Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 marca 2014

Jak ja nienawidzę zimy!



James Thompson

Anioły śniegu

tytuł oryginału: Snow Angels
tłumaczenie: Maciej Nowak - Kreyer
seria/cykl wydawniczy: Inspektor Vaara tom 1
Wydawnictwo Amber Sp. z o.o. 2012

Po Anioły śniegu sięgnąłem z powodu plakatu, który ujrzałem na korytarzu naszej biblioteki. Nie zajrzałem nawet do sieci, by się dowiedzieć czegoś o autorze albo o powieści, tak mnie zaintrygował tytuł i okładka. Takie przeczucie. Uczyniłem to dopiero po zakończeniu lektury.

James Thompson, Amerykanin, od czasów studenckich związany ze Skandynawią, obecnie zamieszkały w Helsinkach i ożeniony z Finką, człowiek, który z niejednego pieca chleb jadał, zdobył pisarską popularność jako autor serii kryminałów, których głównym bohaterem jest inspektor fińskiej policji Kari Vaara. Odwrotnie niż u autora, jego bohater jest rodowitym Finem, a żona Amerykanką. No dobrze, tego wszystkiego dowiedziałem się później, więc teraz wrócę do książki.

W małym fińskim miasteczku Kittilä, według naszej nomenklatury we wsi zabitej dechami, będącej jednak ekskluzywnym ośrodkiem sportów zimowych, tuż przed Bożym Narodzeniem zostaje brutalnie zamordowana gwiazdeczka filmowa Sufii Elmi. Od początku sprawę komplikuje fakt, iż to jednak osoba medialna, Murzynka, a w dodatku obrażenia, jakich doznała, mogą sugerować zarówno rasowe, jak i seksualne podłoże mordu.

Co będzie dalej, oczywiście nie zdradzę. Cała frajda przeżyć to samemu. Niektórzy twierdzą, iż fabuła jest banalna, zwłaszcza zaś sam wątek wspomnianego morderstwa. Ja jednak myślę, że dużo bardziej rażą wydumane pomysły niektórych pisarzy tak odległe od życia jak niektóre filmy porno od rzeczywistości. Zbrodnia zwykle jest banalna i historia pokazuje, iż bardzo często im banalniejsza, tym trudniejszą jest zagadką dla organów ścigania. Świetnie też jest ukazane, iż w środowisku bogaczy, czyli tak zwanych elit, zbrodnia stawia przed śledczymi całą piramidę trudności. Przy okazji śledztwa w jednej sprawie wychodzi na jaw cała zgnilizna klas uprzywilejowanych; narkotyki, prostytucja, pedofilia i wszystkie inne możliwe patologie. Śledczy zaczynają się gubić w tym gąszczu rzeczy do ukrycia i grozi im, iż w nim ugrzęzną. Autor wręcz stawia tezę, że niejednokrotnie najbardziej odpowiedzialna jest osoba całkowicie niewinna w świetle prawa, ale taka, która przez swój upadek moralny i wpływ deprawujący otoczenie stawia innych w sytuacji, która nieuchronnie popycha ich ku zbrodni. Ukłon dla Zimbardo.

Spotkałem się z zarzutami, iż język, jakim Anioły śniegu są napisane, przynajmniej w polskiej wersji, jest beznadziejny. Na szczęście nie są liczne, a ja ich absolutnie nie podzielam. Owszem, jest kilka błędów, które rzucają się w oczy, ale to wszystko. Mam nawet wrażenie, iż tłumacz wyjątkowo stanął na wysokości zadania, gdyż dopasował styl do klimatu Finlandii za kołem polarnym, w zimie… Mróz, depresja, alkohol… Prości ludzie, ludzie twardzi, najczęściej ksenofobiczni i słabo wykształceni… To raczej nie są okoliczności kojarzące się z bogactwem słownictwa, rozbudowanymi, wielokrotnie złożonymi zdaniami i barokowym stylem.

Rzecz całą czyta się świetnie. Nie jestem zwolennikiem ukazywania szczególnie brutalnych okaleczeń, nadmiernie wyrafinowanego okrucieństwa. Najczęściej są to zwykłe chwyty marketingowe mające zwiększyć sprzedaż książki – w życiu najczęściej okrucieństwo jest raczej bezmyślne niż wyrafinowane, a brutalność głupia częściej niż wynikająca z jakichkolwiek przemyśleń. W Aniołach śniegu udało się jednak autorowi logicznie uzasadnić takie, a nie inne modus operandi i chwała mu za to.

Książkę czyta się szybko, mamy i zwroty akcji, i wiele smaczków, i klimaty z piekła rodem, choć jest to piekło mroźne. Właśnie – dlaczego nasze piekło jest ogniste? Sto razy wolę za gorąco niż za zimno. Trzeba jednak zaznaczyć, że jest to zdecydowanie książka dla miłośników gatunku. Nawet nie ze względu na same zbrodnie, sekcje i inne elementy medycyny sądowej, ale ze względu na świetne oddanie klimatu, który rodzi się w głowach ludzi dotkniętych związkiem z takim zdarzeniem, a policjantów w szczególności. Żandarm i policjant (glina, a nie urzędas za biurkiem) patrzą na świat inaczej niż reszta ludzkości. To osobny gatunek. I choć nie jest to żadne odkrycie, również w literaturze, to należy docenić i podkreślić, że Jamesowi Thompsonowi udało się to tak celnie oddać. Trzeba też wspomnieć o będącym zdecydowaną rzadkością udanym ukazaniu tragedii, jaką morderstwo czy inne podobne przestępstwo jest nie tylko dla bliskich ofiar, ale i rodziny sprawcy. Naprawdę ważna rzecz i świetnie ujęta. Bez uproszczeń, bez populizmu, w sposób naturalny i prosty.

Jak już niejednokrotnie wspominałem, uwielbiam skandynawską szkołę kryminału społecznego. Nasz naturalizowany Fin okazał się mocnym zawodnikiem w tej dyscyplinie i plasuje się w czołówce literackiej stawki. Z jego powieści można się dowiedzieć więcej o realiach życia w północnej Finlandii niż z przewodników turystycznych czy reportaży, zwłaszcza sponsorowanych. Oczywiście większość tych ciekawostek nie jest potrzebna tym, którzy zamierzają pojechać tam na wycieczkę czy wczasy, ale gdyby ktoś rozmyślał o przeniesieniu się do Republiki Finlandii… Autor nie tylko ukazuje nam cechy tego społeczeństwa, takie jak powszechna, choć skrywana, ksenofobia, depresyjność, samobójstwa i alkoholizm, ale co jeszcze ważniejsze tłumaczy nam przyczyny takiego, a nie innego stanu rzeczy. Wbrew negatywnemu na pierwszy rzut oka wydźwiękowi takiego obrazu, dla mnie byłby to jednak kraj bardzo pociągający, choć nie tak jak choćby Szwecja czy Norwegia, ale ta zima!... Klimat ichniego mrozu i długotrwałej ciemności niezwykle obrazowo oddany w powieści sprawia, że raz na zawsze wybijam sobie ten kraj z głowy. Czytając, wręcz mogę sobie wyobrazić, co czeka każdego, kto tam zamieszka i uzmysławiam sobie, iż nienawidzę zimy. Zwłaszcza takiej zimy!

Szkoda, że to kryminał, do tego pełną gębą, gdyż są w nim perełki, które naprawdę wielu mogą zainteresować, a niestety jest to książka nie do przejścia dla ludzi, którzy nie cierpią czytać o zwłokach, płynach ustrojowych i innych takich. Choćby stereotypy, które w Finlandii są całkowicie różne od naszych czy niemieckich. Największymi złodziejami dla Finów nie są ani Cyganie, ani Polacy, tylko… Doczytajcie sami. Takich rzeczy znajdziecie naprawdę wiele. Na dodatek jest zdrowa dawka prostej, fińskiej filozofii, a nawet trudne problemy z zakresu psychologii społecznej. Wielki szacunek należy się autorowi, który ma odwagę ukazać, iż wiara, zwłaszcza ortodoksyjna i prawdziwa, może być słabością, może być złem samym w sobie. Dziecko chowane pod moralnym kloszem, gdy w końcu wkroczy w zwykły świat poza wspólnotą religijną, a z reguły wejdzie weń raczej wcześniej niż później, jest bezbronne wobec wyrafinowanego, podstępnego zła. Na dodatek zła często przybranego w aureolę.

Oczywiście zalety tej powieści, takie jak ciekawostki o Finlandii i Finach czy sama zagadka kryminalna, są zarazem, w pewnym sensie, jej wadą. Jest z racji tego chyba lekturą jednorazową, gdyż raz poznane, po raz drugi już na pewno nie zaciekawią.

Jak już się zorientowaliście, polecam Anioły śniegu wszystkim bez wyjątku miłośnikom kryminałów. Pozostałym zaś powiem – spróbujcie. Lektura ma wielkie walory poznawcze, jak na gatunek typowo rozrywkowy, a może przy okazji Ci z Was, którym się to dotąd nie przytrafiło, polubią kryminały i ich skandynawski kanon. 


Wasz Andrew

wtorek, 11 marca 2014

Zwyciężaj albo giń czyli GRA O TRON


George R. R. Martin

Gra o tron

tytuł oryginału: A Game of Thrones
tłumaczenie: Paweł Kruk
seria/cykl wydawniczy: saga Pieśń Lodu i Ognia* (ang. A Song of Ice and Fire) tom 1
Wydawnictwo: Zysk i S-ka 2012

Od czego zacząć? Od filmu (serialu) czy książki, na której został oparty? Kilka razy zmieniałem decyzję przed przystąpieniem do pisania tego testu, aż na koniec postanowiłem; skoro ma to być zapis moich wrażeń z odbioru tych produkcji, wybrać tak, jak wybrał dla mnie przypadek, zwany też losem, przeznaczeniem, albo Wolą Bożą.



Jakiś czas temu kolega namówił mnie na obejrzenie, jak to się teraz mówi, pierwszego sezonu serialu Gra o tron**(Game of Thrones) produkcji HBO, który został wręcz obsypany różnymi nagrodami Początkowo podszedłem do tematu sceptycznie. Pachniało mi to jakąś produkcją fantasy klasy B. Po pierwszym odcinku stwierdziłem, że pewne elementy są interesujące. Zaciekawiony obejrzałem odcinek drugi, trzeci, i tak dalej, aż nagle skonstatowałem, iż właśnie przeleciał odcinek dziesiąty, a ja chcę więcej. Co mnie tak wciągnęło? To pytanie zostawię na koniec. Teraz przejdźmy do książki, którą zapragnąłem poznać po obejrzeniu serialu.

Nie wiemy, czy rzecz dzieje się w przyszłości, przeszłości, czy w alternatywnej historii Ziemi, czy też w ogóle innej rzeczywistości . Osią świata jest kontynent Westeros rozciągnięty od upalnego południa aż do mroźnej północy, a rzecz cała rozgrywa w konwencji rodem ze średniowiecza - pełnej zbroi, mieczy i opowieści o niedawno wymarłych smokach.

Większa część Westeros, podzielona na Siedem Królestw, oddzielona jest od Północy Murem, który ma chronić ludzi, bo to oni głównie zaludniają ziemię, przed Dzikimi i Złem. A może przed Złem i Dzikimi. Przed wiekami Aegon I Zdobywca podporządkował sobie wszystkie Siedem Królestw i jego ród zwany dynastią Targaryenów władał całością niemal trzy wieki. Piętnście lat temu, czyli przed początkiem opowieści, Dom Targaryenów został obalony przez Roberta Baratheona w następstwie Wojny Uzurpatora. Robert Baratheon został nowym królem Westeros. Niestety, niespodziewanie kończy swój żywot. Zaczyna się Gra o tron; jeden by rządzić siedmioma.

Fabuły oczywiście nie będę zdradzał nawet w przybliżeniu. Brzmi to banalnie, ale jest rzeczywiście wielowątkowa. Każdy ród marzący o władzy ma swą własną receptę na jej zdobycie. Każdy jest inny; ma nie tylko specyficzne piętno genetyczne, historię i podstawy, na których opiera swą potęgę, ale i, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, własną kulturę korporacyjną, a więc pojęcie o tym, jakie są prawdziwe cele istnienia i jakie środki do ich osiągnięcia są godne, a jakie nie.

George R.R. Martin pokazał się w tej powieści jako mistrz kreacji. Stworzył spójną, przekonującą rzeczywistość o niepowtarzalnym klimacie. Zwykle fantasy jest dla mnie synonimem bezpłciowego kiczu, ale tym razem mamy do czynienia z powieścią prawdziwą. Choć Westeros jest fikcyjne, rządzi się mechanizmami jak najbardziej rzeczywistymi. Żądze ludzkie jako motor historii ukazane w nieskończonej ilości swych odmian. Polityka jako ciągły splot mnóstwa przenikających się drobnych i wielkich intryg. Do tego ludzie, którzy ten świat zaludniają i swymi pragnieniami nadają mu dynamikę. Postacie odmalowane prześwietnie, wręcz fenomenalnie, z niespotykaną śmiałością. Od lalek marzących tylko o księciu w złotej zbroi głupich tak, że wolą podróżować w karecie bez okien, by nie patrzeć na „nudną rzeczywistość” i równie pustych, okrutnych młodzieńców, po szare eminencje; pająki snujące swe sieci ponad układami, władzą, granicami i frontami. Mamy odważnych i tchórzy oraz wszystkie pośrednie stadia między nimi. Widzimy wpływ, jakby powiedział Zimbardo, Systemów i Sytuacji na ludzi, na to jak się zmieniają, jak dobrzy zaczynają czynić zło, a źli mogą być ocenieni pozytywnie. I wreszcie mamy przedstawienie, choć i tak dość nieśmiało w porównaniu do rzeczywistości zarysowane, sił społecznych, wśród których żądze, również seksualne i ich sublimacje, grają znaczącą rolę. Aż ciśnie się na usta porównanie do innych znanych dzieł. Sienkiewicz ze swoją Trylogią i jej wizją polityki wygląda przy Grze o tron wręcz infantylnie, żeby nie powiedzieć dosadniej. Świat Tolkiena wydaje się przy wykreowanym przez Martina jak wykastrowany eunuch przy przepełnionej chucią parze młodych. Nawet Diuna wydaje się w sferze polityki dużo, dużo mniej wyrafinowana. W kwestii różnorodności i śmiałości charakterów ludzkich również trudno znaleźć coś, co mogłoby książkę Martina przewyższyć. Jak z ludźmi, tak i z krainami. To nie jeden zdumiewający świat, jak w Diunie, to nie jedno starcie, jak w Trylogii, to nie czarno-białe podziały na dobro i zło, jak u Tolkiena, ale wojna wszystkich ze wszystkimi, trudne wybory i trudne odpowiedzi; co naprawdę jest dobre, a co złe, a jeszcze częściej – co jest mniejszym złem. Niesamowite klimaty, nie tylko dla każdej z krain, ale i dla każdej społeczności. Momentami liryczna, kiedy trzeba epicka, pełna ważnych prawd i trudnych pytań. Wciągająca porcja prześwietnej rozrywki, przy której zapomina się o tym świecie, a jednocześnie dzieło, nie boję się użyć tego słowa, z głębokimi wartościami.

Świetnym zabiegiem okazało się przenoszenie narratora. Tytułem każdego rozdziału jest imię jednej z postaci i w nim narrator, w trzeciej osobie co prawda, ale zdecydowanie przywiązany jest do tego bohatera. Zna jego myśli, patrzy na świat jego oczami, do ocen stosuje jego kryteria, moralność i umysłowość. Zabieg niesamowicie się udał. Niezwykle pouczające jest spojrzeć na świat to oczami przysłowiowej blondynki, to oczytanego kaleki, to jeszcze kogoś innego. I uświadomić sobie, że w pewnym sensie, te wszystkie rzeczywistości, inne dla każdego z nas, są równouprawnione.

Kiedy czytałem Grę o tron aż się zastanowiłem, czy nie byłaby ona dobrą lekturą obowiązkową dla naszych polityków, którzy myślą, że polityka zagraniczna różni się czymś od walki o nasze własne, krajowe stołki. Może by w końcu zrozumieli, że tak jak w mafii urzędniczej, tak i w polityce międzynarodowej, nie ma sojuszu, którego by nie można złamać, nie ma świństwa, którego nie można by się spodziewać po przeciwniku, a bezpieczeństwa nie zagwarantuje żaden układ na papierze. Jeśli kogoś nie stać na własną siłę, musi jej szukać w układach, w prawdziwych wzajemnych korzyściach, które sprawią, że wszyscy będą mieć interes w tym, co jest nam potrzebne, a słabeusze, którzy potrząsają szabelką, głośno krzyczą albo zbytnio się rządzą, prędzej czy później trafią na szafot.

Nasunęło mi się też porównanie Gry o tron do Krzyżowców Guillou. Te dwie lektury w tandemie przydałyby się zwykłym ludziom. Przez zderzenie światów wspomnianych serii powieściowych łatwo zobaczyć różnicę realiów państw rządzonych przez ludzi i przez prawo. W świecie rządzonym przez ludzi dobrze mają tylko najsilniejsi i najmożniejsi. Trafi się „dobry” władca – wszyscy mają dobrze, ale gdy trafi się zły… A gdy możni się biorą za łby, zawsze najgorzej mają zwykli obywatele, którzy dla decydentów są niczym. W państwie prawa, do którego dążyli bohaterowie Krzyżowców, silne państwo i prawo jest obroną małych przed wielkimi, biednych przed bogatymi. U nas zaś coraz powszechniejsze lekceważenie prawa i państwa podniesione do rangi symbolu, dzielenie na naszych i innych, a nie na prawych i nieprawych, wskazuje, iż większość, która najczęściej ponosi największe koszty, nie zdaje sobie sprawy, iż to, kto jest nasz, a kto nie, w każdej chwili może się zmienić niezależnie od tego, jak bardzo się zaprzedamy by do tych naszych należeć. Jedynym sensownym rozwiązaniem jest twarde silne prawo i państwo gwarantujące jego egzekwowanie. Ale tej świadomości absolutnie w naszym narodzie nie ma.

Sorry, zjechałem z tematu, ale w trakcie lektury powieści aż mnie rzucało na myśl, że w książce w sumie teoretycznie dość lekkiej, bez aspiracji do wielkiej filozofii, więcej jest prawdy o tym, jakie bywa życie, niż można przez dziesięciolecia usłyszeć ze słów tych, którzy uchodzą za autorytety i duchowych przywódców narodu, że o politykach nie wspomnę.

Oczywiście, jest w tej baśni sporo bólu, ran i śmierci, przemocy i okrucieństwa, oraz trochę seksu, ale życie takie właśnie jest. Szkoda tylko, że nie jest odwrotnie – trochę bólu i sporo seksu. Ale to właśnie byłby science fiction.

Podsumowując, mogę tylko polecić Grę o tron absolutnie i bezwarunkowo, wszystkim z wyjątkiem najmłodszych. Nawet tym, którzy, podobnie jak ja, niezbyt przepadają za fantasy. Wystarczy sobie uzmysłowić, że autor nie miał innego wyjścia. Gdyby napisał tak realistyczną powieść historyczną zaraz by się spotkał z nagonką ze wszystkich stron. Każdy naród by mu zarzucał, że jego przedstawiciele nie byli tacy, tylko inni, itd. A tak mamy najprawdziwsze, najrealniejsze samo życie, tyle że w uroczym, średniowiecznym entourage'u. Mamy powieść budzącą w każdym chyba czytelniku głębokie uczucia, od nienawiści do jednych bohaterów, po głęboką sympatię wobec innych. Mamy naukę świadomości, iż wszyscy ludzie, nawet kluczowe postacie, nawet my sami i ci, których kochamy, są śmiertelni. I mamy pięknie się zapowiadające, moje ulubione smoki. Opsss… Nic nie powiedziałem.



A cóż z serialem? Zasadniczo rzecz biorąc jest dosyć wierny w porównaniu do książkowego oryginału. Oczywiście głębsze przemyślenia bohaterów przepadły, ale klimat udało się odtworzyć idealnie. Mocną stroną są dobrze dobrani aktorzy i ich gra, sceny batalistyczne na wysokim poziomie, piękne zamki i krajobrazy zapierające dech w piersiach. I znowu dwie refleksje. Dlaczego w naszych produkcjach, w końcu prestiżowych, typu Ogniem i mieczem, brak jest dynamiki batalistycznej? Sztandary zwisają jak szmaty, umocnienia ledwie wystają nad ziemię, szermierze za wszelką cenę starają się nie trafić przeciwnika, a jeźdźcy sprawiają momentami wrażenie, jakby mieli kłopot z utrzymaniem broni w ręce albo wręcz siebie w siodle. Gra o tron pod tym względem to inny świat, o klasę wyżej, dla polskiej kinematografii niestety. U nas takie stwierdzenia, jak moje, są niepopularne, bo mało kto ma odwagę krytykować dzieło, które jest chronione przez przymiotnik „patriotyczne”, ale przy serialu HBO Potop czy Ogniem i mieczem wypadają jak poszatkowane książki przerobione na kiczowate filmidła przy dojrzałej produkcji opartej na wybitnej literaturze. Wielcy krytycy pewnie się nie zgodzą z moim zdaniem, ale niestety sukcesy eksportowe Martina i kompletny ich brak w przypadku ekranizacji Sienkiewicza przemawiają inaczej.



Inna refleksja, która mi się nasunęła w podsumowaniu serialu i książki, to temat okrucieństwa i golizny. W książce absolutnie nie rażą, są tak naturalne jak oddychanie. Akurat tyle, ile trzeba; ani za dużo, ani za mało. A w filmie? Powszechne są głosy, iż jest ich za wiele, gdy w rzeczywistości ich udział w całości jest podobny, jak w wersji do czytania. Ba – sam nawet miałem chwilami uczucie, że tej nagości jest może za dużo. Czy jednak nie jest to objawem, jak chorym i zakłamanym społeczeństwem jesteśmy? Film, który pokazuje, i to w naprawę w wygładzonej wersji w stosunku do rzeczywistości, jak wyglądały „dawne dobre czasy” wydaje nam się pełen przemocy, a skrawek nagiego ciała budzi w nas większy sprzeciw niż powszechne nawet w programach emitowanych w „młodzieżowym” czasie antenowym sceny przemocy seksualnej, rasizmu, nienawiści i prawdziwego okrucieństwa. Co innego w dodatku przemoc w realiach i konwencji średniowiecza, a co innego w dniu dzisiejszym, w państwie w środku Europy. To ostatnie dotyczy zresztą nie tylko Polski.



Jednym słowem, książka jest wspaniała, a i film naprawdę warto obejrzeć, choć koncentruje się na akcji i nie wnika, z oczywistych względów, w głębię materii, którą przekazuje książka. Najważniejsze, że nie kłócą się ze sobą, w przeciwieństwie choćby do kilkakrotnie już dzisiaj wspominanego Potopu i ekranowego wcielenia pięknej, przynajmniej w wersji literackiej, Billewiczówny. Jeszcze raz zachęcam do obejrzenia serialu, a jeszcze bardziej do lektury powieści


Wasz Andrew



* saga Pieśń Lodu i Ognia* (ang. A Song of Ice and Fire)

1. A Game of Thrones (1996) - Gra o tron (1998)
2. A Clash of Kings (1999) - Starcie królów (2000)
3. A Storm of Swords (2000) - Nawałnica mieczy. Stal i śnieg (2002) + Nawałnica mieczy. Krew i złoto (2002)
4. A Feast for Crows (2005) - Uczta dla wron. Cienie śmierci (2006) + Uczta dla wron. Sieć spisków (2006)
5. A Dance with Dragons (2011) - Taniec ze smokami. Część I (2011) + Taniec ze smokami. Część II (2012)
6. The Winds of Winter
7. A Dream of Spring

** Seria 1 odcinków serialu Gra o tron

1. Winter is Coming (Nadchodzi zima) 2011
2. The Kingsroad (Królewski szlak) 2011
3. Lord Snow (Lord Snow) 2011
4. Cripples, Bastards, and Broken Things (Kalecy, bękarci i im podobni) 2011
5. The Wolf and the Lion (Wilk i lew) 2011
6. A Golden Crown (Złota korona) 2011
7. You Win or You Die (Wygrywasz albo giniesz) 2011
8. The Pointy End (Ostry koniec) 2011
9. Baelor (Baelor) 2011
10. Fire and Blood (Ogień i krew) 2011

poniedziałek, 24 lutego 2014

Satynowy magik


Satynowy magik

Waldemar Łysiak

wydawnictwo: Nobilis, Warszawa 2011

Satynowy magik” był moim pierwszym spotkaniem z twórczością Waldemara Łysiaka, znanego i uznanego polskiego pisarza i publicysty, z wykształcenia architekta, z zamiłowania napoleonisty i bibliofila. Nie można czytać wszystkiego, co modne i znane, więc muszę od razu przyznać, że ta książka nie była moim wyborem, a po prostu nie miałem innego wyjścia, gdy stała się lekturą lutego w naszym oddziale DKK*. Nie żebym miał coś do autora, ale po prostu mam inne priorytety i z reguły z własnego wyboru sięgam po odmienne działy literatury.

Rzecz cała dzieje się w ostatnich latach przed wybuchem II Wojny Światowej. Młody Polak przybywa do fikcyjnego kurortu niemieckiego Germanshaven, który poszczycić się może nie tylko atrakcjami prozdrowotnymi, ale i elitarnym uniwersytetem. Na studia może pozwolić sobie tylko dzięki wsparciu finansowemu bogatego wuja, który jednak ma wobec niego sekretne, nieujawnione plany. Wśród braci studenckiej wyróżnia się Satin Retea – bardzo majętny, choć niepewnego pochodzenia i postać wielce tajemnicza. Inteligentny, przebiegły, prowokator i… więcej nie będę zdradzał. Fabuła, choć bardzo skromna, wiele by jednak straciła na przedwczesnym ujawnieniu, podobnie jak rozszyfrowanie Satina, które pozostawiam czytelnikom.

Satynowy magik” jest powieścią dygresyjną, w dodatku w wielu wymiarach. Fabuła to tylko podstawa do ukazania poglądów autora, bowiem subiektywne zaangażowanie pisarza jest wyraźnie widoczne, zwłaszcza w przemyśleniach na temat moralności, dobra i zła, seksu, płci i historii. Choć kuszenie przez złego i konsekwencje wchodzenia w układy ze złem oraz sprzedawania duszy za doraźne korzyści są zaakcentowane jako temat wiodący, książka aż roi się od wycieczek na pola sztuki, historii, polityki i krytyki katolicyzmu. Gęsto w niej od celnych sformułowań wprost nadających się na błyskotliwe cytaty i od przytoczonych cytatów z dorobku innych bardziej i mniej znanych osób. Znajdziemy też wiele ciekawostek z różnych dziedzin historii. Pod tym względem „Satynowy magik” przypomina mi mój ulubiony choć niestety zapoznany i zapomniany „Lamus ciekawostek” ubrany w powieściową formę. Do tego pisarz pokazuje się nam jako prawdziwy erudyta w pełnym i najlepszym znaczeniu tego słowa. Już samo to sprawia, iż książkę czyta się świetnie, choć nie da się jej czytać szybko. Zmusza do refleksji, zastanowienia i, nie ma co ukrywać, sprawdzania, czy autor się nie poślizgnął. Jednym słowem, powinno być świetnie, a jednak...

Zrobiliśmy w klubie głosowanie i znacząca większość cenzurek w starej skali ocen (2 do 5) krążyła wokół czwórki. Była tylko jedna naciągana trójka – koleżanka biegła w języku włoskim stwierdziła, iż we wstawkach obcojęzycznych rodem ze słonecznej Italii aż roi się od byków. Pozostali zarzucali autorowi między innymi wtórność w stosunku do wcześniejszych powieści. Ja tego ostatniego problemu nie miałem – w końcu była to moja pierwsza lektura spod pióra Łysiaka. Zawiódł mnie jednak pewien rodzaj mizoginizmu, który wyraźnie wyziera z kart książki i który na kilometr pachnie jakimiś kompleksami. Oczywiście może to być zabieg celowy; prowokacja obliczona na wywołanie sprzeciwu czytelnika, ale inne aspekty każą w to wątpić. Kuszenie przez zło ukazane w „Satynowym magiku”, przerabianie dobrych ludzi na złych, tylko z pozoru wydaje się perfidne. Temat chyba najważniejszy z tych, jakie stoją przed ludzkością, ale ewidentnie spłycony. W porównaniu do wyników eksperymentów psychologii społecznej „wyrafinowanie” Satynowego magika wygląda niczym cios widłami zadany przez pijanego chłopa przy opóźnionym o tydzień skutku działania kompetentnego truciciela. Podobnie jest z przemyśleniami politycznymi i innymi, które w jednych aspektach wydają się głębokie, a w innych wręcz infantylne. Owszem, jest to książka zmuszająca do myślenia, ale na pewno nie daje jasnego przekazu, pod którym mógłbym się podpisać.

Nie pozostaje mi więc nic innego, jak stwierdzić, iż jest to pozycja warta przeczytania, mogąca dać wiele czytelnikowi poszukującemu rozrywki, pokazu wielkiej erudycji albo impulsów do nowych refleksji, ale zarazem absolutnie nieprzeznaczona dla niewyrobionego albo niezbyt dociekliwego odbiorcy. W przypadku osób nie potrafiących budować własnych koncepcji niezależnie od stanowiska autorytetów, osób, które potrafią tylko popierać albo odrzucać, też „Satynowy magik” dobrym wyborem chyba nie będzie. Jedni razem z rzetelnymi prawdami połkną sporo bardzo szkodliwych stereotypów, a inni odrzucą ważkie prawdy tylko dlatego, że w innym miejscu trafią na coś, z czym się nie zgadzają lub co obrazi ich uczucia. Jednak wszyscy, którzy myślą samodzielnie, znajdą sporo zadowolenia w tej lekturze, niezależnie od stopnia jej zgodności z ich własnymi przekonaniami.

No i jeszcze jedno – cieszę się, że dzięki tej książce poznałem Alesandro Magnasco vel il Lissandrino i zainteresowałem się jego twórczością. Już choćby dlatego nie żałuję, iż ją przeczytałem. Co za klimaty!


Wasz Andrew


* Dyskusyjny Klub Książki

środa, 12 lutego 2014

Zanim zasnę



S. J. Watson

Zanim zasnę

tytuł oryginału: Before I Go to Sleep
tłumaczenie: Ewa Penksyk- Kluczkowska
wydawnictwo: Sonia Draga Sp. z o.o. Katowice 2012

Ostatnio miałem szczęście do debiutów, w dodatku polskich, gdyż lektura „Wyroku” Mariusza Zielke i „Nielegalnych” Vincenta V. Severskiego sprawiła mi wielką przyjemność. Sięgając po pierwszą powieść, która wyszła spod pióra S.J. Watsona, nieznanego do niedawna w literackim świecie Brytyjczyka, miałem nadzieję, że nie zawiodę się i znów nadszedł czas na dobrą rozrywkę. Na entuzjastyczne recenzje, które książka dotąd zebrała, nie reagowałem, gdyż ze smutnego doświadczenia wiem, że częściej niż wielką literacką przygodę zapowiadają rzecz przygotowaną pod maksymalną sprzedaż, a więc pod gusta przeciętnego czytelnika i wspartą potężną akcją marketingową. Przyznam od razu, iż przeczytawszy o autorze, że jest fizykiem z wykształcenia, a zajmuje się diagnostyką i leczeniem dzieci upośledzonych słuchowo, miałem przeczucie, iż czeka mnie albo coś wyjątkowo dennego, albo wręcz odkrywczego, gdyż jak zauważyłem, umysły ścisłe, z reguły, albo w ogóle nie potrafią pisać interesująco, albo tworzą dzieła wręcz wyjątkowe.

Jak zaczynamy przygodę z prozą Watsona? Christine Lucas budzi się rano w łóżku z nieznanym sobie mężczyzną, w nieznanym sobie domu. W dodatku w nieznanym sobie ciele. Jakby trochę znanym, tylko dużo starszym. Od człowieka, z którym spędziła ostatnią noc, z której niczego nie pamięta, dowiaduje się, iż nie ma dwudziestu lat, jak jej się w pierwszej chwili wydaje, ale czterdzieści siedem. Nie może w to uwierzyć, lecz lustro nie kłamie. Nie ma już dwudziestki. Mężczyzna, którego nie zna, tłumaczy jej, że jest jej mężem. Że opiekuje się nią odkąd przed osiemnastu laty, w następstwie wypadku, miała uraz głowy. Uraz, który sprawił, iż nie tylko doznała amnezji, ale co noc, gdy zaśnie, zapomina wszystko, co działo się w ciągu dnia.

Christine musi opierać się na tym, co przekazuje jej, co dzień od nowa, jej mąż. Ale ma też lekarza, z którym spotyka się potajemnie i pamiętnik, w którym zapisuje wydarzenia dnia, by przeczytać o nich nazajutrz. I zauważa, iż coś się nie zgadza.

Czy potraficie sobie wyobrazić siebie w takiej sytuacji? Nie wiecie nic. Co rano budzicie się nie wiedząc niczego. O sobie, o innych, o przeszłości. Któremu ze źródeł informacji o dniu wczorajszym zaufać, gdy zaczynają sobie przeczyć? Kto mówi prawdę i po co ktoś miałby kłamać?

Sytuacja prawdziwie przerażająca i gwarantuję, że już nigdy nie będziecie patrzeć na sprawy mózgu i pamięci tak, jak przed tą lekturą. Nawet jeśli macie na ten temat dużą wiedzę. Co innego znać się na oparzeniach, a co innego znaleźć się w skórze oparzonego. A to właśnie funduje nam Watson w swej genialnej, nie boję się użyć tego słowa, powieści.

Clou fabuły oczywiście Wam nie zdradzę. Akcja, która początkowo toczy się w średnim tempie, stopniowo przyspiesza, a kolejne okruchy informacji zdobywane przez bohaterkę wywołują pytania coraz poważniejsze, coraz dramatyczniejsze. Od tej książki naprawdę nie można się oderwać, a zakończenie jest nie tylko zaskakujące, ale i przewrotne.

Zanim zasnę” jest niewątpliwie jedną z najbardziej oryginalnych powieści, jakie zdarzyło mi się czytać W czasach, gdy zdaje się, iż wszystko już było, tchnie nie tylko świeżością, ale wręcz tym, czego nie da się określić, a co musiało towarzyszyć w dawnych czasach podróżnikom, którzy odkrywali nowe ziemie. Pomimo bowiem komputerów, satelitów i telefonów komórkowych sprawiających, iż Ziemia wydaje się mała, mózg ludzki nadal pozostaje prawdziwą terra incognita. I choć co dzień nauka rysuje na jego mapie nowe odkryte wyspy, biała plama pokrywająca jej absolutną większość wciąż jednych fascynuje, a innych przeraża. A właśnie w te niezbadane rejony zabiera nas powieść Watsona. Przekonująco, przewrotnie i podstępnie. Nie można się od niej oderwać do tego stopnia, że refleksje przychodzą dopiero później.

Od jakieś czasu mam zwyczaj jako zakładek w swych lekturach używać kartek z notesu, na których zapisuję to, co mi się szczególnie podoba oraz to, co wręcz przeciwnie, przeszkadza mi w czytaniu i obniża ocenę książki. Tym razem zakładka pozostała czysta. Tak mnie wciągnęło, iż niczego nie zanotowałem.

Czy człowiek naprawdę ma wolną wolę, skoro jakaś niewykrywalna nawet zmiana w mózgu może go pozbawić wszystkiego? Nie tylko samodzielności, nie tylko wspomnień z dawnych dni, ale nawet świadomości tego, kim jest? Czy jest młody, czy stary, czy wierzy w Boga, czy miał dzieci? Oczywiście w powieści mamy przykład drastyczny, ale kto nie jest ślepy, ten widzi to i na co dzień. Gdy spotykamy osobę dawno nie widzianą, często od razu, albo po jakimś czasie, stwierdzamy, iż zmienił się nie do poznania. Nie tylko zewnętrznie. Zmienił go czas. Wydarzenia, inni ludzie, a także jego zmieniający się w czasie mózg i chemia jego ciała. To dzieje się z każdym z nas, bez przerwy, i nic na to nie możemy poradzić. Większość nawet sobie tego nie uświadamia, gdyż w krótkim czasie, w zwykłych warunkach, zmiany są niezauważalne, choć się kumulują. Jak więc jest z tym, kim naprawdę jesteśmy; z naszą wolną wolą i byciem sobą? Te i inne pytania nachodzą nas jednak dopiero po zakończeniu lektury. To też oznaka prawdziwego mistrzostwa. Już się zastanawiam, czy Watson napisze coś jeszcze, i czy zdoła utrzymać ten poziom, czy też pozostanie, podobnie jak Harper Lee, autorem jednej tylko powieści, ale za to prawdziwie natchnionej i niepowtarzalnej.

Gorąco zachęcam do lektury


Wasz Andrew

poniedziałek, 10 lutego 2014

Jedną nogą w...



Vincent V. Severski

Niewierni

Wydawnictwo Czarna Owca 2012

Nie tak dawno miałem przyjemność, prawdziwą przyjemność, przeczytać dwa polskie debiuty powieściowe – „Wyrok” Mariusza Zielkie i „Nielegalnych” Vincenta V. Severskiego. Pierwsza raczej kryminał, druga powieść szpiegowska. I obie doczekały się kontynuacji. Zielkie dał nam „Formację trójkąta”, a Severski „Niewiernych”. W pierwszym wypadku niestety kontynuacja nie była tak udana jak inicjacja. To zresztą bolączka wielu autorów, którzy próbowali swych sił w cyklach powieściowych, nawet tak znanych jak Herbert i jego „Diuna”. A jak poszło drugiemu z naszych niedawnych debiutantów?

Niewierni” szatą graficzną i grubością od razu podkreślają, iż są kontynuacją „Nielegalnych”. Swoją drogą, tym razem tomiszcze jest naprawdę opasłe – 863 strony zapełnione dość ścisłym drukiem, bez ozdobnych inicjałów, zamaszystych akapitów czy jakichkolwiek ilustracji. To ostatnie, to zresztą wielki plus. Rozpocząłem więc lekturę licząc na cechy, które były największymi atutami pierwszej części cyklu – autentyzm realiów świata tajnych służb, przekonywujące kreacje postaci i sytuacji, charakterystyczny styl.

Od pierwszej strony wita nas znany już zestaw bohaterów, zarówno po dobrej, jak i złej stronie mocy. Tym razem nie mamy do czynienia z rozgrywką wywiadowczą w klasycznym wydaniu, jak to miało miejsce poprzednio, ale z coraz modniejszym ostatnio motywem walki z terroryzmem, choć i prawdziwego wywiadu też trochę jest. Fabuły oczywiście nie będę zdradzał, nawet w przybliżeniu; wszak tajemnica i różne poziomy niewiadomych to jeden z atutów dobrej lektury tego gatunku. A fabuła jest dobra, pomysł samego aktu terrorystycznego realistyczny i przekonujący. Klimat świata służb oddany dobrze, z podkreśleniem różnic regionalnych i specyfiki różnych narodowości. Znów widać pięknie ukazane główne cechy dzisiejszego świata – komplikacja, przenikanie zbieżnych i sprzecznych interesów, nadmiar informacji przy jednoczesnym braku potrzebnych danych. Uważny czytelnik doceni świetnie zaznaczony w odpowiednim momencie paradoks tajnych służb uzależniających się od poufnych źródeł informacji do tego stopnia, że czasem tracą kontakt z rzeczywistością i nie mają nawet tej wiedzy, która jest dostępna każdemu w powszechnych środkach przekazu masowego. Miłośnicy analizy charakterologicznej i psychologii ucieszą się choćby z odważnej, odrzucającej powszechne sądy, sylwetki głównego czarnego charakteru, który wcale nie jest do końca postacią negatywną. W nim autor nam ukazuje, iż marzenia i fantazje, nawet wręcz bajkowe, mają często ludzie pragmatyczni, ludzie czynu, może właśnie dlatego, że nie mają czasu na zbieranie informacji o mechanizmach świata, które ich nie dotyczą, a przez to ich percepcja rzeczywistości jest infantylna, upośledzona i zawężona. Świetnie też można zobaczyć, jak pociągająca jest obietnica wynikająca z samej przynależności do klubów wybranych, zwłaszcza tajnych, dysponujących władzą nad życiem i śmiercią. I ideologia jest tutaj sprawą drugorzędną. Jak zauważył Herbert we wspominaniej już „Diunie”, takie rzeczy daje się robić po wielokroć, w różnych miejscach i różnych epokach. Magia tajnego przymierza, wspólnota przeszłych krzywd i poczucie własnej wyższości, wszystko podlane jakąś ideologią, wsparte bezwzględną selekcją i wzmocnione odpowiednim treningiem. Al-Ka’ida, służby specjalne, wywiad.

Autorowi należy się również plusik za wykorzystanie starej prawdy, że nie ma planów doskonałych, że najsłabsze miejsca każdego z nich to ludzie i przypadek. Oczywiście większość pisarzy się do tego stosuje jeśli, jak w tej powieści, plan jest autorstwa sił ciemności, ale ponieważ wyszło płynnie i przekonująco, więc warto o tym wspomnieć.

Wielu ludzi zastanawia się, jak to możliwe, że przy pomocy tych wszystkich satelitów, komputerów, kamer i podsłuchów jeszcze nie wyłapano wszystkich terrorystów. „Niewierni” dość dobrze na to pytanie odpowiadają – z jednej strony świadomość istnienia tych instrumentów pozwala zainteresowanym na ich zneutralizowanie w ten czy inny sposób, a z drugiej nadmiar informacji potencjalnie dostępnych dla służb w permanentnej sytuacji ograniczonych sił i środków, co jest immanentną cechą wszelkich operacji tego typu, sprawia, iż „nie wiadomo za co się chwycić”. Czasami jest tyle nitek mogących potencjalnie wieść do celu, że mając możliwość pójścia tylko za jedną z nich, tak jakby się żadnej nitki nie miało.

Takich perełek jest sporo, jak choćby jeszcze Utrecht i historia jego rodziny – świetnie wypuentowany bezsens gromadzenia dóbr i opierania na nich przyszłości rodu. Co jedno pokolenie, albo nawet wiele pokoleń, zgromadzi, nawet jeśli potęga i chwała będzie trwała wieki, któreś następne kiedyś utraci. Przegra w kości, przepije, albo po prostu przeje.

Klimat, znajomość realiów, szybka akcja i dobrze zarysowana fabuła, to ewidentne atuty „Niewiernych”. Niestety, są one dużo mniej przekonujące, niż w pierwszej odsłonie cyklu. Autor jakby jedną nogą stał w swoim własnym stylu, który tak mi się spodobał w „Nielegalnych”, a drugą w pisaniu pod publiczkę, pod Toma Clancy’ego czy innego Alistraira MacLeana. Jakby jedną nogą stał w komunie, a drugą w kapitalizmie, jedną w swych własnych osądach, a drugą w stereotypach. Do komplety trafiło się jeszcze kilka denerwujących mnie niezręczności, a nawet ewidentnych błędów.

Absolutnie zgadzam się z autorem w negatywnej ocenie polskiego kleru. Wykonania jednak, w jakim nam swe stanowisko zaprezentował, nie można zaakceptować. Wątek spowiednika dołującego upodloną kobietę bitą przez męża sprawa wrażenie sztucznego, wrzuconego na siłę i nijak mającego się do całości. Ponieważ tematyka ta więcej nie występuje, wygląda to jak zwykła cegła wstawiona we frontową ścianę wykonaną z pięknego klinkieru.

Coraz pilniejszy i narastający niczym rak problem islamu również został potraktowany jakoś tak płytko. A przecież jest to chyba najważniejsze wyzwanie, jakie stoi przed Zachodem, gdyż islam staje się zarazem ideologią biednych, taką jak komunizm, tyle że ożenioną z religią, a więc z irracjonalnym sposobem myślenia, a to może doprowadzić do czegoś znacznie gorszego niż rewolucja. Najgorsze zaś, że w ogóle nie pokazano, iż za większością aktów terroru stoją cele jak najbardziej świeckie, tylko ubrane w religijną retorykę. Wręcz przeciwnie, jako motor napędzający główny czarny charakter, a przez to i całą fabułę, wybrano infantylną wizję wielkiego konfliktu jako syntezy. Nie takie ofiary konfliktów religijnych bywały w historii i nigdy nic się z tego nie zsyntetyzowało. Religia zawsze rodzi konflikty. Nawet gdy zabraknie innej do zwalczania, ma tendencję do dzielenia się na odłamy i zwalczania się nawzajem. Opieranie całej powieści i wizji terroryzmu na takich podstawach niestety nie jest godne pochwały.

Trochę też mnie zniesmaczyła niezniszczalność wszystkich herosów w naszej powieści, których nie imają się inne niedyspozycje niż wszechobecny kac i śmierć sama. Wręcz z rozrzewnieniem zaczynam wspominać Carla Hamiltona, szwedzkiego 007, który mógł w środku tajnej operacji, jak każdy, paść do wyra z powodu grypy lub przeziębienia.

Bardzo arogancka jest też maniera, by w książce pełnej obcojęzycznych zwrotów w ogóle nie było przypisów ani słowniczka. Jeśli akurat czegoś nie wiemy, musimy sięgać do internetu (niektórych rzeczy nie ma nawet w słownikach), albo czytać bez głębszego zrozumienia.

Dziwnie też wygląda fascynacja poszczególnymi modelami motocykli czy samochodów. Jakieś to takie sztuczne. W poprzedniej powieści tego nie było. Jakaś forma reklamy?

Miłośników broni rzuci na kolana cytat: „Miał też wyjątkowo dobre oko i na dwieście jardów nie pudłował z żadnego karabinu.” Jeśli strzelał do monety, to pewnie tak, ale jeśli do człowieka, a z kontekstu raczej to drugie wchodzi w rachubę, to wystarczy przypomnieć, że właśnie dlatego wprowadzono karabinki i amunicję pośrednią, iż strzelanie z karabinu i amunicji karabinowej na odległość 300 jardów (a nie dwustu) było nadmiarem siły i zasięgu, a co się z tym wiąże, również efektywności i celności. Trafienie człowieka z 200 jardów nawet z karabinka powinno być dla dobrze wyszkolonego żołnierza raczej standardem niż wyczynem, a co dopiero mówić o karabinie i strzelcu wybitnym.

Zastanawiające są też ciągłe wycieczki pod adresem „Millenium” i Larssona obecne w prozie Severskiego. Myślałem, że to tylko taka aluzja, której nie łapię, ale jeśli prawdą jest to, co na okładce powieści napisała Miłada Jędrysik, czyli że Severski po przeczytaniu „Millenium” doszedł do wniosku, iż też tak potrafi pisać jak Larsson, to… Takie inteligentne niedomówienie, jak mawiano w Dudku*.

Na koniec perełka, która być może wyjaśnia, dlaczego w Polsce jest jak jest. Autor, oficer służb, pisarz i osoba na pewno w ten czy inny sposób wykształcona, liczy ustami swoich bohaterów w sposób następujący: sto milionów dolarów przy wymianie jeden do czterech daje dwa i pół miliona. Czego więc oczekiwać można od władzy, która jest z wyboru, i w przeciwieństwie do kandydatów na oficerów służb nie musi ani przechodzić badań, ani mieć wykształcenia, ani zaświadczenia o niekaralności. Nawet się nie chce myśleć, jak ona liczy.

Trochę tej goryczy poleciało, ale to głównie przez poczucie zawodu. Gdyby nie te całkowicie niepotrzebne minusy, byłaby powieść nie gorsza niż debiut. A tak nie jest zła; czytać się da, i to z tak dużą przyjemnością, że trudno się od niej oderwać, ale to tak jak w kuchni – nad przypalonym mlekiem nikt specjalnie płakać nie będzie, ale jeśli przesolimy główne danie na proszony obiad, w dodatku danie, które miało i potencjalnie mogło być kulinarnym objawieniem…

Reasumując – był dobry pomysł, było dobre pióro, i tylko czegoś zabrakło. Skupienia, by uniknąć wpadek? Odwagi, by utrzymać własny styl? Nie wiem, to trudno uchwycić, gdyż nawet nie w tych błędach jest sedno, ale w całości. Książka warta przeczytania, jeśli wpadnie Wam sama w ręce i lubicie klimaty tajnych służb, terrorystów oraz podobnej sensacji, ale nie jestem przekonany, czy warto za nią biegać jeśli gustujecie w innych obszarach literatury, i czy w ogóle warto za nią biegać


Wasz Andrew


* Kabaret Dudek - założony i kierowany przez Edwarda Dziewońskiego kabaret w kawiarni "Nowy Świat" przy ulicy Nowy Świat 61 w Warszawie. Niestety, to już zamknięty i niedościgniony w swej klasie rozdział naszej kultury.

wtorek, 4 lutego 2014

Podstępny moralista



Carlos Ruiz Zafón

Więzień Nieba

tytuł oryginału: El Prisionero del Cielo
tłumaczenie: Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodán Casas
seria/cykl wydawniczy: Cmentarz Zapomnianych Książek
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA S.A. 2013

Kiedy w ostatniej chwili dowiedziałem się, iż lekturą omawianą na styczniowym spotkaniu naszego oddziału DKK* będzie „Więzień nieba” Carlosa Ruiza Zafóna, byłem bliski paniki. Nazwisko dość znane, ale w moim przypadku raczej ze słyszenia, gdyż z jego twórczością nie miałem się jeszcze okazji zapoznać. Recenzje bardzo pozytywne, co może równie dobrze świadczyć o wielkości dzieła, jak o pisaniu pod publiczkę wspartym dobrym marketingiem. Do tego świadomość, iż to trzecia powieść w cyklu, co niekoniecznie jest dobrym sposobem na rozpoczęcie jego poznawania. I jakby było mało, znaczna objętość podkreślana w różnych opiniach, nawet sygnowanych przez znanych krytyków. Na szczęście już po kilku stronach stwierdziłem, że to ostatnie jest zwykłym trickiem – duża czcionka, rozrzutne formatowanie tekstu, ozdobne inicjały i inne podobne zabiegi sprawiają, iż książka wydaje się zawierać więcej tekstu, niż jest go w rzeczywistości. To, oraz podział na krótkie rozdzialiki o przemyślanie dobranej długości, wpasowane w tempo akcji oraz fabułę, sprawiło, iż powieść połyka się z łatwością, więc zdążyłem przeczytać w terminie.

No właśnie – książka łatwa do połknięcia. Podobnie jednak, jak w świecie kulinariów, nie jest to jednak synonim łatwostrawności.

Atmosfera tajemniczości i mroku oraz przytłaczająca rzeczywistość Barcelony czasów faszyzmu splecione z życiem pragnącym się toczyć w normalnym rytmie miłości i młodości. Owa klimatyczność z kolei połączona z wartką akcją i demonami przeszłości mogącymi zniszczyć radość dnia dzisiejszego. Wszystko to sprawia, że większość czytelników, przynajmniej w czasie lektury, nie zauważa, że autor jednocześnie w ich podświadomości umieszcza swój komentarz do czasów i problemów, w których i z których nakreślona jest fabuła. Moralizuje po prostu. Moralizuje skrycie i podstępnie, indoktrynuje wręcz. Większość, tak przynajmniej można sądzić po recenzjach, które z reguły są pisane raczej na gorąco, koncentruje się na wątkach i aspektach najbardziej widocznych, najpłytszych; miłość, przyjaźń, nienawiść, przygody głównych bohaterów, więzienia i ucieczki, śluby i rozstania. Pytanie tylko, czy to, co w tle, na pewno trafia do podświadomości większości czytelników, a jeśli tak, to czy kiedykolwiek z niej do świadomości powraca.

Więzień nieba” nie jest bowiem tylko opowieścią o przygodach dwóch barcelońskich przyjaciół, Daniela Sempre i Fermina Romero de Torres, których łączy między innymi miłość do książek. Powieść ta jest również pacyfistycznym przesłaniem ukazującym, że każda wojna i każda rewolucja największe krzywdy przynosi porządnym, uczciwym ludziom, którzy chcą żyć i pracować w spokoju, nie budując swego szczęścia na krzywdzie innych, tylko na pracy swych rąk oraz umysłów, zależnie od posiadanych zdolności. Inna sprawa, że pisarz sam wykazuje się niekonsekwencją, gdyż rewolucję hiszpańską, poza realistycznymi okropieństwami samej walki rewolucyjnej, ukazuje jedynie poprzez tęsknotę za jej utraconymi w następstwie klęski ideałami. Wprost, w postaci wręcz gotowych do cytowania sentencji, autor deklaruje swój pełen obrzydzenia stosunek do patriotycznych haseł, sztandarów i symboli, które kanaliom wszelkich epok od wieków służą za narzędzia zniewolenia innych; tych porządnych. To samo Zafón odnosi i do dyktatury, w tym wypadku faszystowskiej. Ukazuje, iż każda patologia stosunków społecznych dzieląca ludzi na lepszych i gorszych, w imię czegokolwiek, a najczęściej jakiegoś wyższego dobra, zawsze poprzez stworzenie tej nierówności sprawia możliwość, by jedni mieli władzę nad życiem, życiem i śmiercią, innych. I bezwzględnie podkreśla, jak infantylne jest założenie, że tymi decydentami zostaną dobrzy, którzy oddzielą ziarno od plew. W takich sytuacjach zwykle na szczyty wchodzą najgorsi, którzy potrafią uczynić innym piekło na ziemi. Swoją drogą bardzo ciekawe, że większość czytelników tego nie zauważa w „Więźniu nieba”. Czyżbyśmy potrafili zauważać to tylko w stosunku do komunizmu i nazizmu, ale już w stosunku do faszyzmu hiszpańskiego nie, choć pisarz dosłownie i bez ogródek nam to wykłada?

Może jest temu winna po trosze perfekcja warstwy przygodowej opartej w dodatku na dość egzotycznych dla nas realiach. Pod tym względem książka jest bowiem prawdziwą ucztą czytelniczą. Co istotne, autor ukazuje się jako bystry, i co nawet ważniejsze, uczciwy obserwator rzeczywistości, który w fikcję wplata realia i okruchy historii oraz pilnuje, by własne poglądy nie zaprzeczyły faktycznym sytuacjom. Choć bije od niego antyklerykalizmem i uzasadnioną niechęcią do katolicyzmu, jedną z ważniejszych postaci pozytywnych powieści, moralnie silnych, jest ksiądz. Równocześnie postacie o ludzkich twarzach umieszcza nawet wśród strażników więziennych służących reżimowi, a niektórym więźniom wręcz humanizmu odmawia. Samo życie.

Ze względu na wielopłaszczyznowość, której ledwo dotykam, gdyż nie chcę Was zanudzać, specyficzną aurę i mocną, wyrazistą fabułę oraz szybką akcję o cechach wręcz powieści sensacyjnej czy kryminalnej, oceny tej książki na pewno będą rozbieżne odpowiednio do aspektów, na których oceniający się skupią. Potwierdziła to dyskusja w naszym DKK, gdzie jedni uznali, że jest to najlepsza z trzech pozycji wydanych dotąd w serii „Cmentarz Zapomnianych Książek”, a inni, że wręcz odwrotnie. W tej materii ja oczywiście zdania nie mam, z powodów wcześniej wyłuszczonych.

Gdy delektowałem się lekturą „Więźnia nieba”, bo tak to trzeba określić, nasunęły mi się refleksje. Nie tylko te o moralności, które narzucają się chyba każdemu czytelnikowi tej powieści, więc nawet o nich nie wspominam, ale te pod tytułem „Zafón a sprawa Polska”. Choćby sprawa rozliczenia z przeszłością.

Utalentowany Hiszpan w swej powieści wyraźnie ukazuje nam, iż jego rodacy przyjęli zasadę, że nie należy rozliczać dawnych krzywd, by dać młodym pokoleniom szansę na zachowanie czystych serc i dorastanie w szczęściu, w miłości, w normalnym społeczeństwie. Bez upiorów przeszłości, teczek SB i dziadków z Wehrmachtu. Ten spokój to wartość sama w sobie, cenniejsza niż rozliczenia i zemsta. To krańcowo odmienne rozwiązanie od choćby tego, które przyjęto w Niemczech, gdzie po zjednoczeniu rozliczono kogo się da i postawiono grubą kreskę. Na tle obu tych rozwiązań, niezależnie od tego, które uznamy za słuszne, Polska jawi się jako najbardziej zadżumiona alternatywa. W każdej szafie trupy i nikt nie wie w której jaki. Ile pokoleń po wojnie można jeszcze komuś zarzucać, że jego dziadek był w Wehrmachcie? O ile w ogóle ktoś moralny może komukolwiek czynić zarzuty za czyny dziadka, jakie by one nie były. Ile pokoleń po upadku komuny będzie się nadal wykorzystywać teczki i IPN w celu manipulowania rzeczywistością? Wiele krajów ma w swej historii ciemnie karty. Starają się jednak jakoś zakończyć te rozdziały i zacząć nowe. Lektura takich powieści takich jak „Więzień nieba”zawsze mnie trochę dołuje przypominając, że dla nas te drogi wydają się zamknięte.

Na koniec muszę ponarzekać. Po wydawnictwie, o nazwie z takimi ambicjami, spodziewałbym się perfekcyjnego poziomu edytorskiego. Faktycznie – dobór fotografii stanowiących szatę graficzną jest bez zarzutu. Gustowny, współgrający z tekstem i pytanie tylko, ile w tym zasługi naszego wydawcy. Duże zastrzeżenia budzi natomiast wyraźnie zauważalna ilość błędów edytorskich, od końcówek i innych drobnych błędów, aż po ewidentne wpadki, których na chochlika drukarskiego zrzucić nie można. „Okręt wojenny” to ewidentny pleonazm , a „dziesiątki tysięcy książek” w malutkiej rodzinnej księgarence to już prawdziwa jazda po bandzie. Na szczęście te potknięcia, choć dość liczne, nie są w stanie zepsuć przyjemności z lektury, aczkolwiek jest to przyjemność z tych, które są jak myślenie – bolą. Oczywiście nasilenie tej ciemniejszej strony zależy od tego, jak głęboko się w materię powieści wgryziemy. Jeśli chcemy tylko dobrej i lekkiej rozrywki, potraktujmy ją jako powieść przygodową, romans czy sensację. Jeśli mamy ciągotki masochistyczne – zwróćmy większą uwagę na tło polityczne, historyczne i społeczne takie, jakimi widzi je pisarz. Choćby na to, że w biednej, zacofanej Hiszpanii, niezaradnego profesorka i księgarza, którego nie stać nawet na opłacenie czynszu i światła, stać jednak na to, by się stołować w knajpie, a takiego, który zarobi na czynsz i energię, stać od razu i na to, by w restauracji jadać codziennie. Ile razy w tym roku nie byliście, ale stołowaliście się, w restauracji?

Zachęcam wszystkich do lektury, ale do lektury bez powziętych z góry oczekiwań. Odkryjcie tą powieść samą dla niej samej, a wtedy odpłaci ona wam wrażeniami, jakie tylko naprawdę nietuzinkowe książki dać mogą. Może to rzecz trochę na jeden raz, ale za to ten jeden raz naprawdę warto


Wasz Andrew


* Dyskusyjny Klub Książki







środa, 22 stycznia 2014

Krwawa riposta




Val McDermid

Odpłata

tytuł oryginału: The Retribution
tłumaczenie: Jan Hensel
wydawnictwo: Prószyński i S-ka Warszawa 2013
seria/cykl wydawniczy: Tony Hill / Carol Jordan*


Cykl powieści o przygodach profilera** Tony’ego Hilla i policjantki Carol Jordan, którzy współpracują ze sobą przy ściganiu sprawców najcięższych przestępstw dobiega na razie końca. Odpłata to siódma i ostatnia wydana w Polsce książka tej serii, której autorką jest znana i uznana szkocka pisarka Val McDermid. Sięgając po tę pozycję miałem nadzieję, iż będzie to prawdziwa uczta, gdyż poprzednie lektury, które wyszły spod jej pióra, bardzo mi przypadły do gustu. Tutaj muszę się Wam przyznać do tego, że nie czytałem tej książki jako siódmej, a jako trzecią, po „Krwawej bliźnie”. Stało się tak przypadkiem, ale nie stało się do końca źle, bowiem w „Odpłacie” mamy manewr znany z naszych prześwietnych filmów „Vabank” i „Vabank II”, czyli ripostę. Oto jeden z przestępców, którzy dzięki naszym głównym bohaterom trafili za kratki, ucieka z więzienia i rozpoczyna zemstę. Co i jak nie będę zdradzał, tradycyjnie zresztą. Powiem jednak, że poza głównym motywem mamy i drugi wątek kryminalny, co jest stałym motywem tego cyklu powieściowego. Polując na zbiegłego z zakładu karnego mordercę Tony i Carol jednocześnie prowadzą śledztwo w sprawie seryjnego zabójcy prostytutek. Ta maniera autorki dodaje autentyzmu i tak już świetnie napisanym powieściom, gdyż często gęsto herosi z tradycyjnych pozycji literatury i filmu, zarówno kryminalnego, jak i sensacyjnego, zajmują się tylko jedną sprawą naraz, co drastycznie odbiega od realiów.

Odwet” to chyba najbardziej krwawa dotąd pozycja w serii. Jest to w moim odczuciu zawoalowane sformułowanie prawdy, której wprost nikt nie chce wypowiedzieć. Prawdy będącej zarazem pytaniem, na które nie ma prostej odpowiedzi - jeśli ktoś chce z pełnym zaangażowaniem, nieustraszenie i bezkompromisowo zwalczać poważną przestępczość i nie dopuszcza do siebie myśli, że przestępcy uderzą w jego bliskich, to jest idiotą. Jeśli zaś bierze to pod uwagę, to kimże jest?

Tradycyjnie, powtarzam się już do znudzenia, ale taka właśnie jest prawda, pomimo wielowątkowej intrygi i rozbudowanej fabuły splecionej z licznych wątków pobocznych, całość jest absolutnie perfekcyjna, podobnie jak tło społeczne i akcja, która pędzi na łeb, na szyję i spaja wszystko w całość sprawiając, iż od lektury wprost nie mogłem się oderwać. Prawda, zdarzył się jeden mały błąd – scena podpalania domu przy użyciu benzyny. Winę za to ponosi chyba jeden z tych filmowych mitów, które tak głęboko zapadają w świadomość, iż wielu myśli, że taka jest rzeczywistość i autorka pewnie dlatego się poślizgnęła na temacie, że uznała go za oczywisty i z nikim się nie skonsultowała. Opary benzyny są bardzo palne, właściwie wybuchowe, i naciął się na tym niejeden początkujący podpalacz. Jeśli chcemy odgrywać sceny z rzucaniem zapałki na rozlaną ciecz, zwłaszcza w ogrzewanym pomieszczeniu, to zdecydowanie bezpieczniej posłużyć się olejem napędowym. No, ale to tylko jeden mały zgrzyt. Poza tym całość jest rewelacyjna.

Jak poprzednio, tak i tym razem, zachęcam do zwrócenia uwagi na to, jak pisarka umieszcza Polaków w realiach Wielkiej Brytanii widzianych oczami Brytyjczyka. Jakie role społeczne im przydziela. I jak często pojawiają się na kartach jej powieści Polacy w odróżnieniu od innych nacji. Teoretycznie ta częstotliwość powinna być skorelowana z liczebnością poszczególnych narodowości napływowych na Wyspach, a jednak tak nie jest. To daje do myślenia, ta pierwszoplanowość naszych rodaków wśród innych imigrantów na Wyspach, tym bardziej, iż pisarka jest zdecydowanie osobą prawdziwie tolerancyjną, mądrą i prawą, więc nie tylko nie można jej posądzać o uprzedzenia większe niż u przeciętnego Brytyjczyka, a raczej wręcz przeciwnie.

Z reguły naklejki na okładce, takie jak ta o sprzedaży ponad 10 milionów egzemplarzy powieści widniejąca na okładce wydania „Odpłaty”, który czytałem, okazują się symbolem pisaniny pod szeroką rzeszę odbiorców, a więc z samej definicji niezbyt grzeszącą inteligencją, czyli synonimem sztampy, miernoty i płytkości. Dobrze, jeśli chociaż stworzonej przy pomocy lotnego pióra. Tym razem jednak mamy do czynienia z wyjątkiem. To książka naprawdę wartościowa, nie tylko w swoim kanonie i warto po nią sięgnąć nie tylko jako po powieść kryminalną z zacięciem psychologicznym, dodatkiem noir i nutą społeczną.

Poza wspomnianymi elementami mamy w „Odwecie” mnóstwo pięknych drobiazgów, jak choćby podpatrzonych zachowań specyficznych dla policji i innych środowisk społecznych, przez co może być ta lektura interesująca jako spojrzenie od podszewki na tę mroczniejszą stronę Wyspiarskiej rzeczywistości. Można takich możliwych punktów widzenia znaleźć wiele. A wszystko to ot tak, mimochodem, przy okazji. Ciężkie tematy upchnięte w lekkim gatunku, smutne prawdy podane w rozrywkowym kanonie. Prawdziwa klasa. I w dodatku tak napisane, że się oderwać nie można. A zakończenie! Tak zaskakujące, że aż trywialne. A przez to tak autentyczne, bo czyż jest coś bardziej zaskakującego i bardziej trywialnego zarazem niż samo życie?

Gorąco polecam i zapraszam do lektury


Wasz Andrew

* cykl Tony Hill & Carol Jordan:


  1. 1995 - The Mermaids Singing (wyd. pol. pt. Syreni śpiew, przekł. Magdalena Jędrzejak, Otwock 2005, II wyd. Warszawa 2011)
  2. 1997 - The Wire in the Blood (wyd. pol. pt. Krwawiąca blizna, przekł. Magdalena Jędrzejak, Otwock 2005, II wyd. Warszawa 2011)
  3. 2002 - The Last Temptation (wyd. pol. pt. Ostatnie kuszenie, przekł. Maciejka Mazan, Warszawa 2012)
  4. 2004 - The Torment of Others (wyd. pol. pt. Żądza krwi, przekł. Tomasz Wilusz, Warszawa 2012)
  5. 2007 - Beneath the Bleeding (wyd. pol. pt. Trujący ogród, przekł. Katarzyna Kasterka, Warszawa 2013)
  6. 2009 - The Fever of the Bone (wyd. pol. pt. Gorączka kości, przekł. Kamil Lesiew, Warszawa 2010)
  7. 2011 - The Retribution (wyd. pol. pt. Odpłata, przekł. Jan Hensel, Warszawa 2013)
  8. 2013 - Cross and Burn


** tutaj psycholog specjalizujący się w tworzeniu profili psychologicznych przestępców

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Trucizna wraca do łask




Val McDermid

Trujący ogród

tytuł oryginału: Beneath the Bleeding
tłumaczenie: Katarzyna Kasterka
wydawnictwo: Prószyński i S-ka Warszawa 2013
seria/cykl wydawniczy: Tony Hill / Carol Jordan*


Trujący ogród” jest piątą powieścią z cyklu, którego wiodącymi postaciami są Tony Hill, wirtuoz profilowania** oraz  policjantka Carol Jordan, współpracujący przy ściganiu seryjnych sprawców najpoważniejszych przestępstw i związani ze sobą specyficznym uczuciowym układem, przedziwną odmianą dotąd nieskonsumowanej miłości, w której, niczym cząstki elementarne w atomie, krążą wokół siebie przyciągając się i odpychając jednocześnie. Czy w tej odsłonie związek ten zostanie w końcu uwieńczony pełnym zbliżeniem, czy też nastąpi zerwanie, tego oczywiście nie zdradzę.

Val McDermid, szkocka pisarka specjalizująca się w dość mrocznych kryminałach, jest klasą samą w sobie, co potwierdzają liczne nagrody. Choć nie zawsze moje gusta podążają tymi samymi drogami, co oceny większości, za każdym poprzednim razem w stosunku do powieści tego cyklu okazały się zbieżne i proza tej chluby Wysp przypadła mi bardzo do gustu. Więcej niż zadowolony z poprzednich książek serii, z zapałem zabrałem się do lektury „Trującego ogrodu” licząc na to, iż reklamowy nadruk na okładce „Gwarancja dobrej książki albo zwrot pieniędzy” i tym razem nie okaże się hasłem na wyrost.

Kiedy Robbie Bishop, gwiazda drużyny futbolowej Bradfield Victoria, nagle zapada na tajemniczą chorobę, trafia oczywiście do najlepszego szpitala w okolicy, w ręce miejscowego odpowiednika doktora House'a. Nie na wiele mu się to zdaje, gdyż wspomniana sława medycy okazuje się bezradna. Na szczęście, dla sprawiedliwości, ale nie dla piłkarza, bystra rezydentka z jego szpitala stawia karkołomną, ale trafną diagnozę, która brzmi - trucizna.

Trucizny; temat od dawna wykorzystywany w bajkach, baśniach i innych gatunkach literackich. Trucizny; świat fascynujący i mroczny. Trucizny; niegdyś powszechny element kryminału, obecnie jakby démodé, zarówno w praktyce świata realnej zbrodni, jak i w literaturze; zastąpiony przez pistolety, noże i inne mniej lub bardziej trywialne narzędzia. Jak sugeruje sam tytuł, i co potwierdza się już na pierwszych stronicach, w tej powieści Val MdDermid powraca do tego niegdyś tak modnego motywu, przy okazji niezwykle celnie wypunktowując powody, dla których trucizny w kryminalistyce, i realnej, i fikcyjnej, tak straciły na popularności. Całkiem bezzasadnie zresztą, gdyż w truciznach, co szkocka mistrzyni bezbłędnie pokazała, nadal tkwi wielki potencjał. I w sensie literackim, i dosłownym. Choć oczywiście nie jest to rozwiązanie dla każdego – wymaga nieporównanie większej wiedzy, i w realu, i w powieści, niż pistolet, nóż czy inne równie powszechnie wybierane rozwiązanie. Powrót do tego świata pokrewnego czarownicom, ale w wydaniu jak najbardziej nowoczesnym, sprawia, iż niniejszy odcinek przygód Hilla i Jordan, bo to oni oczywiście zajmą się sprawą, od początku nabiera odmiennego niż dotąd, niezwykle oryginalnego charakteru. Zgodnie z tradycyjną manierą pisarki i tym razem obok wątku pierwszoplanowego, czyli trucicielstwa, mamy drugi motyw wiodący; drugie śledztwo. A tutaj również niespodzianka. Zamach bombowy. Dotąd zawsze mieliśmy do czynienia ze zbrodnią, nawet z przestępczością zorganizowaną, ale jednak z dziedziną stricte kryminalną. Teraz jako drugą oś fabuły mamy terroryzm, a więc domenę innego, choć pokrewnego gatunku, czyli sensacji. To dodaje kolejnej odsłonie serii nowego wymiaru; prawdziwy powiew świeżości. Inna sprawa, że jak to u Val McDermid bywa, temat terroryzmu zostanie potraktowany nieco przewrotnie.

Nie mam pojęcia, jak pisarka tworzy swe tak udane powieści. Czy najpierw pojawia się problem, który chce przemycić w tle, by zmusić czytelnika do rozmyślań na jego temat, czy też odwrotnie, najpierw pojawia się warstwa kryminalna, a potem zostaje ona osadzona w problematyce społecznej. W sumie nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia, gdyż efekt wygląda idealnie, jak w najlepszych przykładach skandynawskiej szkoły kryminału społecznego. Dysfunkcje społeczeństwa są nieodłączne od zbrodni, gdyż ta właśnie z nich wynika. Inne z kolei patologie ujawniają się w następstwie przestępstwa, choćby przy okazji samego procesu wykrywczego.

Oczywiście dwa rodzaje czynów i toczące się w związku z nimi śledztwa oraz wątek damsko-męski między głównymi bohaterami to tylko szkielet powieści. W rzeczywistości jest ona prawdziwie wielowątkowa. Mimo tego, mimo przenikania się różnych motywów i dość znacznej komplikacji, powieść cały czas trzyma w napięciu i jednocześnie wciąga od samego początku, a potem nie puszcza aż do samego końca. To ostatnie, uwzględniając jej znaczną objętość, trzeba brać pod uwagę przed rozpoczęciem lektury. Może się skończyć zawaleniem terminów, egzaminów, czy innych rzeczy, o których zapomnimy pod wpływem tej prozy made in Scotland.

Jak zawsze u McDermid, tak i tym razem, uważny czytelnik znajdzie w powieści wiele smaczków. Zauważy również, iż zmusza ona do myślenia nad problemami, których z reguły większość z nas na co dzień nie spostrzega, najczęściej dlatego, że tak wygodniej. Tym razem najbardziej mi się spodobała łatka, którą autorka przypięła obecnym koncepcjom rozwiązania problemu terroryzmu ze szczególnym uwzględnieniem tajnych służb działających ponad prawem. Ukazała wręcz chełpienie się tym ostatnim członków owych formacji, wprost proporcjonalne do stopnia ich tajności. Bardzo mocno skrytykowany został również problem sankcjonowania zła, w czym spory udział mają media i film, co prowadzi do tego, że demokracja może się stać karykaturą swych własnych ideałów, o ile już się nią nie stała. Czym bowiem będzie się różnić demokracja od faszyzmu czy komunizmu, jeśli zgodzimy się na tortury, pozbawianie wolności bez wyroku sądowego i obozy koncentracyjne? A przecież są ludzie gotowi na to bez mrugnięcia okiem w imię „wyższego dobra”, jak choćby jeden z naszych byłych premierów. Powstaje jednak pytanie, kto i jakim prawem ma decydować, które i czyje dobro jest wyższe. I jak zagwarantować, że ten decydent będzie dobry, a nie zły.

Oczywiście wąteczków i perełek jest w tej powieści mnóstwo, od najpoważniejszych, po najbardziej błahe. Wspomnę jeszcze choćby przecudownie oddane spotkanie dwóch wybitnych lekarzy, z których jednemu przyszło zagrać, wbrew swojej woli zresztą, rolę pacjenta. Te przycinki, ironia, cały klimat - oddany wręcz mistrzowsko. Więcej nie będę wymieniał, przeczytacie sami, ale jest jedna rzecz, o której od razu muszę wyraźnie powiedzieć, gdyż w „Trującym ogrodzie” warto zwrócić na to uwagę. Już kilka razy w powieściach serii pojawiali się Polacy. W tej jest to wyraźnie widoczne. Warto zwrócić uwagę jak jesteśmy postrzegani przez autorkę i w jakich rolach społecznych obsadza ona ludzi znad Wisły. I wziąć pod uwagę, że to przecież osoba wykształcona, naprawdę obyta i tolerancyjna, zdolna do wybitnie bystrych samodzielnych obserwacji, interpretacji i niestereotypowego myślenia. Skoro ona nas tak widzi, to co naprawdę, wbrew naszej rządowej propagandzie, sądzą o nas przeciętni Brytyjczycy?

Jak łatwo się domyślić, polecam „Trujący ogród” gorąco i bezapelacyjnie go zachwalam, nie tylko miłośnikom kryminałów z zacięciem psychologicznym i elementami sensacji. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że nie jest to lektura dla każdego. Niektórzy nawet mogą stwierdzić, że jest nudna, ale to chyba tylko ci, którzy nie zauważyli jeszcze różnicy między żarciem i jedzeniem, piciem i chlaniem albo też miłośnicy załatwiania wszystkiego za pomocą SMS-ów. Swoją drogą, zastanawiam się, kiedy powstanie pierwsze „dzieło” literackie w formie SMS-ów i kiedy znajdzie swoich wielbicieli. To jednak tylko taka dygresja. Jeszcze raz zapraszam do lektury


Wasz Andrew



* cykl Tony Hill & Carol Jordan:

  1. 1995 - The Mermaids Singing (wyd. pol. pt. Syreni śpiew, przekł. Magdalena Jędrzejak, Otwock 2005, II wyd. Warszawa 2011)
  2. 1997 - The Wire in the Blood (wyd. pol. pt. Krwawiąca blizna, przekł. Magdalena Jędrzejak, Otwock 2005, II wyd. Warszawa 2011)
  3. 2002 - The Last Temptation (wyd. pol. pt. Ostatnie kuszenie, przekł. Maciejka Mazan, Warszawa 2012)
  4. 2004 - The Torment of Others (wyd. pol. pt. Żądza krwi, przekł. Tomasz Wilusz, Warszawa 2012)
  5. 2007 - Beneath the Bleeding (wyd. pol. pt. Trujący ogród, przekł. Katarzyna Kasterka, Warszawa 2013)
  6. 2009 - The Fever of the Bone (wyd. pol. pt. Gorączka kości, przekł. Kamil Lesiew, Warszawa 2010)
  7. 2011 - The Retribution (wyd. pol. pt. Odpłata, przekł. Jan Hensel, Warszawa 2013)
  8. 2013 - Cross and Burn
** tutaj profiler - psycholog specjalizujący się w tworzeniu profili psychologicznych przestępców