Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawo. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 marca 2013

Gdzie zjemy sól wypadową?


Wreszcie ujawniono listę firm, które karmiły nas solą wypadową w chlebku, bułeczkach i ciasteczkach.
Można zobaczyć pełną listę w formacie pdf albo piękną mapkę.

Jeśli chodzi o tych, którzy tę sól ww producentom dostarczali, GIW podaje do publicznej wiadomości nazwy jedynie trzech przedsiębiorców:

  • Amasol Sp. z o.o. , Chełmiczki 45, 88-121 Chełmce, gm., Kruszwica
  • PPHU Konsalt, Chełmiczki 45, 88-121 Chełmce
  • ZPS Łojewski Sp. z o.o., ul. 23 Stycznia 2, 63-130 Książ Wlkp.

 Wspomniana lista nie obejmuje jednak producentów m.in. wyrobów mięsnych, mleczarskich i przetwórstwa rybnego, których kontrola leży w kompetencji Głównego Inspektoratu Weterynarii. Na wniosek Fundacji Pro-Test w sprawie ujawnienia informacji publicznej GIW nie udostępnił bowiem listy producentów, u których stwierdzono sól wypadową. W związku z tym Fundacja Pro-Test skieruje przeciwko GIW sprawę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego o ujawnienie tej listy, ponieważ nadrzędnym prawem konsumentów jest prawo do informacji.

Wasz Andrew za PRO-TEST

czwartek, 7 lutego 2013

Prawa autorskie

czyli opium dla mas




Do napisania niniejszego tekstu zdopingowała mnie sytuacja dotycząca kociokwiku panującego w Polsce w dziedzinie praw autorskich. Takiej mieszaniny cwaniactwa, złodziejstwa, niewiedzy, oszołomstwa i zakłamania próżno szukać w innych dziedzinach prawa, choć i tam nie jest różowo, a dowodem nieustający potok nowych tematów dla programów typu Uwaga czy Państwo w państwie. Cała ta materia, to ciągłe gadanie o piractwie, już doprowadza mnie do pasji, tym bardziej, iż większość społeczeństwa gotowa jest walczyć na noże o prawa autorskie, lub przeciw nim, nawet nie starając się zrozumieć, że sprawa wcale nie jest jednoznaczna prawnie, doktrynalnie, ani tym bardziej moralnie.

Intuicyjnie zrozumiałym jest, iż twórca powinien mieć prawa do korzyści ze swej pracy, przykładowo z rozpowszechniania jego utworu. Na pierwszy rzut oka wydaje się to logiczne i moralne. Już tutaj jednak, po głębszym zastanowieniu, można mieć wątpliwości.

  • Nasi pradziadowie nie mieli copyrightek i jakoś żyli. Chopin, Mozart i całe pokolenia innych artystów wszelkich możliwych rodzajów sztuki nie mieli ZAiKS-u i jakoś dawali sobie radę.
  • Czas trwania praw autorskich w większości przypadków jest uzależniony od długości życia twórcy (wygasa po określonym czasie od jego śmierci). Widać tu zależność od postępów medycyny, która w przyszłości może wydłużyć czas życia, a więc i nałożyć blokadę na korzystanie z pewnych idei nawet na całe stulecia (już teraz przy stu latach życia prawa autorskie mogą obowiązywać dwa wieki (sto lat życia twórcy + sto lat po śmierci). Widać także nierówność wobec prawa w świetle zróżnicowania średniej życia w różnych krajach i warstwach społecznych. Biedni żyją krócej i będą za to dodatkowo karani również krótszą ochroną prawną ich dzieł. Również arbitralne przyjmowanie długości czasu takiej ochrony (czemu akurat 70, 100, a nie 79 lat?) świadczy o sztuczności i braku moralnych czy rozumowych podstaw owych przepisów.
  • W przeszłości wielokrotnie zdarzało się, iż wynalazku czy odkrycia dokonywano niezależnie od siebie w różnych miejscach, w tym samym lub różnym czasie. Dlaczego ten, kto pierwszy zgłosi wynalezione przez siebie rozwiązanie, metodę, motyw lub ideę ma być chroniony kosztem pozostałych, którzy zostaną pozbawieni praw do owoców swej pracy?
  • Jeśli prawo autorskie ma służyć zwiększaniu dochodów twórcy, można by to uznać za moralnie uzasadnione. Coraz częściej jednak prawa autorskie służą temu, by dana koncepcja nie ujrzała światła dziennego. Jest to ewidentne działanie przeciwko postępowi, wolności i zdrowemu rozsądkowi. No, chyba że zysk za wszelką cenę, nawet za cenę dobra całej ludzkości, ma służyć za moralność.
  • Wielokrotnie zdarzało się, zwłaszcza w biedniejszych państwach, takich jak Polska, iż właściwy twórca był pozbawiany praw do swego wynalazku, gdyż nie miał pieniędzy na dopełnienie kosztownych rozwiązań będących podstawą późniejszego dowodzenia swych praw (patenty). W konsekwencji ci, którzy daną rzecz stworzyli, musieli później kupować prawa do niej od tych, którzy z procesem twórczym nie mieli niczego wspólnego, a mieli za sobą tylko pieniądze i zastępy prawników.

    Ponadto w ostatnim czasie ujawnia się coraz większa presja na zaostrzanie ochrony praw autorskich i rozciąganie jej poza granice absurdu. Oto niedawno jedna z największych firm produkujących drukarki komputerowe praktycznie wygrała wojnę z producentami oferującymi tańsze tusze do tych drukarek zakazując im takiej działalności. Jednocześnie coraz więcej firm montuje w swych produktach rozwiązania sprawiające, iż ich żywotność nie będzie wykraczać poza okres gwarancji. Zaczęło się od pończoch i żarówek. Teraz widzimy coraz więcej takich rozwiązań w sprzęcie elektronicznym. Jeśli dalej będziemy iść w tym kierunku, za jakiś czas do samochodu będzie można montować tylko oryginalne części, opony marek wskazanych przez producenta, napraw dokonywać tylko w serwisie, a wszystko to w tym celu, by produkt nie służył nam dłużej, niż przewidywał producent. A najciekawsze, że koncerny stosujące takie praktyki, reklamują się jako ekologiczne i nikt przeciwko temu nie protestuje. A przecież, jeśli przy produkcji wyrobu stosuje się specjalne rozwiązania, które mają skrócić jego naturalną żywotność, nawet przy najlepszej woli nie można tego nazwać rozwiązaniem ekologicznym. W dodatku jest to oszustwo, gdyż świadomie i sztucznie obniża się wartość produktu, a to dodatkowo zwiększa koszty produkcji, którymi i tak obciąża się konsumenta. Gdzie tu moralność? I jak można mówić, że łamanie tak rozumianych praw autorskich jest niemoralne?

    Kiedyś w dawnej komunistycznej encyklopedii widziałem przy cybernetyce, informatyce i kilku innych naukach odnośnik -> nauka burżuazyjna (pseudonauka stworzona w celu ogłupienia mas pracujących). Szkoda, że nie spojrzałem wtedy na hasło „prawa autorskie”. Mam wrażenie, że sprawy zmierzają właśnie w tym kierunku.

    Każdy, kto uważnie śledzi bieżące doniesienia z tej dziedziny widzi, iż szlachetna w założeniach idea ulega coraz większym wypaczeniom. Likwidacja kilku dużych „pirackich” przedsięwzięć spowodowała spadek obrotów firm „legalnych” działających na tym samym obszarze. Wytłumaczenie jest proste. Ludzie nie chcą kupować drogich płyt czy filmów „w ciemno”. Kota w worku nie są skłonni kupować, ale zacisną chętnie pasa, by mieć w najlepszej możliwej jakości (oryginalny) egzemplarz ulubionej płyty czy filmu. Mimo tego większość dąży do jeszcze ostrzejszej walki z „piratami”. Czasami się zastanawiam, czy to właśnie sprytne firmy żyjące z takiej walki (to przecież już cały sektor biznesowy), nie nakręcają wciąż od nowa tej sprawy i nie podburzają co bardziej podatnych na manipulację celebrytów i polityków. Dochodzi do tego nawet, iż niektórzy wychodzą z propozycjami, by swojego egzemplarza (nośnika) oryginalnego programu, e-booka (!sic) czy muzyki lub filmu nie wolno było dalej pożyczać, odsprzedawać lub darować!

    Ciekawostką, na którą prawie nikt nie zwraca uwagi, jest fakt, iż sposób informowania o prawach autorskich i warunkach licencji jest sprzeczny nie tylko z przepisami prawa, ale nawet jego fundamentalnymi zasadami. Kupując w kiosku ofoliowaną gazetkę nie mamy możliwości przed zawarciem umowy dowiedzieć się, jakie są warunki licencji (postanowienia zawieranej właśnie przez nas umowy) na używanie dołączonej do niej płytki z oprogramowaniem, muzyką, filmem czy inną zawartością. Ba – czasami oznaczone jako chronione prawami autorskimi są treści dostępne w domenie publicznej lub ograniczonych praw autorskich, a nie słyszałem, by ktokolwiek odpowiedział za takie łamanie prawa. Kuriozum jest zaś powszechna klauzula, iż płytki nie wolno dalej odsprzedawać. To tak jakbyś kupił samochód i dopiero w domu, w garażu, dowiedział się z notki przyklejonej pod kołem zapasowym w bagażniku, iż nie wolno ci odsprzedać tego koła inaczej jak razem z samochodem. Albo że nie możesz samodzielnie naprawić usterki zakupionego produktu, co w przypadku samochodu na razie budziłoby sprzeciw, ale jest już normą w dziedzinie oprogramowania. Przykłady można mnożyć. Paranoja. Gdzie fundamentalne prawo do poznania warunków umowy przed jej zawarciem?! No i te warunki!

    Jeśli już jesteśmy przy nieuczciwych biznesach, to wspomnę tylko, iż jest coraz poważniejsza grupa ludzi, którzy nieźle żyją z wykorzystywania niekompetencji sądów, prokuratury i policji w tej materii. Powiem tylko, iż miałem przyjemność zostać oskarżony przez jedną z takich firm. Uczyniła sobie ona źródło dochodu z mapek, które umieściła w internecie. Potem zajmowała się ściganiem webmasterów amatorów, blogerów i innych frajerów. Na ogół zadowalała się dość słoną opłatą „za straty”, ale opornych ścigała za pomocą policji i prokuratury, które to instytucje takie usługi wykonują gratisowo. Żeby było ciekawie, nie sprawdzają one, czy skarżący faktycznie ma tytuł prawny do treści, których nieprawnego wykorzystania dochodzi. W tym wypadku firma skarżąca była sama oskarżona przez Instytut Geodezji i Kartografii, gdyż nie zapłaciła za mapy, które sama do sieci wstawiła, czyli po prostu je ukradła. Znając tę sytuację z oskarżenia się ucieszyłem, tym bardziej, iż moja mapa, choć bliźniaczo podobna do wspomnianych, została wygenerowana z oryginalnego legalnego programu znanej firmy, który to program posiadam zresztą do dzisiaj. Okazało się, że cieszyłem się za wcześnie myśląc, iż będę mógł sam potem dochodzić swych praw z tytułu zniesławienia. Policja i prokuratura wielce gorliwie kilkakrotnie mnie przesłuchiwała i dokonywała dwukrotnie (!sic) oględzin płytki ze wspomnianym programem. Dopiero po kilku miesiącach uznała, że chyba da mi spokój. Odmówiono jednak wszczęcia postępowania o fałszywe oskarżenie, gdyż „przecież zarzutów mi nie przedstawiono”. Mogłem niby się odwoływać od tego postanowienia albo pozywać na drodze cywilnej, ale miałem już wcześniejsze doświadczenia, które mnie zniechęciły – trzy razy wykorzystywano moją twórczość bez mej zgody, i dowiedziałem się w trakcie prowadzonych z mojego zawiadomienia postępowań, iż policja i prokuratura chętnie odwala robotę za firmy, które mają na etacie zastęp prawników, bojąc się ich i woląc mieć święty spokój, ale olewa zwykłych ludzi. Zwłaszcza, jeśli oskarżonym o naruszenie praw autorskich ma być duża zagraniczna firma kapitałowa, gdzie trudno znaleźć winnego podjęcia jednej konkretnej decyzji, a pokrzywdzonym jest przysłowiowy Kowalski. Postępowania moje umarzano, po zażaleniu podejmowano i bez żadnych czynności znów umarzano. Na bezczelnego. Dałem sobie spokój.

    Mając powyższe na uwadze i widząc wśród znajomych z sieci kompletną beztroskę jednych oraz przesadną ostrożność drugich, postanowiłem skrótowo i praktycznie przedstawić moje podejście do tematu, co może pierwszych ustrzec od kłopotów w przyszłości, a drugim dać nieco więcej śmiałości.

    Mamy zasadniczo trzy rodzaje praw autorskich:

    1. Pełna ochrona, wszelkie prawa autorskie zastrzeżone, Copyrigt, All rights reserved, itd.
    2. Pewne prawa zastrzeżone, Some rights reserved, Creative Commons
    3. Prawa “porzucone”, Copy left

    Pierwsze trzeba omijać z daleka. Ich zastosowanie bez dogadania się (na piśmie) z właścicielem praw, to pewna droga do kłopotów. I tutaj ważna uwaga. Zgodnie z obowiązującym u nas prawem każde dzieło podlega ochronie, nawet jeśli nie jest oznaczone ©. Są cwaniacy, o czym już wspominałem, którzy specjalnie umieszczają w sieci treści (mapy, grafiki, zdjęcia, itp.) nie oznaczając rodzaju praw autorskich, które ich dotyczą, a potem żyją ze ścigania naiwnych, którzy te rzeczy umieścili na swych stronach i blogach. Wszelkie więc treści, przy których nie ma informacji o prawach autorskich lepiej omijać z daleka i traktować jako Copyrighted. Oczywiście są wyjątki. Dla książkolubów najważniejsze są dwa: cytat i recenzja. Tych chyba nie trzeba wyjaśniać. Szczególnym casusem wydaje się sprawa okładek, co do której książkoluby mają ciągłe wątpliwości. Zamieszczają na swych blogach i stronach linki do witryn, z których pochodzi zdjęcie okładki, lub zaznaczają, iż sami je zrobili, cyrk po prostu. Tym jednak zajmiemy się w punkcie trzecim.

    W przypadku pewnych praw zastrzeżonych sprawa jest klarowna i czysta. Jeśli wypełnimy warunki licencji, często wystarczy uznanie autorstwa, możemy korzystać. Niekomercyjnie! To ważne, gdyż moim zdaniem blog czy strona z reklamami przynoszącymi dochód nie jest działalnością niekomercyjną i oby ktoś się kiedyś na tym nie przejechał.

    Prawa odrzucone to ciekawa konstrukcja stanowiąca techniczne i moralne odwrócenie praw zastrzeżonych. Twórca najpierw zastrzega prawa do swego dzieła (by jakiś cwaniak po czasie nie dowodził, iż należą do niego) a następnie zezwala wszystkim na dowolne kopiowanie, dystrybuowanie oraz modyfikowanie danej pracy lub pracy pochodnej pod warunkiem, iż wszelkie kopie i dzieła pochodne również będą objęte klauzulą copyleft. Cel takiego zabiegu jest chyba jasny dla każdego. Tutaj dochodzimy do domeny publicznej (public domain).


    Najogólniej jest to zbiór wszystkich tych wartości, które nie są objęte prawami autorskimi, jak choćby dzieła, których czas ochrony wygasł ze względu na upływ czasu. W Polskim prawie pojęcie jako takie nie występuje, zastępuje je wygaśnięcie praw majątkowych, ale nie mieszajmy tutaj zbytnio, by nie zaciemniać obrazu. Sęk bowiem w tym, iż w Polsce, i nie tylko, nie brak cwaniaków. Robią oni zdjęcie starego obrazu, lub jeszcze innego dzieła, do którego prawa wygasły, i oznaczają jako prawa zastrzeżone , gdyż „zrobili zdjęcie”. Jest to kolejny, ewidentny przykład oszołomstwa i zastoju mózgowego, jakiego niektórzy doznają na sam dźwięk słów „prawa autorskie”. Łatwo bowiem wywieść, iż takie podejście jest sprzeczne nie tylko z samą ideą domeny publicznej, ale także z ograniczonym w czasie trwaniem praw autorskich (w Polsce praw majątkowych z nim związanych). Krótki przykład – ktoś kiedyś zrobił piękne zdjęcie na którym zbił majątek, ale z mocy przepisów oraz upływu czasu prawa do niego wygasły. Ktoś inny robi zdjęcie tego zdjęcia i co? Mamy znów prawa autorskie biegnące od początku, tylko dla nowego autora? GŁUPOTA! Zapamiętajmy więc formułkę „Zgodnie z oficjalnym oświadczeniem Wikimedia Foundation wierne reprodukcje dwuwymiarowych utworów z domeny publicznej są w domenie publicznej, zajmowanie przeciwnego stanowiska godzi w samą ideę domeny publicznej”. To samo można odnieść do praw autorskich, które wygasły. I tu wracamy do okładek książek, czasopism, plakatów filmów, itd. umieszczanych w recenzjach. Jeśli uznajemy, że stanowią one element recenzji, wizualny cytat, ograniczenia praw autorskich nas nie dotyczą. Jeśli zaś nie, to dotyczą. W żadnym jednak wypadku nie ma żadnych praw ktoś, kto zdjęcie takiego czegoś wykonał, nawet gdy prawa autorskie trwają. Trwają bowiem prawa autorskie twórcy do okładki, które wyłączamy na zasadzie cytatu i recenzji, ale nie prawa tego, kto tę okładkę odwzorował. No, chyba, że odwzorował ją „artystycznie”. Jeśli nie chcecie mieć problemów z takim „artystą”, który wykonując robotę przewidzianą dla maszyny zwanej skanerem uważa się za twórcę, po prostu sami skanujcie okładki, róbcie zdjęcia plakatów. Chyba każdy telefon komórkowy ma teraz aparat wystarczający do zrobienia zdjęcia na bloga, a w każdej bibliotece jest skaner. A jeśli nawet nie ma, to gdzieś w pobliżu jest.

    Jak już wyżej wspomniałem, nawet to, że będziecie działać zgodnie z prawem, nie ustrzeże Was przed pójściem do sądu lub zapłaceniem doli cwaniakowi, jeśli na takiego traficie. A sądy, zwłaszcza polskie, są nieobliczalne. Nie ma u nas prawa precedensu, a sądy orzekają „według własnego przekonania”* i „własnego doświadczenia życiowego”**. Lub jego braku, i to zawsze trzeba brać pod uwagę. Podobnie jak to, iż są to tylko moje refleksje, a nie wykładnia obowiązująca, gdyż takiej nie ma.

    W sumie mógłbym na tym poprzestać, ale chciałbym Wam też pokazać na konkretnym przykładzie, jak kłamliwe są wrzaski płatnych tub przemysłu wydawniczego, wypisujących na wszelkich możliwych forach, iż tylko zaostrzenie praw autorskich da artystom godziwą zapłatę za ich trud. Romuald Lipko; klawiszowiec zespołu Budka Suflera i kompozytor, tylko z tytułu praw autorskich dostaje rocznie ok. 2 mln złotych. Do tego dochodzą jeszcze udziały z honorarium za koncerty (zespół bierze 60 tys. Złotych za jeden koncert) i inne przychody***. Pozostawię to bez komentarza i na tym temat zakończę


    Wasz Andrew


    * Sąd ocenia wiarogodność i moc dowodów według własnego przekonania, na podstawie wszechstronnego rozważenia zebranego materiału. Art. 233.§ 1.KPC
    ** Art. 7.kpk Organy postępowania kształtują swe przekonanie na podstawie wszystkich przepro-wadzonych dowodów, ocenianych swobodnie z uwzględnieniem zasad prawidłowe-go rozumowania oraz wskazań wiedzy i doświadczenia życiowego.
    *** http://www.wprost.pl/ar/185311/Ile-zarabiaja-polscy-muzycy/

czwartek, 17 stycznia 2013

Debiutant pozywa recenzenta!




2 stycznia niespodzianie odezwał się do mnie Piotr Gibowski, który niedawno zadebiutował jako autor powieści Asymetria. Rosyjska ruletka. Chciał mi przesłać egzemplarz tej książki, bym napisał jej „SZCZERĄ”* recenzję. Uprzedziłem, że nie stosuję wobec nikogo taryfy ulgowej słowami „Nie wiem, czy moje pisanie można określić jako lekkie pióro, gdyż często recenzowanym książkom czy filmom zdarza się zbierać solidne cięgi.”**, żeby nie spodziewał się, iż w podzięce za przesłanie książki zrównam go z Sienkiewiczem, co jest dość częstym zjawiskiem w sieci, jednak książka została przysłana i przystąpiłem do lektury. Najpierw napisałem recenzję grafiki ozdabiającej frontową okładkę wydania, a następnie opinię o samej powieści. Starałem się oddać uczciwie swoje wrażenia i przedstawić zarówno mocne strony Asymetrii, jak i to, co oceniam negatywnie. Spodziewałem się ewentualnie jakiejś polemiki z autorem, którą widziałbym nader chętnie, jako że temat do dziś dzieli i historyków, i polityków, i zwykłych ludzi, jednak ani słowem się pisarz do mnie nie odezwał. Aż do wczoraj, gdy w skrzynce mailowej znalazłem list z wieczora dnia poprzedniego. Jakież było moje zdziwienie, gdy znalazłem w nim takie oto pismo od Piotra Gibowskiego, które przytaczam w całości wraz z formatowaniem:

Drogi panie,
To, że naduzył pan mojego zaufania i wyłudził ksiązkę wprowadzajac w błąd - pal sześć. Ale za publiczne szkalowanie mnie, wytocze sprawe cywilna. Albo pan natychmiast tego zaniecha (i usunie te wpisy), albo radze sie szykowac na wycieczki do Warszawy na rozprawy
.
.
Dzięki za dokładną analizę. Teraz nie żałuję, że nie przeczytałem jej wcześniej. Również nie popieram bolszewizmu, ani nawet socjalizmu, czy choćby lewicowych poglądów, ale zaślepienie w nienawiści mnie drażni bez względu na temat jakiego dotyka. W mojej recenzji za ten aspekt książce dostałoby się pewnie o wiele bardziej ;)
Odpowiedz
Odpowiedzi
https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEh_b_51QFsyxiYXOKfVKFX5rnh5so1pJbtItSRK9SUd5Je1YMHmsOjUW04U1kJu1YkgU2m4EqRsQ7Ev_z9xnjwq4JJ-fHrTLxluYkEv8xpm-SGAApyj20-jAOPngso-aeSfaSY7YCl2R1mY/s45/14117-110x110.jpg
Szkoda, że tak mało jest u nas ludzi podobnie myślących. Daleko nam niestety do społeczeństwa otwartego. Wciąż mamy ciągotki do Jednego Boga, Jednej Polski, Jednego Narodu i zapominamy, że po niemiecku i po rosyjsku brzmiało to bardzo podobnie ;)

Wypadałoby teraz, po ocenie grafiki i książki, zrecenzować również osobowość tego debiutanta, ale zostawię to Wam, każdy potrafi to zrobić na własny użytek.

Wasz Andrew


*
Dzień dobry,

Jestem autorem Asymetrii. Rosyjskiej ruletki. Szukam kogoś z „lekkim piórem", lubiącego historię alternatywną do napisania SZCZEREJ recenzji. Zależy mi na uczciwym układzie. Ja przesyłam książkę, a w zamian otrzymuję opinię osoby lubiącej ten gatunek. Czytanie powinno sprawiać przyjemność, a nie być udręką. A Pańska recenzja Potopu sugeruje, że te pierwszą opcję :)

Tematyką książki jest historia alternatywna. Dwie świeżo poznane grupy Polaków - maturzyści i żołnierze, przez przypadek, zamiast zwiedzić CERN, przenoszą się w czasie do 1927 roku. Chcąc nie chcąc, muszą się włączyć w poprawianie historii. Powieść uwzględnia realia historyczne, polityczne, militarne, ekonomiczne i obyczajowe. Akcja toczy się w Europie, Ameryce i Azji. Główny wątek to walka wywiadów oraz wojna ekonomiczna i militarna. Podwójni agenci, nieoczekiwanie zwroty akcji, odrobina humoru oraz zaskakujące zakończenie.

Ostrzegam, książka nie jest łatwa, ale osoby inteligentne są zadowolone z lektury. Grupa docelowa, to raczej mężczyźni. Pewien znany autor stwierdził, że „zbyt szeroko objąłem temat i nie ma głównego bohatera”. A mnie właśnie już irytował dotychczasowy płytki i prosty sposób opisywania skomplikowanych spraw. Książka jest tak napisana z rozmysłem.

Więcej informacji o książce można znaleźć na stronie: 
www.asymetria.info.pl oraz na fb.
http://www.facebook.com/Asymetria.RosyjskaRuletka?ref=hl
Zamieściłem tam dwa fragmenty powieści.
Dla lepszej orientacji polecam recenzje na portalu Lubimy czytać:

Czy jest Pan zainteresowany?

pozdrawiam

Piotr Gibowski


**
Szanowny Panie Piotrze

Nie wiem, czy moje pisanie można określić jako lekkie pióro, gdyż często recenzowanym książkom czy filmom zdarza się zbierać solidne cięgi. Jeśli jest Pan zainteresowany moją opinią oczywiście zgadzam się na Pańską propozycję i z ciekawością przeczytam Asymetrię. Ze swej strony mogę obiecać, że podejdę do niej jak do każdej innej powieści, czyli bez żadnych z góry przyjętych założeń czy oczekiwań. Uważam, że każde dzieło niech mówi za siebie. Jeśli jest dobre, samo się obroni, a jeśli złe, nie pomoże mu nazwisko sławnego autora, podobnie jak autor mniej znany nie będzie żadnym obciążeniem. Nie mam jakiegoś szczególnie ulubionego gatunku prozy, który bym mógł zdecydowanie postawić ponad innymi, choć po niektóre sięgam częściej niż inne. Historia alternatywna to temat niewątpliwie równie fascynujący co trudny i szczerze mówiąc jestem już zaintrygowany Pańską powieścią, na ile to możliwe na podstawie opinii innych osób.

(…) Recenzja zostanie opublikowana na moim blogu, być może również w serwisie lubimyczytac.pl oraz nakanapie.pl, Jeśli chciałby Pan, bym umieścił ją jeszcze gdzieś indziej, proszę dać znać.

Pozdrawiam serdecznie
Andrew Vysotsky

poniedziałek, 7 czerwca 2010

ślub z teściową



O teściowych napisano chyba już wszystko. Krążą o nich tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy dowcipów, na ogół mocno zjadliwych, do tego we wszystkich chyba językach świata. Teściowa na ogół przedstawiana jest jako jędza zatruwająca życie; najczęściej młodemu, choć w praktyce równie często, a za to na pewno mocniej, daje się we znaki młodej.

Myślałem do dzisiaj, że w temacie „mamusi” nic mnie już nie zaskoczy. Jakże się myliłem. A wszystko za sprawą naszego Jaśnie Oświeconego Prawodawcy.

Okazało się, że o ile żony można się legalnie pozbyć w drodze rozwodu lub unieważnienia małżeństwa, to biorąc ślub dostajesz teściową gratis NA ZAWSZE. Nawet gdy się rozwiedziesz i wstąpisz w nowy związek małżeński, to stara teściowa w świetle prawa będzie nie byłą teściową a teściową, podobnie jak ta nowa. Oczywiście w normalnym życiu nie ma to żadnego znaczenia i mało kto o tym wie, ale gdyby ktoś nagle zapałał ognistym uczuciem do byłej teściowej lub teścia, to nagle się dowie, że to nie Ameryka. Może uprawiać z nią/nim seks i prowadzić życie jakie chce, bo są dorośli, ale ślubu nie dostaną[i]. Nie będzie polskiej Dynastii.

Na ogół prawnicy mądrze rozwodzą się nad tym, co autor przepisu prawa miał na myśli, o duchu prawa i innych podobnych mądrościach. Jest oczywistym, że w przypadku zakazu małżeństw wśród krewnych chodzi o uniknięcie znanych od wieków zagrożeń chowu wsobnego. Podobne zakazy są we wszystkich systemach prawnych i we wszystkich normalnych systemach moralnych[ii]. O potrzebie takiego ograniczenia wie każdy, kto zajmował się hodowlą czegokolwiek[iii]. Ale co artysta miał na myśli pisząc zakaz poślubienia teściowej?

Wyobraźmy sobie, że facet koło pięćdziesiątki bierze za żonę dwudziestolatkę. Tuż przed konsumpcją oboje trzeźwieją i zaraz się rozwodzą za obopólną zgodą. Facet dochodzi jednak do wniosku, iż teściowa jest jeszcze bardziej interesująca niż córka, a że i ona nie jest od tego, więc... Stop, nie wolno. Można poślubić siostrę czy brata byłej żony ale nie teściową/ teścia, bo oni nigdy nie będą eks.

Dla mnie to trochę dziwne, tym bardziej, że jak widzimy w filmach, na świecie nie ma z tym problemu a poza tym w życiu jak to w życiu. Nawet u nas różnie bywa. O co więc chodziło naszemu światłemu ustawodawcy? Kolejny przykład niewolenia jednostki przez państwo?[iv]


[i] No chyba, że wyjątkowo za zgodą sądu.
[ii] Oczywiście i tutaj są wyjątki bo jak wiadomo moralne jest to, czego chce władza. Przykładem mogą być choćby dzieje wielu dynastii od starożytności po czasy wcale nie tak dalekie.
[iii] Oczywiście czasem świadomie stosuje się chów wsobny ale właśnie dla uzyskania nietypowych osobników a nie w celu uniknięcia takich dziwolągów. W świecie ludzi coś takiego budzi odrazę choć i tutaj pewnie można by znaleźć przypadki podejmowania takich prób. Pokusa wyprodukowania nadczłowieka bywa czasem silniejsza od rozsądku.
[iv] Polska jest krajem w Europie, który przoduje w kwestii ograniczania swobód jednostki. Na przykład w kwestii wolności gospodarczej jesteśmy na pierwszym miejscu. Bardzo restrykcyjne Niemcy, gdzie około 50 rodzajów działalności podlega zezwoleniu lub koncesjonowaniu są niby na drugim miejscu, ale daleko, daleko za nami. U nas idzie to w setki! Nawet sobie nie zdajemy jak bardzo jesteśmy zniewoleni przez własne państwo. Dlatego właśnie napisałem o teściowych jako o jednej z tysięcy cegiełek, z których państwo buduje nam więzienie, jakiego drugiego w Europie nie znajdziesz. I nie jest to bynajmniej tendencja wywodząca się z komuny. W 1989 roku, po Okrągłym Stole były tylko dwa rodzaje reglamentowanej działalności gospodarczej. Parafrazujac Bismarcka: daj Polakom wolność a sami się zniewolą.