wzgórz i Czas Tańczącego Smoka. Na szczęście tworzą taką jakby mini powieść, co jest dodatkowym atutem.
Jak się zapewne zorientowaliście, ostatni cykl podobał mi się najbardziej. Jednak wszystkie opowiadania ze zbioru warte są przeczytania, o czym Was gorąco zapewniam. To wreszcie coś nowego i świeżego, odmiennego od sztampy zachodnich „bestsellerów” tchnących na kilometr sztampą i kiczem....
Wasz Andrew
niedziela, 14 listopada 2010
Joanna
... właśnie delektował się pierwszym łykiem ristretto. Miałjeszcze kilka minut do ósmej. Uwielbiał wpadać do Manufaktury od czasu, gdyotworzyła się ta malutka, ekskluzywna kawiarnia. Supermarkety wyniosły się stądjuż dawno, dawno temu i od lat trwał proces wypierania coraz droższych sklepówi sklepików przez coraz bardziej ekskluzywne i jeszcze bardziej kosztownebutiki, salony i restauracje. To było do przewidzenia, gdy tylko miasto zaczęłoprzeżywać boom. Manufaktura, położona w samym centrum, z bezpośrednimpołączeniem z nowym, ogromnym parkingiem podziemnym i tymi wszystkimi krytymialejkami, wysadzanymi egzotycznymi gatunkami drzew, łączącymi ją z przyległymimekkami yuppies, cyganerii i nowobogackich, stała w środku miasta niczymsłońce. Od niej rozchodziły się drogi do miejsc, gdzie się bywa i do niej się znich wracało. Manufaktura nigdy nie spała.
Jeszcze raz przepłukał kubki smakowe kryształowo zimnąHawaiian Springs i spróbował kolejny łyk Antica Bottega. Tym razem niepotrzebował kopa. Był dość spięty przed tym spotkaniem i dlatego zrezygnował zeswej ulubionej Cristal 1882. Ze swego miejsca doskonale widział wejście iprawie wszystkie miejsca. Nie sądził by Ona była wśród tych kilku kobietbędących w lokalu. Każda była co najmniej z jednym facetem i nie było widać, byinteresowały się czymkolwiek poza swoimi znajomymi. Miał taką nadzieję, bo niewyglądały zbyt interesująco.
Zerknął na swojego nowego ulubieńca; The Lange 1815 Up andDown: The Caliber L942.1 w platynowej kopercie. Wciąż jeszcze miał czteryminuty. Jeśli była punktualna. Umówiony znak, Makbet w skórzanej oprawie zlimitowanej edycji, wciąż jeszcze leżał ukryty pod stołem, na jego kolanach.Miał nadzieję, że nie pogniecie jego perfekcyjnych spodni Canali Milano alemiał zamiar położyć go na stole dopiero w momencie, gdy Ją zobaczy i upewnisię, iż jest tego warta.
Niby znali się już dość dobrze. Był w niej zakochany doszaleństwa. Od pół roku pisali do siebie w necie i sms-ami. Ale nie wymienilizdjęć ani żadnych informacji o swej fizyczności. Od początku taka była umowa.Wiedział tylko, że w przybliżeniu są rówieśnikami. O ile mówiła prawdęoczywiście...
Widząc uchylające się drzwi wejściowe odruchowo zerknął nacyferblat. Dwie wskazówki pionowo!
Gdy weszła do lokalu głowy wszystkich facetów, nibyprzyciągane gigantycznym magnesem, na chwilę skierowały się w jej stronę. Onatylko rzuciła w jego stronę gestaltyczne spojrzenie a potem odwróciła się iruszyła środkiem sali lustrując stoliki i ludzi; szybko i metodycznie.
Miała na sobie białą, chyba szytą na miarę garsonkę. Rodzajugładkiej, miękkiej tkaniny z tej odległości i w tym oświetleniu nie zdążyłzauważyć. Dokładnie natomiast zobaczył, iż żakiet był ściśle dopasowany,podkreślając klasyczną talię i biodra. Głęboko wycięty, wąski dekolt pomiędzywyłożonymi klapami ukazywał całkiem spore fragmenty obiecujących półkuldojrzałego i zarazem jędrnego, wyjątkowo kształtnego biustu.
Wystarczył moment, gdy przemierzała niewielką salę oddalającsię od niego, by stwierdził, że lepszego zadka w życiu nie widział. Nie był tochłopięcy tyłeczek modelki, jak u wszystkich tych znajomych lasek, ani wielkiedupsko jak u większości pozostałych. Nie kłamała, miała trochę powyżejczterdziestki, ale na pewno zawsze i wszędzie przyciągała spojrzenia samców wkażdym wieku. Obcisła spódniczka od kompletu sięgająca prawie do kolan, mimoswej długości nie pozostawiała zbyt wielkiego pola dla domysłów. Wyraźnieodznaczały się pod nią paski od pończoch i gotów był się założyć, że innejbielizny nie skrywała. Gdy szła, wystukując podniecające staccato wysmukłymi,niesamowicie wysokimi obcasami swych lakierowanych, białych pantofli, chybaPleaser albo coś podobnego z masowej produkcji, jej lekko naprężone łydki ipośladki grały niczym u narowistej, ognistej klaczy. Miała boskie nogi okształtach podkreślonych z tyłu idealnie równymi szwami pończoch. Nieprzesadnie długie ani chude, tylko takie jakie lubił. Prawdziwie kobiece.
Chyba już obejrzała wszystkich, gdyż nagle zawróciła. Zdążyłtylko zobaczyć uwodzicielskie falowanie blond włosów, gdy odrzuciła do tyługłowę, jakby coś odkryła. W bezwstydnej długości rozcięciu na boku spódnicymignął mu kuszący fragment białego uda, ponad szykownym wykończeniem lekkopołyskującej pończochy opinającej jej nogę. Potem jednak podniósł wzrok i ichoczy się spotkały. Jak zaklęty wydobył spod stołu odziane w skórę tomisko ipołożył obok filiżanki.
Stanęła przed nim jakby coś mu chciała powiedzieć. Oparładłoń na biodrze. Nie odezwała się jednak tylko usiadła naprzeciwko, po drugiejstronie loży.
Całkiem go zamurowało. Miała niesamowitą twarz. Nie piękną,tylko niesamowitą. Wielkie niebieskie oczy, ale błękit jakby ze stalą na dnie.Klasyczne rysy, zadbana, ale jakby pod skórą znajdowała się stal zamiast kości.Usta zmysłowe, stworzone do kochania, ale od razu było widać, że potrafią sięzacisnąć w gniewie lub bezlitosnej nienawiści. No i ta blizna na policzku.Zaczynająca się centymetr pod okiem i biegnąca pionowo prawie do samego dołupoliczka. Zaleczona, zakamuflowana kosmetykami, ale wyraźnie widoczna. Twarzlwicy.
O cholera! - Pomyślał i spuścił wzrok na jej dłonie, którenie wiedząc kiedy znalazły się na stole, całkiem swobodne i naturalne. Niezbytsmukłe ale kształtne i po prostu ładne. Zadbane, choć widać, iż różne rzeczyrobiły w przeszłości. Czerwone, ciemne jak krew, długie paznokcie zamiastpopularnych tipsów. Na nadgarstku dyskretny zegarek w starym złocie. Takim jakłańcuszek na szyi. Wyglądał jak jakiś stary Cartier, Ultima albo coś innegorównie egzotycznego. Wszystko najwyższej klasy ale nie dające szans by określićgdzie mieszka, u kogo się ubiera, w jakim środowisku się obraca. Wszystkoidealne ale jakby z przeszłością...
To nie była kobieta, która idzie za modą albo z jakimkolwiekinnym prądem...
Andrew Vysotsky
tekst napisany na konkurs Selkara
niedziela, 17 października 2010
Koniec świata
Rudi siedział w cieniu na swym ulubionym pieńku, chłonął popołudniowe ciepło ostatnich dni lata i patrzył na dolinę poniżej. Często tu przychodził ze swą ulubioną bokserką. Boksery. Te psy to była jedna z rzeczy, która została. Również dzięki niemu. Na szczęście dobrze się sprzedawały, choć nie nadawały się do obejścia. Ludzie jednak chcieli mieć coś z luksusu, z dawnych czasów. Telewizory i komputery dawno już wyrzucili.
No a poza tym wychowywał je jak należy. Były gotowe bronić dzieci do końca. A wilki i zdziczałe psy to był problem. Dzieci zaś jak zawsze; lubiły się włóczyć.
Spojrzał na swój łuk i się uśmiechnął. Kto by pomyślał. Walijski łuk w Polsce. A jednak. Choć nadal miał w domu kałacha, nawet go już ze sobą nie nosił. Inni też. Amunicję oszczędzano na Chińczyków. Nigdy się nie pojawili, ale kto wie. Dlatego łuki szły świetnie. Na polowanie były aż za dobre a na złego człowieka w sam raz. Jego strzały radziły sobie nawet z kamizelkami z dawnych czasów. Oczywiście te na ludzi nie były takie jak te do polowania, no i były dużo droższe. Dzięki łukom i strzałom starczało mu na wszystko. Nawet na książki i lekarstwa. Inna sprawa, że tych, od których był uzależniony, zapas zrobił jeszcze zanim się to wszystko zaczęło. A miały ponad dziesięć lat przydatności do użycia. A potem jeszcze dokupywał od kupców. Tylko że ci pojawiali się coraz rzadziej. Ostatnio woleli łączyć się w duże karawany.
Westchnął wspominając nie tak dawne przecież czasy. Jeszcze na polach walały się kości złych ludzi. Jeszcze w miastach straszyło.
Przewidział co się stanie, choć nie wiedział, że to będzie koniec świata. Inni też to widzieli, ale jak Żydzi przed wojną dotknięci byli bezwładem. Tylko nieliczni podjęli odpowiednie działania. I jak przed wojną, wielu bogatych okazało się równie głupich, choć mieli większe możliwości by uciec.
Zaczęło się od ropy. Ceny prawie do końca nie szalały. Zaczęło się od reglamentowania. Potem paliwo było już tylko dla służb. Gdyby chodziło tylko o ropę wszystko może by jakoś przeszło. Niestety. Jednocześnie zabrakło niektórych metali. Tych których malutkie drobinki były niezbędne do wszystkiego. Do komputerów, pojazdów, ogniw paliwowych. A ludzi było tak wielu. I każdy chciał mieć iPoda.
Wszystko nagle się załamało. Miasta zaczęły głodować nie mogąc sprowadzić żywności. Pola zaczęły mniej rodzić z braku nawozów. Na szczęście służby miały resztki paliwa i gdy doszło do zamieszek większość starć odbyła się w miastach. W końcu komu chciałoby się iść sto kilometrów na piechotę po żywność. Lepiej próbować ukraść coś w pobliżu.
Na wsi, z dala od dużych miast, ludzie szybciej się przestawili. Zaczęli uprawiać jak w nie tak znowu dawnej przeszłości. Jak ich dziadowie i pradziadowie.
Konie. To były jego początki. Kiedy wyczuł, że krach się zbliża, kupił to gospodarstwo nad doliną. Na tyle wysoko, że powodzie nigdy tu nie docierały i na tyle nisko, żeby do miasteczka nie było daleko. No i dom stał na skale. Kupił kilka koni i wraz z żoną zaczął hodowlę. Zbyt na konie był zawsze ale gdy zaczęły się kłopoty sprzedawał na pniu co tylko miał. Tyrali jak woły, na ile zdrowie pozwalało, ale na szczęście udało im się przekonać dzieci. Przyjechały i zagonili je do roboty. Wtedy mógł więcej czasu poświęcić na resztę. Łuki i boksery. Psy dla rozrywki a łuki na przyszłość. Czytał wszystko co mógł. Już wcześniej nawiązał kontakty z pasjonatami dawnych technologii. Teraz miał czas na praktykę. Udało mu się namówić kowala i płatnerza by się osiedlili w pobliżu. Pożyczył im na początek. Sam zajął się łukami. Teraz łuki i strzały z ich okolicy oraz ich broń biała były znane bardzo daleko. Kupcom przybywającym z najdalszych zakątków świata aż oczy się do nich świeciły. Robili też na zamówienie. Kusze i pancerze dla ochrony karawan. Nawet miecze.
Taak. Powinien być człowiekiem szczęśliwym. Pracował już tylko dlatego, że chciał. Żona i dzieci też już tylko kierowały najemnymi. Gdyby chciał, mógłby już mieszać w pałacu i całą pracę zlecić innym. Przetrwał koniec świata jak niewielu. W miastach zginęły miliony. W bratobójczych walkach, z głodu i pragnienia, z chorób i zimna. Najgorzej było w Chinach i Indiach. Stłoczone miliardy ludzi, którzy dopiero co zachłysnęli się dobrobytem i technologią, nagle cofnięte o epokę. To co w Europie i Stanach było zamieszkami, w Azji było masakrą. Nawet czołgi nie były w stanie powstrzymać tłumów. Podobno była w użyciu nawet broń atomowa.
Teraz w Polsce nie było już nawet prądu. Elektrownie, nawet te wodne, rozsypały się. Nie było komu konserwować sieci. Nie było nawet jak zbierać opłat. Zanim ruszył transport konny wszystko się zwaliło.
Podobno wokół elektrowni atomowych jeszcze tliło się życie cywilizowane. Zwłaszcza w Stanach, które w ostatnich dniach przed krachem na potęgę rozpoczęły taśmową produkcję reaktorów. Ale chyba tylko tam.
Skandynawowie też mieli kilka ale zwyciężyły ich mrozy. Nie starczyło energii na ogrzewanie i inne rzeczy. Nie mieli koni.
Rosji oberwało się trochę od Chińczyków i miała teraz własne problemy. Już dawno nie było od nich nic słychać.
Powinien być szczęśliwy. Przeżył koniec świata i to przeżył nieźle. Mógłby się obwołać jakimś księciem gdyby chciał. Ściągał w dolinę ludzi, którzy potrafili cokolwiek pożytecznego i ułatwiał im start, nieźle przy tym zarabiając. Miał kochającą żonę i wspaniałe dzieci. W sercu, na dnie, miał jednak smutek.
Słońce zaczęło zachodzić. Wstał i zaczął schodzić po łagodnym zboczu. Pamiętał o Słońcu. Nie tym, którego ciepło przed chwilą chłonął, ale tym, które za kilka miliardów lat zrobi Ziemi psikusa. To będzie prawdziwy i ostateczny koniec świata. I nie będzie już dla Człowieka ratunku. Zamiast budować tratwę, by odpłynąć w ocean kosmosu, ludzie trwonili zasoby Ziemi na słuchanie tandetnej muzyki w przenośnych odtwarzaczach, na wciąż nowe modele telewizorów, na samochody dla każdego. Kiedyś była szansa na otworzenie drzwi do wszechświata ale ją zmarnowano. Przehandlowano za gry komputerowe i co roku nowe mody. Głupawe gadżety wyrzucane po kilku miesiącach. A teraz Bóg nie będzie musiał kiwnąć nawet palcem, by spowodować ostateczny koniec świata. Sami zapędziliśmy się w ślepą uliczkę.
Nagle uśmiechnął się do siebie i do skaczącego radośnie psa.
- No... Chyba że coś wyjdzie z tych reaktorów za Wielką Wodą!
tekst popełniony na konkurs w serwisie LubimyCzytać.pl
środa, 14 stycznia 2009
Miała głos
Miała głos, który wzbudzał zaufanie… Jak zawsze. Jak od pierwszej chwili, gdy ją ujrzał i gdy pierwszy raz się do niego odezwała. Jak zawsze przez te wszystkie lata. Zresztą, jak mogłoby być inaczej? Lubił słuchać jej głosu cokolwiek mówiła. W jej głosie zawsze słyszał srebrne dzwoneczki uśmiechu, jak tego pierwszego dnia, i wiedział, że na innych też to tak działa. Jej uśmiech i jej śmiech też były najpiękniejsze na świecie. Zresztą nie tylko to...
- Jeszcze jedną kawkę? – zapytała raz jeszcze.
Nie słyszał pierwszego pytania błądząc nad przepaściami własnej rozterki. Nie obraziła się, nie żachnęła. Jak zawsze.
Nie czekając na jego odpowiedź wstała od stołu, na którym w równych szykach, niczym żołnierze w jednej z dawnych bitew, leżały rozłożone dwie talie kart w niemej batalii kanasty. Jak zawsze, od lat, z uwielbieniem przypatrywał się jej, gdy szła do kuchni. Był pewien, że czuje jego wzrok na sobie, choć nigdy się nie oglądała. Dziś znów miała na sobie jeden z jego ulubionych zestawów, jak z przekorą i konsekwencją nazywał kreacje, którymi go uwodziła. Na nogach miała czarne, lakierowane pantofle na wysmukłych, prowokująco wysokich obcasach, które podniecająco stukały o nieskazitelnie gładką powierzchnię podłogi salonu wykonaną z ciemnego, egzotycznego drewna sprowadzonego z jakiegoś dalekiego świata. Piękne, wyraźnie zarysowane łydki długich, kształtnych nóg, opięte były gładkimi, lekko połyskującymi pończochami, których ozdobne, koronkowe gumki obejmujące jej uda ukazywały się co chwila spod krawędzi krótkiej, obcisłej spódniczki w kolorze ciemnej wiśni, która podkreślała kuszący kształt jej bioder i pośladków. Całości dopełniał nałożony na białą bluzkę szykowny żakiet od Sallama z tego samego co spódniczka kompletu. Był mocno dopasowany w talii przez co jeszcze bardziej podkreślał jej nienaganną, wiele obiecującą figurę.
Odwróciła się do niego dopiero włączając ekspres. Przypatrywał się jej, jak przygotowuje jego ulubiony napój i wyciąga z lodówki małe kawałki jego ulubionego ciasta, które sama upiekła. Podziwiał jej dojrzały biust, którego figlarne fragmenty kusiły w głębokim wycięciu żakietu i kusząco rozchylonym rozpięciu bluzki. Delektował się jej piękną twarzą, zmysłowymi ustami i mądrym spojrzeniem błękitnych oczu, gdy zwróciła wzrok w jego stronę.
Do niedawna w takich chwilach myślał tylko o jednym. O tym jak będzie chłonął jej bliskość, pieścił to piękne ciało, podziwiał te boskie nogi zadarte do góry i wyuzdanie rozchylone, jak będzie bawił się jej falującymi z rozkoszy, spragnionymi pieszczot piersiami. Do niedawna...
Patrząc na nią, jak się krząta w kuchni, tak piękna i zmysłowa, myślał o dzisiejszym dniu. Wałęsał się jak nigdy po mieście, wśród zwykłych, szarych ludzi, brzydkich i głupich, ale niepowtarzalnych. Chłonął ich odmienność i napawał się ich słowami, choć nie skierowanymi do niego, ich ruchami i zapachami. Brzydkimi, pospolitymi, ale tak pięknie odmiennymi jeden od drugiego. Odmiennymi nawet od samych siebie, jeśli się je smakowało dwa razy.
Myśli na chwilę znów wyrwały się spod jego kontroli w kierunku jej boskich nóg, bo Joanna podeszła do stołu stukając swoimi ulubionymi szpilami na perwersyjnie wysokich obcasach. Postawiła przed nim talerzyk ze srebrną łyżeczką i kawałeczkiem cudownie pachnącego Apfelkuchen. Obok ciasta, z pewnością i gracją zawodowej kelnerki z ekskluzywnej restauracji, podała mu filiżankę z jego ulubionego serwisu Pirkenhammer Fischer &Mieg wykonanego na zamówienie jakiegoś dawno już nieżyjącego arystokraty, którego nazwisko zaginęło w pomroce dziejów. Poczuł aromat czarnej jak noc, gorącej i mocnej jak piekło Kenia Peaberry. Dawniej zapomniałby o kawie i od razu zaczął ją pieścić zaczynając od jej boskich, nieprzyzwoicie seksownych nóg. Dawniej, ale nie dzisiaj.
Jak zawsze doskonała, wyczuła jego nastrój. Nie dąsała się, że nie ma nią w tej chwili ochoty i postawiwszy przed sobą taką samą porcję ciasta oraz identyczną filiżankę kawy, wzięła do ręki swoje karty. Czekała aż się odezwie, bo była jego kolej w grze, ale on milczał.
Nie patrzył w karty tylko na nią. Wiedział, że to już koniec. Kochał te gesty i to ciało. Kochał nad wszystko te oczy i ten głos. Jednak czuł, że dłużej już nie może.
Wiedział, że powinien coś powiedzieć, że powinien jej wyjaśnić. Była przecież doskonała. Doskonale władała głosem, który utrwalał bez przerwy od momentu, kiedy dowiedzieli się, że Joanna umiera. Poruszała się tak perfekcyjnie, że nigdy, nawet w chwilach miłosnego uniesienia, nie potrafiłby jej odróżnić od tej prawdziwej. W końcu stać go było na to. Była kopią idealną. Kopią.
Wiedział, że dziś ją wyłączy. Na zawsze. I nic jej nie powie. Ona i tak nic by mu nie odpowiedziała. Niczego nowego nie potrafiła i nie mogła powiedzieć. Wszystko, co robiła, już kiedyś zostało zrobione. Wszystko zostało powiedziane...
opowiadanko popełnione w związku z konkursem w serwisie LubimyCzytać.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)

