Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aktualności. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aktualności. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 marca 2014

Blog przeniesiony

WSZYSTKIE POSTY JUŻ ZOSTAŁY PRZENIESIONY NA NOWY BLOG, WIĘC KOMENTARZE PROSZĘ TAM WYSTAWIAĆ. NIE ZOSTANĄ JUŻ PRZENIESIONE.

Pozdrawiam i zapraszam w nowe miejsce :)

poniedziałek, 17 marca 2014

Pożegnanie przeprowadzkowe

Drodzy sympatycy i wszyscy czytelnicy,

dziś wspólnie z Ambrose uruchamiamy nowy blog Klub A+A. Doszedłem do wniosku, że co dwie głowy, to nie jedna, a dwa punkty widzenia, to zawsze więcej niż jeden. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, z czasem przeniesiemy również i stare posty do nowego miejsca. W związku z powyższym nowe teksty będą się ukazywać tylko na nowym blogu. Zapraszam wszystkich i trzymajcie kciuki za to przedsięwzięcie. Czekamy na komentarze

wtorek, 11 lutego 2014

Jack Strong


bohater czy zdrajca?


Polska to kraj tematów zastępczych, z których każdy zajmuje więcej miejsca i czasu w mediach, wysysa więcej energii z narodu, budzi więcej podziałów, niż problemy naprawdę kluczowe dla przyszłości. Do aborcji, gender, kary śmierci i innych dołączył za sprawą filmu „Jack Strong” motyw Ryszarda Kuklińskiego. Już się wielcy naszych mediów rzucili i pytają – zdrajca czy bohater?

Jak daleko już zaszliśmy w tym narodowym oszołomstwie niech świadczy fakt, iż nawet Hanna Gronkiewicz-Waltz nie potrafi się zdecydować – najpierw podjęła decyzję o zamknięciu izby pamięci pułkownika Kuklińskiego na warszawskiej Starówce, a później zdanie zmieniła.

Mnie akurat zdenerwowała Monika Olejnik w Radio Zet, która również wpisała się w całe to zamieszanie przedwyborcze. Przedwyborcze, gdyż natężenie tematów zastępczych zwykle zbiega się ze zbliżającymi się wyborami. Nie zapyta, dlaczego w Polsce wszędzie walają się śmieci, nawet na szczytach gór i w leśnych matecznikach. Skąd się to bierze, co to mówi o kondycji Polski i jak rokuje na przyszłość. Nie, już się rzuciła na Kuklińskiego i razem z innymi dzieli społeczeństwo – rządź i dziel. A przecież pytanie o Kuklinskiego, o to, czy zdrajcą on jest, czy bohaterem, jest bez sensu. Już choćby z racji wykształcenia każdy UCZCIWY dziennikarz nie ma prawa stawiać takich pytań. Wszak zna język polski. A jeśli nie zna, niech sięgnie do słownika*:

  • zdrajca

  1. «ten, kto zdradza swój kraj, naród itp.»
  2. «ten, kto odstępuje od wyznawanych ideałów, wartości itp.»
  3. «o kimś, kto oszukuje kogoś»

  • bohater

  1. «osoba, która odznaczyła się męstwem»
  2. «główna postać w utworze literackim, filmie, operze itp.; też: postać reprezentatywna dla danego utworu, okresu»
  3. «osoba chwilowo skupiająca na sobie uwagę otoczenia»
  4. mit. gr. «postać o nadludzkich cechach»



Ryszard Kukliński zdradził swój kraj (jedyną Polską posiadającą wówczas państwowość i której obywatelem był, była PRL). Był więc zdrajcą po raz pierwszy. Wstąpił do LWP, złożył przysięgę żołnierską i od tych ideałów odstąpił, był więc zdrajcą po raz drugi. Oszukiwał swoich przełożonych, kolegów i innych, którzy mu wierzyli. Był więc zdrajcą po raz trzeci.

Jack Strong odznaczył się męstwem – co do tego nikt mający pojęcie o sprawie nie może mieć wątpliwości. Jest więc bohaterem po raz pierwszy. Jack Strong jest postacią główną w utworze, i to niejednym. Jest więc bohaterem po raz drugi. Jack Strong skupia na sobie uwagę otoczenia, ba – nawet całego kraju, jest więc bohaterem po raz trzeci. No – tylko z tym punktem czwartym może być coś nie tak, ale i tak mamy remis – 3:3.

Widać więc jasno, iż był i zdrajcą, i bohaterem. Tylko jak takim stwierdzeniem wypełnić czas antenowy, jak ludziom w głowach mieszać i jak przy pomocy prostej prawdy oderwać ich od rzeczywistych problemów? Trzeba więc udawać, że nie zna się języka i pytać - Lizak jest kolorowy czy słodki? Każde dziecko wie, ale nie polskie elity.

A tak przy okazji, to rodzi się pytanie –czyim był bohaterem? Chyba nie polskim, tylko amerykańskim. Wszak nie szpiegował dla Rządu Polskiego w Londynie, tylko dla Rządu USA. A cała reszta to tylko okoliczności, które co oczywiste wpływają na ocenę moralną jego działań, ale nie zmienią tego, że był i zdrajcą, i bohaterem. I o czym tu dyskutować?

Tylko co począć z takim bohaterem z krwi i kości? Wszak u nas jak święty, to musi być tak święty, że słowa nie można powiedzieć, a jak zły, to też powinien być taki, że tylko napluć.

I jeszcze jedna refleksja. Zauważcie; jak wielka jest przepaść pomiędzy nachalną, przypominającą czasy komuny promocją filmu „Jack Strong”, a ciszą, która spowija fakt zablokowania emisji, czyli ocenzurowania obrazu Edvinsa Snore „The Soviet Story”. Choć to ten ostatni powinien być promowany na każdym kroku, zwłaszcza w Polsce. No chyba, że ci, którzy najgłośniej krzyczą o patriotyzmie, mają w tym słowie interes, ale nie serce


Wasz Andrew


* dla prostoty przytoczono definicje ze słownika internetowego, ale jednak PWN

środa, 29 stycznia 2014

Refleksje włocławskie



Miałem już szczery zamiar nie pisać przez jakiś czas na aktualne, a w szczególności aktualne polskie tematy, by się nie denerwować. To jednak, co się ostatnio dzieje w naszej rzeczywistości sprawia, że literatura przy tym wysiada. Nikt by nie uwierzył, że to możliwe, gdyby to była fikcja.

Włocławek. Śmierć bliźniaków na pierwszych stronach gazet, w czołówkach informacyjnych programów TV i na głównych miejscach największych portali internetowych. Jakiekolwiek by to nie było zaniedbanie, które doprowadziło do owej śmierci, to można by powiedzieć, że to się mogło zdarzyć wszędzie. W każdym kraju na świecie. Ale cała reszta nie! Urzędnik NFZ przychodzi na kontrolę feralnego szpitala po kilku dniach od rozpoczęcia afery i ujawnia, iż ktoś skasował kluczowe dla sprawy dane z aparatury medycznej. Nie policja, nie prokurator, tylko zwykły urzędnik NFZ! I ani raz nie pada pytanie, co to za kraj, w którym nikt z prokuratury ani policji dupy nie ruszył, by po zabezpieczyć dowody, choć newsy z tej sprawy rozpoczynają wszystkie wiadomości we wszelkich mediach! Jeśli szpital we Włocławku jest hańbą polskiej służby zdrowia, choć moim zdaniem nie jest nią, tylko reprezentatywnym przykładem kondycji polskiej rzeczywistości, to czym jest Włocławek dla policji i prokuratury? Wszystkich prokuratorów i policjantów, którzy mieli związek z tą sprawą, przede wszystkich w trybie nadzoru, powinno się na zbity pysk wywalić, a ja jestem przekonany, że nie tylko nic takiego się nie stanie, ale wręcz, że w ciągu najbliższych lat większość z nich awansuje.

Problem nie tylko w tej jednej manifestacji opieszałości oraz lekceważenia ze strony organów ścigania i sprawiedliwości. Szpital we Włocławku, jak podają media, ma w tej chwili na biegu, czyli nie licząc zakończonych, prawie czterdzieści postępowań o błąd w sztuce. Czemu ich aż tyle, pomijając oczywiście poziom usług medycznych tej placówki? Ano może właśnie powodów należy szukać w stylu działań prokuratury i policji? Może wynika to wszystko z poczucia bezkarności lekarzy wypływającego z dziesiątków wpadek, za którymi nie poszła kara? Z powodu spraw umorzonych, zamiecionych pod dywan i nawet tych zakończonych wyrokami, ale tak mało dolegliwymi, że praktycznie wzmacniającymi jeszcze poczucie stania poza prawem? Bo sądy też mają w tej patologii swój znaczący udział.

Media podniecają się tym, iż nie wiadomo co robił ordynator feralnego włocławskiego oddziału ginekologicznego w czasie, gdy rozgrywał się dramat bliźniaków i ich rodziców. Ale już nie pamiętają, że jakiś czas temu ujawniono, iż lekarz rekordzista pracował jednocześnie na 25 (sic!) pełnych etatach. W normalnym kraju już dawno by siedział, choćby za wyłudzenie, gdyż brał pieniądze za coś, czego nie robił. Wszak nawet gdyby był jeden w trzech osobach, gdyby nie spał, nie odpoczywał i nic innego nie robił przez dni siedem, tylko pracował, i tak by nie wydolił. Ale nie u nas. Żadnej dolegliwej kary się nie doczekał. I dziwić się, że tragedii spowodowanych radosną działalnością zreformowanej i wciąż reformowanej służby zdrowia jest coraz więcej?

Czytałem jakiś czas temu, że w samym Londynie, tylko za naganne zachowania, czyli za brak należytego szacunku, głównie werbalnego, w stosunku do pacjenta, pozbawia się prawa do wykonywania zawodu większą liczbę lekarzy, niż u nas w następstwie wszelkich możliwych przyczyn, łącznie z zawinionym spowodowanie śmierci. Nie to mnie jednak najbardziej przeraża. Jak daleko nam do normalności - pokazał i przeraził mnie tekst, który do niedawna słyszałem tylko w gabinetach „państwowych” – „Nie mam czasu dociekać, wnikać i dokładnie badać, gdyż mam mnóstwo pacjentów”, a teraz zdarza się go usłyszeć już nawet w czasie wizyty w prywatnym gabinecie. To tak, jakby mechanik albo szewc powiedział, że nie ma czasu porządnie wykonywać swych obowiązków, za które bierze od nas pieniądze, bo ma za dużo pracy. Takie rzeczy, to tylko w Polsce!

Osobnym tematem jest nasza akcyjność. Przez 25 lat nie było komu się zająć jednym zabójcą, a teraz trzeba na gwałt łamać podstawowe zasady prawa, by społeczeństwu wmówić, że władza cokolwiek robi. Nie inaczej z bezpieczeństwem na drogach i tysiącem innych spraw.

Można ciągnąć takie przykłady i różne wątki w nieskończoność. Problem w tym, że ryba psuje się od głowy.

Art. 286. § 1. KK - Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.

ZUS przysyła do domów wszystkich, którzy opłacają składki emerytalne, wyliczenia wysokości kapitału, jaki zgromadzili na swoją emeryturę. I kiedy słyszymy polityków, od prezydenta i premiera poczynając, a na liderach opozycji kończąc, mówiących, że zbieramy na nasze emerytury, i że tak ważne jest, by nasze składki na siebie pracowały, to jeszcze się w tym utwierdzamy, że na coś zbieramy, że mamy na coś wpływ w tym kraju. A w chwilę później, niejednokrotnie dosłownie chwilę, z tych samych ust słyszymy, że nie będzie godziwych emerytur, gdyż idzie niż demograficzny i nie będzie w przyszłości komu na nas pracować. I nikogo nie dziwi nic. Zwłaszcza IV władzy, która w normalnych krajach jest jednym z fundamentów demokracji i kontroli pozostałych trzech filarów państwa! Skoro emerytura ma być ze składek, to co nas obchodzi liczność przyszłych pokoleń? A jeśli emerytury będą wypłacane ze składek przyszłych pokoleń, a nie z zebranego przez nas kapitału, to czym są te wyliczenia przesyłane przez ZUS i wypowiedzi polityków?
Gdybym zaczął zbierać od ludzi pieniądze obiecując im, że za każdego pożyczonego mi dolara oddam dwa, a w chwilę później, po zainkasowaniu kasy, zaczął twierdzić, że dam im tyle, ile zdołam w przyszłości pożyczyć od następnych jeleni, bo to, co od nich dostałem, już przejadłem, to szybko dostałbym wyroczek na podstawie wyżej przytoczonego artykułu. Prezydenta, premiera, rządu i opozycji, całego państwa w rzeczy samej, nikt nie posadzi. Ale dlaczego nikt nie śmie nawet zapytać o tą oczywistą sprzeczność i nazwać rzeczy po imieniu?

Oczywiście, sprawa kary to jedno, ale sprawa skutków, to drugie. Widząc taką ewidentną bzdurę leżącą u podstaw całego systemu służby zdrowia, a przez to i u podstaw państwa, bo państwo bez żywego społeczeństwa i bez kasy istnieć nie może, każdy może sobie zadać pytanie, czy może by tak spróbować jak państwo? Mówić, że się ma dyżur na oddziale, i iść spać. Mówić, że się człowiek stara, a w chwilę później wprost przyznać, że się nie ma czasu dokładnie zajmować pacjentem, bo czekają następne. Nie, nie osoby w kolejce, a etaty, fuchy i biznesy.

Obym się mylił, ale mam wrażenie, że ten kraj i ten naród sam się już z tego nie wyplącze. To taka masa krytyczna, która została przekroczona. A czemu o tym piszę? Sam nie wiem. Chyba mnie poniosło i znów nie wytrzymałem. A może dlatego, że oglądając wiadomości z Włocławka przypomniałem sobie, iż weterynarz, który usypiał mojego chorego, starego psa, miał łzy w oczach, choć wiedział, że to nie tylko najlepsze, ale i jedyne wyjście. I skojarzyłem, że nigdy nie widziałem łez w oczach lekarza.


Wasz Andrew

wtorek, 21 stycznia 2014

Rocznica śmierci Mariana Mazura

 Marian Mazur na przełomie lat 70-80, zdjęcie Marek Banach.

Dziś właśnie przypada 31 rocznica śmierci genialnego polskiego uczonego - Mariana Mazura. Był twórcą polskiej szkoły cybernetyki, a jego teoria systemów autonomicznych i jakościowa teoria informacji do dziś urzekają prostotą, oryginalnością i uniwersalnością. Nie będę tutaj przypominał sylwetki naszego wielkiego rodaka. Jego życiorys można znaleźć choćby w Wikipedii. Pragnę z okazji tej rocznicy po raz kolejny zwrócić uwagę na chyba najbardziej popularną książkę Mariana Mazura Cybernetyka i charakter. Pozycja w Polsce dużo mniej znana niż za granicą, podobnie jak sama sylwetka autora i jego teoria. To już chyba taka nasza narodowa tradycja, by cudze chwalić, a swego nie znać. Czasami mam wrażenie, że gdyby Kopernika za swego nie uznawały inne narody, a zwłaszcza Niemcy, co przez zazdrość mobilizuje naszą pamięć o nim, to byłby w kraju zupełnie zapomniany. Analogia tym bardziej uprawniona, iż Marian Mazur dokonał rewolucji na miarę kopernikańską, nie tylko w cybernetyce jako takiej, co choćby w psychologii przy pomocy tejże cybernetyki. By przeciwstawić się zapomnieniu, zapraszam do lektury mojej opinii, a potem samej książki, która wbrew tytułowi więcej rewolucjonizuje w wiedzy o nas samych, niż cybernetyce, a zawarta w niej nowatorska teoria jest narzędziem również dla innych dziedzin.

Książka Mariana Mazura świetnie się uzupełnia z publikacjami Zimbardo w tworzeniu prawdziwego opisu najdziwniejszego gatunku na świecie - homo sapiens i zasad, jakimi się to zwierzę kieruje w najtrudniejszym dla niego środowisku - społeczeństwie

Gorąco polecam

Wasz Andrew

wtorek, 31 grudnia 2013

Nowy 2014 Rok

Wszystkim, którzy tu zawitali, życzę by nadchodzący Nowy Rok 2014 nie był gorszy niż jego poprzednik. No i szampańskiej zabawy oczywiście :)



wtorek, 24 grudnia 2013

Święta, Święta

Wszystkim, którzy w tym roku byli dobrzy, życzę Wesołych, Zdrowych, Rodzinnych Świąt



i miejmy nadzieję, że do tych, którzy źle czynili, Mikołaj też trafi


czwartek, 19 grudnia 2013

Dobre i darmowe



Do napisania tego postu zainspirowała mnie informacja, która ukazała się w serwisie lubimyczytać.pl. Biblioteka Brytyjska opublikowała ponad milion ilustracji z książek pochodzących z XVII, XVIII i XIX wieku na Flickr, udostępniając je w domenie publicznej. Od razu sobie przypomniałem, jak często miałem problem ze znalezieniem obrazka na bloga i jak marzył mi się dostęp do jakiegoś dużego zbioru darmowych, legalnych grafik. Potem naszła mnie refleksja, że pewnie wiele osób ma takie problemy i się o tej kopalni obrazków nie dowie, gdyż zniknie ona w internecie, jak i wiele innych pożytecznych rzeczy, które toną bez śladu w tym oceanie bezwartościowego informacyjnego szumu. Dalsze przemyślenia biegły w tym kierunku, że my, Polacy, jesteśmy szczególnie pokrzywdzeni, gdyż mało kto z rodaków udostępnia bezpłatnie swe zdjęcia czy rysunki. Nie mówię już tylko o domenie publicznej – nawet ograniczone prawa autorskie są rzadkością. Ba; niektórzy nawet obrazki, których nikt nie chciałby sobie skopiować, przekreślają jeszcze „znakiem wodnym”. Postanowiłem więc stworzyć taką moją mini listę z linkami do dobrych darmowych zasobów graficznych (tylko domena publiczna, bez ograniczonych praw autorskich) i literackich. By post nie zaginął umieszczę go w zakładce „inne ważne” i będę systematycznie poszerzał. Jeśli znajdziecie coś ciekawego, dajcie znać.

(G)rafika i (K)siążki

czwartek, 14 listopada 2013

O plagiatach, ściąganiu i złodziejstwie



czyli o walce z wiatrakami

Zdając sobie sprawę, iż moje pióro jest dość oryginalne, miałem nadzieję, że dzięki temu, nawet jeśli z powodu tej cechy trudniej mi będzie zdobyć czytelników, uniknę przynajmniej plagiatów moich tekstów. Niedawno jednak złudzenia prysły i po raz kolejny dołączyłem do grona osób, których prawa autorskie zostały naruszone. W dniu 31 października jedna z czytelniczek mojego bloga, posiadająca konto w serwisie internetowym Miejskiej Biblioteki Publicznej (MBP) w Kielcach, powiadomiła mnie, iż użytkownik tej witryny ukrywający się pod pseudonimem Marafi dokonał plagiatu wielu recenzji z serwisu LubimyCzytać.pl, w tym dwóch mojego autorstwa, a dotyczących powieści Odwet i Niech się to nigdy nie kończy, które były publikowane nie tylko na tym blogu, ale w LC.

Dość długo zastanawiałem się, czy podejmować kroki na drodze karnej w tej sprawie i w międzyczasie zwróciłem się do MBP w Kielcach o dane osobowe Marafiego, bym mógł zawrzeć z nim ugodę, oraz o usunięcie naruszających prawo treści lub oznaczenie ich w sposób wskazujący na moje autorstwo. Pracowniczka MBP reprezentująca dyrektora tej instytucji ograniczyła się do poinformowania mnie, iż „badają i analizują” wpisy użytkownika Marafi. Odmówiła również podania rzeczywistych danych sprawcy plagiatu zasłaniając się obowiązkiem ochrony danych osobowych użytkowników biblioteki. Szkoda, że jako osoba tak obeznana z prawem nie wspomniała ani słowem o tym, iż właściciel serwisu odpowiada za zgodność z prawem treści umieszczanych w nim przez użytkowników. Szkoda, że zapomniała o tym, iż zgodnie z art. 302&2 KPK ma obowiązek niezwłocznie powiadomić policję lub prokuraturę o przestępstwie ściganym z urzędu, a nie „badać i analizować”. Szkoda, że zapomniała, iż od momentu, gdy zażądałem usunięcia sprzecznych z prawem treści na tej stronie, co było zgodne z art. 78 ust. 1 pr.aut., działała świadomie i bezprawnie, na moją szkodę, nie wykonując tego żądania.

Mimo wszystko, mając smutne doświadczenia (dwa razy umorzono sprawy bezprawnego wykorzystania zdjęć mojego autorstwa, a raz ciągano mnie, długo choć bezskutecznie, za bezprawne użycie cudzej własności intelektualnej, choć od początku okazywałem dowody na to, iż prawa takie posiadam), wciąż zwlekałem z zawiadomieniem organów ścigania. W międzyczasie jednak zajrzałem dogłębniej na stronę MBP w Kielcach i okazało się, iż instytucja ta już co najmniej od 18 października wiedziała o kradzieży cudzych tekstów przez użytkownika Marafi, gdyż już wtedy czytelniczka, która później się do mnie odezwała, dawała wyraz swemu oburzeniu w Księdze Gości MBP w Kielcach. Ponieważ do chwili obecnej, od 18 października, minęło już sporo czasu, które MBP mogła przeznaczyć na „badania i analizy”, a nadal łamie prawo upubliczniając moje teksty, w dniu dzisiejszym powiadomiłem o powyższym prokuraturę. Doszedłem do wniosku, iż nie mogę pozostać biernym wobec tak powszechnej i nagminnej patologii. Tym bardziej, iż jej sprawcy czują się jak widać absolutnie bezkarni a instytucje, które mają obowiązek podjąć wyraźnie określone przez prawo działania, zamiast tego „badają i analizują”. Jak uczy Zimbardo i psychologia społeczna ci, którzy są bierni wobec zła, nie są niewinni; są jego wspólnikami równie niezbędnymi do jego sukcesu jak bezpośredni sprawcy. Po wzięciu tego wszystkiego postanowiłem więc nie odpuszczać.

Jakie będą dalsze dzieje tej sprawy oczywiście na bieżąco opiszę. Realna jest groźba, i biorę to pod uwagę, że po raz kolejny przekonam się, iż prawa autorskie w Polsce są po to, być chronić bogatych, a nie mają takich praw zwykli ludzie. Mam jednak nadzieję, choć słabą i jakoś tak irracjonalną, gdyż sprzeczną z moim doświadczeniem osobistym i ogólnospołecznym, że jednak tym razem sprawcy zostaną ukarani, poszkodowani otrzymają zadośćuczynienie, a Polska będzie rosła w siłę i ludziom będzie się żyło dostatniej.


Wasz Andrew

wtorek, 10 września 2013

Ludobójstwo à la Pologne

czyli polska szkoła biznesu




Media w większości epatują nas kolejnymi rocznicami powstań, czy wspomnieniami o Oświęcimiu, tymczasem tylko niektóre, i to sporadycznie, informują o tym, że Polacy sami sobie budują fabrykę śmierci. Nazywa się Polska. Wczoraj, po niedawnych aferach mięsnych (padliniarskich i antybiotykowych) TVN Uwaga zaczął nagłaśniać kolejną gigantyczną aferę, która w normalnym kraju mogłaby się skończyć upadkiem rządu i Prezydenta, gdyż obnaża niespotykaną nigdzie w świecie falę korupcji oraz śmiertelnego (dosłownie!) zagrożenia powszechnego, a u nas i tak zostanie zamieciona pod dywan, chyba, że zagraniczne media podchwycą temat i spowodują całkowite wstrzymanie importu mięsa i wędlin z naszego pięknego k*raju.


Okazuje się, iż największa firma w Polsce zajmująca się utylizacją odpadów zwierzęcych (padlina, chore zwierzęta, itp.) zamiast utylizować, przerabia je na mączkę kostną, która z kolei jest poszukiwaną, choć zakazaną paszą. Poszukiwaną, jako o wiele tańsza niż inne. Zakazaną, gdyż poza wprowadzaniem do obiegu wielu zabójczych substancji jest uważana za główny powód rozprzestrzenienia się choroby BSE, popularnie nazywanej chorobą szalonych krów. U ludzi może ona wywołać chorobę Creutzfeldta-Jacoba, która wpływając na ośrodkowy układ nerwowy człowieka zawsze doprowadza do śmierci. Jest więc prawdopodobnie jedyną poza wścieklizną chorobą, która dla człowieka jest w stu procentach śmiertelna! A mączkę kupuje się i sprzedaje w tonach, i to raczej wielu naraz. Oczywiście, tak jak afera solna i niedawna Rawsko-padliniarsko-mięsna raz chińsko-antybiotykowa, zostanie zamieciona pod dywan. A jeśli ktoś za granicą podchwyci temat i nagłośni w mediach, to się winą obarczy dziennikarzy-zdrajców. W końcu we własne gniazdo się nie sra. Przynajmniej w Polsce.

Okazuje się, że Putin i Czesi mają absolutną rację nie chcąc mięsa znad Wisły, a mnie zdumiewa głupota Polaków. Tych, którzy w tym siedzą, a siedzą wszyscy, od sprawców, po organy kontroli i wymiaru sprawiedliwości. Czy sądzą, że ochronią swoje dzieci przed zjedzeniem czegoś, co zawiera ich zabójczą produkcję?

Dla mnie to, jak powiedziałby Zimbardo, typowy objaw mentalności więziennej. Liczy się tylko zysk na krótką metę; dalsze konsekwencje pozostają poza horyzontem. Nie ma żadnej moralności – rano do kaplicy więziennej, wieczorem co kto chce.


Wystarczy minimalny wysiłek, a taki proceder można wykryć nawet w gotowych wyrobach, ale kto to ma zrobić, skoro służby przewidziane do takich działań też w tym siedzą? Rząd nic nie robi, bo wie, że to beczka prochu, która wysadzi wszystkich. Wszyscy są umoczeni; bezpośrednio lub pośrednio. Nie można przecież posadzić wszystkich, a już, parafrazując słowa ze skeczu Na wyrębie z prześwietnego kabaretu Dudek, najtrudniej samych siebie.
Z reguły nie reklamuję programów telewizyjnych, ale tym razem gorąco zapraszam i polecam - 10 września o 19:50 na antenie TVN Uwaga. Jednocześnie tym, którzy nie czytali, polecam Gomorrę i porównanie z Polską.


A ja tylko jestem ciekaw, kiedy się dowiemy, iż Polacy karmią swe zwierzęta, i siebie również, ludzkimi szczątkami, choćby odpadami szpitalnymi. Dotąd marnują się na nielegalnych wysypiskach, które są tańsze niż legalne, ale przecież można ten biznes uczynić jeszcze bardziej zyskownym i również je przerobić na mączkę kostną, zamiast jak dotąd tylko zaorywać w polach. Dobre, bo Polskie.

niedziela, 8 września 2013

Co by tu jeszcze

Miało być co innego, ale ile razy spojrzę w TV albo włączę radio i widzę ciągłe próby reformowania i poprawiania tego, co działa, przy równoczesnym braku zainteresowania tym, co działać absolutnie nie chce, przypomina mi się przebój Młynarskiego "Co by tu jeszcze". Kiedyś już cytowałem jego słowa, kto chce może poczytać w poście Zadżumiony naród. Ponieważ, ze zrozumiałych względów, twórczość tego wybitnego artysty nie jest promowana w naszych mediach, więc dziś zapraszam do posłuchania z jakże odpowiednim obrazkiem w tle.

środa, 21 sierpnia 2013

Najbogatsi na świecie

Wszyscy powtarzają, że świat wciąż walczy z kryzysem. Ale nie Polska. Już nie jesteśmy tylko zieloną wyspą. Jesteśmy wyspą świetlistą. Czyż jakikolwiek inny kraj stać na to, by dzień w dzień, nawet najbardziej słoneczny i upalny, trzymać włączone latarnie uliczne? Nas stać. Czyż jakikolwiek inny kraj stać na to, by systematycznie kosić trawy zasłonięte ekranami dźwiękochłonnymi przed wzrokiem przejeżdżających, w dodatku nawet wtedy, gdy z drugiej strony też nie ma niczego ani nikogo, kto mógłby te wydatki docenić? Nie wspomnę o tym, że takie koszenie zabiera cenne dla zwierząt, również ptaków, obszary. W imię czego?







Miałem zamiar dzwonić gdzieś w tej sprawie, ale widząc, iż często gęsto na te widoki patrzą ludzie z samochodów z napisami informującymi, że są z nadzoru i pewnie właśnie podziwiają te dokonania, gdyż nic się po ich inspekcjach nie zmienia, dałem spokój. Pozdrowienia dla GDDKiA , a zwłaszcza dla odpowiedzialnych za drogę S8 i węzeł Babsk.

czwartek, 11 lipca 2013

Czystka w Sejmie

czyli wariatkowo na całego




W związku z sugestią natanny zawartą w komentarzu pod moim wczorajszym postem, które poczuła się już zmęczona ciężkim momentami tematem Efektu Lucyfera Zimbardo, miałem dziś zamiar puścić jakiś dowcip dla dorosłych. Co z tego, skoro do rana zaatakowało mnie Radio Zet kolejnym newsem z kręgu naszych ustawodawców, przy którym wysiadają nie tylko wszystkie dowcipy, ale i Zimbardo, Orwell oraz Huxley razem wzięci.

Nad czym w pocie czół i wytężając mózgi pracują nasi posłowie? Poznać pracę po jej wynikach:

"Czystka etniczna o znamionach ludobójstwa" to owoc pracy naszych geniuszy w ramach prac nad uchwałą dotycząca Zbrodni Wołyńskiej.

Biorąc pod uwagę (za SJP PWN), że:

"ludobójstwo to «masowe mordowanie ludzi, mające na celu zniszczenie określonej grupy narodowej, etnicznej, religijnej lub rasowej»

czekam tylko, aż w ślad ustawodawców pójdą adwokaci:

morderstwo o znamionach zabójstwa

seksuolodzy:

«zboczenie seksualne polegające na odczuwaniu popędu płciowego do dzieci» mające znamiona pedofilii

czy fizycy:

«woda w stanie stałym, przypominająca kryształ» o znamionach lodu

Może i śmieszne, ale dla mnie tragiczne. Naprawdę uważacie, że demokracja w Polskim wydaniu ma coś wspólnego z normalnością i że warto iść na wybory? Otóż warto. Na jednomandatowe, gdzie głosuję na konkretnego człowieka, w wiadomym celu, a na "normalne" tym bardziej - by oddać głos nieważny. To chyba jedyna alternatywa

wtorek, 2 lipca 2013

Oby mnie grad wytłukł




Kiedy słyszymy o klęskach żywiołowych, kiedy widzimy w wiadomościach ludzi, którzy utracili dorobek całego życia w następstwie powodzi, gradu czy wichury, budzi się w nas współczucie, chęć pomocy. Dzieje się tak między innymi dlatego, że czasami sami, albo nasi bliscy, mamy nieszczęście doświadczyć jakichś małych klęsk i wiemy, iż na pomoc państwa nie ma co liczyć, a ubezpieczenie, nawet jeśli mamy wykupioną full opcję, nigdy nie pokryje całości strat. Ktoś nam ukradnie portfel na wycieczce – szybko się dowiemy, iż ubezpieczenia takich przypadków są dla Niemców, nie dla Polaków. Złapie nas burza pod wiaduktem w stolicy i nasze auto utonie – ubezpieczenie obowiązkowe nie obejmuje odszkodowania dla nas, tylko dla innych, gdybyśmy to my straty spowodowali. Jeśli mamy wykupione pełne ubezpieczenie, może dostaniemy pieniążki za samochód, ale zawsze niższą z dwóch w danym momencie stawek, czyli rynkowej i deklarowanej w polisie. Nikt jednak nam nie zapłaci za aparat czy inne rzeczy, które akurat były w aucie. Jak w zagadce: - Czym się różni polski fotograf od niemieckiego, jeśli ukradną mu bagaż? - Polak płacze po utraconym sprzęcie, a Niemiec po utraconych zdjęciach z wakacji. To samo dotyczy podtopionych domów, zniszczonych miejsc pracy, towarów. Jest jednak w Polsce pewna nieliczna grupa, która wprost czyha na klęski żywiołowe i modli się o powódź, gradobicie, suszę albo chociaż wymarznięcia. To bogaci rolnicy i sadownicy.

Nie ma drugiej grupy społecznej, zawodowej czy innej, która by, tak jak rolnicy, za to samo co inni płaciła mniej. Takie same świadczenia medyczne kosztują ją nieporównanie mniej (KRUS) niż wszystkich innych, którzy płacą ZUS. Jest to najlepszym dowodem, iż nie są to żadne ubezpieczenia społeczne, tylko podatek, który władza ustanowiła jak chciała, bez żadnego uzasadnienia ekonomicznego ani bez żadnego w związku z tym, na czym się ubezpieczenia na całym świecie opierają, czyli na kalkulacji ryzyka i rentowności. To też pokazuje, że wszytskie "reformy" systemu opieki zdrowotnej są fikcją, gdyż nie sięgają podstaw. Prawdziwego jednak szoku doznałoby społeczeństwo, gdyby wiedziało, jaką "tragedię" przeżywa "świadomy" rolnik doświadczony „klęską” żywiołową.

Po pierwsze, z PROW*-u rolnik może otrzymać wsparcie z działania "Przywracanie potencjału produkcji rolnej zniszczonego w wyniku wystąpienia klęsk żywiołowych oraz wprowadzenie odpowiednich działań zapobiegawczych" jeżeli poniósł starty w wysokości co najmniej 10 tys. zł w majątku trwałym np. maszynach, budynkach produkcyjnych, sadach czy plantacjach wieloletnich i jednocześnie klęska żywiołowa spowodowała w jego gospodarstwie powyżej 30% strat w rolniczych uprawach, hodowli zwierząt czy ryb. W ramach tego działania może otrzymać do 300 tysięcy złotych wsparcia, przy czym nie musi opłacać wcześniej żadnej składki ubezpieczeniowej. Takiej ochrony nie ma poza rolnikami w naszym kraju nikt. Jeśli zepsuje się Wam samochód, którym dojeżdżacie do pracy, jeśli pożar zniszczy wam biuro albo myszy zjedzą Wasz towar na nic podobnego liczyć nie możecie. Mało tego. Wsparcie polega na tym, że rolnik dostaje zwrot 90% dokonanych zakupów, czyli jeśli wyda 333 tysiące złotych, dostanie 300 tysięcy do kieszeni. A żeby było jeszcze ciekawiej, nie musi czynić nakładów na to, co utracił ani nie jest ograniczony wysokością strat. Przykładowo, jeśli grad zniszczył mu stary sad, który i tak planował wyciąć w najbliższym roku, czyli ponieść potężne koszty, on może na to konto wyciąć drzewa, zakupić i posadzić nowe, położyć nawodnienie, kupić sobie traktor i przyczepę i co mu tam jeszcze do głowy przyjdzie, oczywiście do kwoty 333 tysięcy złotych. 300 tysięcy do niego wróci. Oczywiście nie każdy dostanie 333 tysiące, ale każdy ma zagwarantowane, że dostanie 130% zgłoszonych strat. Zawsze jest więc 30% do przodu, czego nie ma nikt i nigdzie poza rolnictwem, a im więcej wykaże, tym więcej zyska. A w wykazywaniu różnych rzeczy, które niekoniecznie polegają na prawdzie, to w Polsce wszyscy się znają. W latach 2007 - 2013 przewidziano na pomoc z działania "Modernizacja gospodarstw rolnych" ok. 8,5 miliarda złotych! Jakby tego było mało, rolnik NIEZALEŻNIE od powyższego, może korzystać z innych form pomocy. Niezależnie, czyli może z racji jednej klęski brać kasę jednocześnie z wielu źródeł. Wymienię tylko niektóre z nich.

Przez kilka lat rząd dopłacał rolnikom do wykupu komercyjnych ubezpieczeń m.in. sadów. Co to oznacza nie trzeba tłumaczyć. To tak, jakby rząd Ci zaproponował, że ci da kasę na ubezpieczenie Twojego samochodu, którym dojeżdżasz do pracy, lub Twojego biznesu. Chciałbyś?

Ustawa z dnia 22 maja 2003 r. o ubezpieczeniach obowiązkowych, Ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym i Polskim Biurze Ubezpieczycieli Komunikacyjnych nakłada na wszystkich obywateli obowiązek zawarcia obowiązkowych ubezpieczeń. Każdy, kto ma samochód, wie co znaczy ten obowiązkowy haracz za posiadanie pojazdu mechanicznego, który nie ma wiele wspólnego z ubezpieczeniem, czyli czymś, co zależy od ryzyka, a nie od promocji i innego widzimisię. I każdy wie, że z OC pojazdu nie dostanie nic. Podobnie ma się z OC zawodowym przewidzianym w innych przepisach dla kilkudziesięciu grup zawodowych. Całkiem odmiennie mają się rolnicy. Ich obowiązkowe OC zawiera ubezpieczenie budynków wchodzących w skład gospodarstwa rolnego od ognia i innych zdarzeń losowych. Ile razy więc widzicie rolnika, który płacze nad spaloną czy zalana stodołą pamiętajcie, że jest ona ubezpieczona, w dodatku za grosze, w przeciwieństwie do Waszego mieszkania czy domu.

Niezależnie od wymienionych dróg uzyskania "wsparcia", powyżej 30% procent strat rolnikom należy się kredyt preferencyjny na uprawy, a inwestycyjny na pozostałe cele. Może być on zaciągnięty w banku komercyjnym, ale rolnik ma oprocentowanie 2%, a resztę odsetek płaci bankowi państwo. Ktoś z Was ma dojście do takich kredytów?

Poza tym może się rolnik ubiegać o umorzenie podatków i różne inne preferencje, a wszyscy mu współczują.

Żeby było ciekawiej, bardzo często rolnicy są sami sobie winni, przynajmniej częściowo. Za komuny na wsi pracowali specjaliści od melioracji, a za zasypywanie rowów i czy inne samowolki szczodrze szafowano karami. Kto był niedawno na wsi, ten wie, że rolnicy robią co chcą, nie tylko w tej dziedzinie zresztą**. Zasypują rowy, by móc posadzić jeszcze jeden rząd jabłonek więcej. Kopią stawy gdzie im się podoba. Było dobrze, przez kilka lat było sucho. Wszyscy przymykali oczy, a teraz, gdy sprawa się rypła, nikt nie chce tematu poruszyć, gdyż trzeba by było rozliczyć szkodników i urzędników nierobów. Lepiej więc z naszych, całego społeczeństwa pieniędzy, w trybie awaryjnym kopać rowy w błocie. Za jakiś czas pewnie wróci wszystko to „normy”. Do następnej powodzi.

Kiedyś myślałem, że PSL to najgorsza partia w Polsce. Jak sprzedajna kobieta, jest w stanie pójść z każdym, kto odpowiednio zapłaci. Nie ma chyba już opcji politycznej, której by się nie sprzedali. Teraz myślę, że to jedyna partia, która naprawdę dba nie tylko o swych członków, ale i wyborców. Załatwiła rolnikom takie przywileje, o jakich reszta społeczeństwa może tylko pomarzyć. A OSP, to już temat na osobne rozważania. Wszystko to jest tym dziwniejsze, że jednocześnie w tym samym kraju potężne pieniądze idą dla rolników na odciągnięcie ich od rolnictwa w kierunku działalności pozarolniczej (programy wspierające przebranżowienie, rozwój biznesu, przetwórstwa i inne), a jednocześnie ogromne kwoty są wydawanie na działania, które wręcz zachęcają do pozostania w rolnictwie. I do kombinowania. Wygląda więc na to, że jedyną prawdziwą partią w Polsce jest PSL, gdyż tylko on naprawdę dba o interesy swych wyborców, pomimo niewielkiej liczebności zmuszając pozostałe partie i tworzone przez nie rządy do wykonywania wzajemnie sprzecznych ruchów, ale zawsze korzystnych dla elektoratu PSL. Inne partie pożądają władzy, jak pisał Sienkiewicz, widząc w Polsce postaw czerwonego sukna z którego chcą wyrwać taki kawałek, by im na płaszcz starczyło. Nawet nie dla swoich wyborców, nawet nie dla swoich członków, tylko dla swoich prominentów i tych, którzy ich naprawdę wspierają. PSL jako jedyny naprawdę odwdzięcza się tym, którzy stanowią jego elektorat. Szkoda tylko, że nawet on nie wychodzi poza partykularne interesy, i nie kieruje się dobrem Polski.


Wasz Andrew


* Program Rozwoju Obszarów Wiejskich
** Rolnicy to prawdziwe święte krowy, których prawo nie obowiązuje. Jeśli ktoś nie wierzy, niech się wybierze w rejon sadowniczy w okresie dojrzewania czereśni albo wiśni. Noc jak na froncie. Przepisy o ciszy nocnej nikogo nie obchodzą, a te o normach hałasu są martwe. Przed wschodem słońca zaczyna się kanonada działek gazowych mających odstraszać ptaki, która trwa do późnej nocy. Przykłady tolerowania bezprawnych działań rolników można ciągnąć w nieskończoność.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Dzieciobójczyni pedagogiem i katechetką




Niedawna relacja Mariusza Szczygła zamieszczona w Dużym Formacie, a opisująca historię dzieciobójczyni, która pracuje w charakterze nauczycielki przedmiotów ścisłych i katechetki oraz jest ekspertką Ministerstwa Edukacji Narodowej i egzaminatorką Okręgowej Komisji Egzaminacyjnej, wywołała w mediach burzę. Internauci błyskawicznie ustalili personalia „bohaterki” reportażu i opublikowali je na forach. Administratorzy zaczęli je kasować, ale z opóźnieniem i rozpętała się zadyma. Sprawą, bo jakżeby inaczej, nagle zainteresowali się wszyscy politycy. Równocześnie rozpoczęła się nagonka na zabójczynię; odezwały się nawet głosy nawołujące do linczu kobiety, która zakatowała paskiem kilkuletniego chłopca, za dobre sprawowanie w zakładzie karnym odsiedziała tylko dziesięć z piętnastu lat pozbawienia wolności, na które ją skazano, a po zatarciu skazania podjęła karierę zawodową nauczyciela, pedagoga i katechety.

Po pierwszej żywiołowej reakcji ustaliły się określone stanowiska.

Mariusz Szczygieł oświadczył, że absolutnie nie było celem jego publikacji zaszkodzenie osobie, o której pisał. Albo znany dziennikarz kompletnie nie zna mentalności społeczeństwa kraju, w którym żyje, i nie ma zdolności przewidywania konsekwencji swej działalności nawet na poziomie absolutnie podstawowym, co w zdecydowanie złym świetle stawia jego inteligencję i kompetencje zawodowe, albo, czemu gorąco zaprzecza, chciał mieć dobry temat, czyli zarobić kasiorę i zapracować na swoje własne pięć minut w mediach, nie oglądając się na skutki. Nie chce mi się tego roztrząsać. Sam nie wiem, która wersja gorzej o nim świadczy. Mnie zainteresowało co innego.

Karniści i inni prawnicy zgodnie podkreślają, iż trzeba coś z tym zrobić, ale wszystko jest zgodnie z prawem. Kara zatarta jakby nigdy nie miała miejsca, więc pracodawcy nie złamali przepisów zatrudniając dzieciobójczynię. Ba – nie mieli prawa jej nie zatrudnić. Wszyscy podkreślają jednak, że trzeba coś zrobić, by takie osoby jak bohaterka przedmiotowej historii nie mogła już więcej pracować z dziećmi. To ostatnie ochoczo podchwycili politycy, którzy zawsze chcą się wykazać, zwłaszcza gdy nie trzeba tykać rzeczywistych problemów.

Gdy tak tego wszystkiego słucham, znów mam wrażenie, iż odstajemy od normalnej reszty świata.

Po pierwsze nie jest prawdą, iż tak wygląda sprawa, jak to prezentują nam media. W sytuacji potężnego bezrobocia szkoły i MEN mają na pewno na każde miejsce wielu chętnych i wcale nie trzeba było starającej się o robotę dzieciobójczyni odmawiać z powodu błędów przeszłości. Wystarczyło zatrudnić kogo innego. W szkolnictwie, odmiennie niż w urzędach, nawet w teorii nie ma czegoś takiego jak konkursy i jawne (przynajmniej w założeniu) nabory na wolne etaty. Zatrudnia się kogo chce, w pierwszym rzędzie znajomych i z polecenia. Nikogo się nie informuje, dlaczego jego kandydaturę odrzucono, a inną przyjęto. Między więc jawne kłamstwa można włożyć tłumaczenia MEN i kierownictwa szkoły, iż nie można jej było odmówić. Jeszcze gorzej jest z pracą katechetki. Kierowanie do nauczania religii jest zastrzeżone biskupowi diecezjalnemu, a po cofnięciu przez niego skierowania dla danej osoby następuje jej automatyczne zwolnienie z funkcji katechety*. Spośród na pewno wielu kandydatek i kandydatów Kościół wybrał osobę, w której teczce widniało jak wół – dzieciobójczyni. Może dostała rozgrzeszenie? Oczywiście nikt się nawet nie zająknął o tym aspekcie sprawy, bo to temat tabu. Wszystkie media zatrzymują się tylko i wyłącznie na temacie: nauczyciele i ich zatrudnianie przez państwo oraz administrację. O Kościele i katechetach cisza. A ja się tylko zastanawiam, jak można wierzyć, iż ktokolwiek w Kościele chce naprawdę zwalczyć pedofilstwo i inne patologie, co dotyczy przecież osób z reguły niekaranych, skoro przyjmuje pod swe skrzydła ewidentnych morderców z prawomocnymi wyrokami. I to nie takich zwykłych, bo zabójstwo może się zdarzyć każdemu, choćby w samoobronie, ale zabójców najbardziej patologicznych. Osoba o której mowa nie pochodziła bowiem z marginesu, nie zakatowała dzieciaka znieczulona swym niskim poziomem umysłowym i alkoholem lub narkotykami, ale uczyniła to na zimno, z pełną premedytacja, jako element konsekwentnie stosowanych metod wychowawczych, czyli lania pasem. Inna sprawa, że dyscyplina (w znaczeniu bicza lub rózgi, a nie wierności regułom) w katolickim szkolnictwie i metodologii pedagogicznej ma długą i udokumentowaną tradycję. Oczywiście, gdyby taki temat w ogóle w mediach się pojawił, co raczej nam nie grozi, Kościół by przekonywał, iż nie wiedział. Raz, że kto choć trochę zna funkcjonowanie tej instytucji, nigdy w to nie uwierzy, a dwa, iż jeśli byłoby to prawdą, to jak ma Kościół zrobić porządek z czymkolwiek w swych szeregach, skoro nie ma pojęcia, co się w nich dzieje. Polska jawi się Kościołowi, tak można domniemywać w świetle jego działań, jako prywatny folwark. Niestety pan tego folwarku nie robi nic, by było w nim dobrze.

Teraz przejdę do najważniejszego, do tego, co się wiąże z tą sprawą i jednocześnie najbardziej pokazuje, jak patologiczna jest nasza rzeczywistość społeczna i jak odstajemy od demokratycznej normalności. Jak już wspominałem wielokrotnie, w Polsce panuje mentalność więzienna, będąca dominującą w naszym społeczeństwie. W dodatku jest ona stale wzmacniana, z każdym kolejnym pokoleniem wchodzącym w szpony systemu edukacji i „wychowania”. Jednym z kluczowych następstw takiej mentalności jest zaburzenie perspektyw czasowych i postrzegania sytuacji oraz systemu. Teraźniejszość rozdyma się do niespotykanych rozmiarów zawłaszczając przeszłość, a przede wszystkim przyszłość, co sprawia, iż nie podejmujemy działań mających dać poprawę rzeczywistości w przyszłości ani nie wyciągamy nauk z przeszłości oraz nie wierzymy w możliwość wpłynięcia na władzę, którą jednocześnie oceniamy jako wrogą i dominującą. Przyjrzyjmy się temu na naszym przypadku katechetki sadystki.

Z jednej strony absolutna większość deklaruje, że żyje w demokracji, że ma wpływ na rzeczywistość, a z drugiej strony twierdzi, że władza jest zła i niemoralna. Jednocześnie chce, by władza w formie szczegółowych nakazów i zakazów wyręczyła nas z obowiązku podejmowania wszelkich decyzji. Z jednej strony narzekamy na władze, a z drugiej oczekujemy ustaw, przepisów i procedur, które pozwolą nam działać bezmyślnie, jak niewolnicy, które zwolnią nas z myślenia i brania odpowiedzialności za następstwa naszych czynów. Przecież nikt nie kazał dzieciobójczyni zatrudniać. Po co wmawiać ludziom takie głupoty, że nie można jej było odmówić, skoro codziennie odmawia się tysiącom ludzi szukającym pracy, również w szkolnictwie. Odmawia się ludziom o kryształowej przeszłości, o wybitnej inteligencji i kompetencjach, a jej nie można było odmówić? Ale nie. Nikt o tym nie myśli. Rząd już wydaje oświadczenia, iż stworzy nowe przepisy, by takie sytuacje się nie powtórzyły. Nikt nie zauważa, iż to jeszcze bardziej nas zniewoli. Moralnie i umysłowo. W dodatku nic to nie da, gdyż nie da się przewidzieć wszystkich sytuacji, jakie niesie życie, i na wszelkie okoliczności zabezpieczyć się procedurami i przepisami. A o tym właśnie marzymy, co jest przecież zaprzeczeniem wolności.

Porzućmy na chwilę naszą dzieciobójczynię i zajmijmy się innym przypadkiem.

W 2010 roku w Szwecji zdarzyło się coś, co tam jest zdumiewające, a u nas wręcz normalne. Dwóch wesołych gości jadących samochodem Audi w sposób oględnie rzecz biorąc niezgodny z przepisami, nie miało ochoty zatrzymać się na wezwanie policji. Sytuacja u nas normalna, a tam równie wyjątkowa jak napad na bank. Szwedzka drogówka natychmiast dokonała siłowego zatrzymania, którego przebieg widać na poniższych fotkach, za które zresztą ich autor dostał jakąś szwedzką nagrodę za fotografię dokumentalną.






Nie sądzę, by w Szwecji procedury zatrzymywania pojazdów w ruchu przewidywały taranowanie. Jednak to pokazuje myślenie o przyszłości, które jest jednym z wyznaczników prawdziwego społeczeństwa obywatelskiego. Szwedzcy policjanci doszli do wniosku, że staranowanie uciekających zagrozi co najwyżej życiu i zdrowi tych ostatnich, a to na pewno lepszy wybór, niż długi pościg, który będzie zagrożeniem dla niewinnych, niezwiązanych ze sprawą uczestników ruchu, być może nawet rodzin z małymi dziećmi. Za tą decyzję policjanci zostali uhonorowani nagrodami i wyróżnieniami. U nas oglądano by się na procedury i przepisy. Co chwilę w naszych mediach słychać o ofiarach drogowych kanalii uciekających przed policją. Ofiarach, które zawdzięczamy między innymi temu, że policjanci gonią, ale boją się zatrzymać, albo wręcz tylko robią fotkę, którą z mandatem wysyłają pocztą nie reagując w ogóle na sytuację w momencie jej zaistnienia. Czasami gonią, ale niejednokrotnie trwający dziesiątki kilometrów pościg rodzi dla wszystkich zagrożenie nie tylko ze strony uciekających, ale i goniących, lecz zakończyć go można tylko w sposób określony przez przepisy i procedury. Nawet jeśli nie przewidziały one jakiejś sytuacji, należy się ich trzymać. Nie chciałbym być w skórze polskiego policjanta, który by postąpił tak, jak jego szwedzcy koledzy. Nie kierujemy się poczuciem dobra i zła, oceną sytuacji, czy moralnością. Nawet dysponenci pogotowia ratunkowego i lekarze coraz częściej nie kierują się przysięgą Hipokratesa, ale przepisami, które tworzą ludzie niejednokrotnie kompletnie niekompetentni i oderwani od rzeczywistości. Zamiast sumień i mózgów, jak więźniowie, mamy system i procedury. I wciąż domagamy się nowych.

Oczywiście to była sytuacja wyjątkowa, ale wspomnę teraz o zwykłej. Jakiś czas temu grupka rodaków wybrała się do Szwecji busem. Kiedy sobie jechali w błogim zadowoleniu zbudowanym na wizji udanych biznesów, nagle usłyszeli za sobą syrenę radiowozu. Zatrzymali się do kontroli, pewni swej niewinności, gdyż już wcześniej zostali uprzedzeni, iż przekraczanie prędkości to samobójstwo, a i innych przepisów drogowych lepiej w Szwecji również nie łamać, więc jechali spokojnie, jak nigdy w Ojczyźnie. Policjant zarzucił im, iż wyrzucili przez okno śmieci z popielniczki. Oni powiedzieli, że niemożliwe. Na to, i tu wyobraźcie sobie ich miny, gliniarz im powiedział, że ma świadka, który to widział w miejscowości 80km wcześniej, gdzie się na chwilę zatrzymali, i albo zapłacą karę, albo on zatrzyma samochód i dokumenty do czasu uiszczenia grzywny. Ledwo, w ramach zrzuty, kompletnie drenując portfele, zdołali uzbierać należną sumę. A u nas? Kara za zaśmiecanie? Śmiech. W Niemczech jest „policja śmieciowa” która grzebie w śmieciach, by ustalić do kogo należą, a kary są horrendalne. A u nas? Śmiech. Granica przyzwolenia na zło przesuwa się u nas nieustannie w kierunku czynów coraz cięższych gatunkowo. Co wczoraj było karane, dziś już nie jest. Co jest karane dziś, jutro nie będzie. Najgorsze jest jednak to, że nie ma już możliwości kierowania się własną oceną; postępowania tak, jak należy. Gdyby nawet znalazł się ktoś, kto chciałby się czepiać takich drobiazgów jak rzucenie peta na ziemię, zrobiono by z niego wariata. Choćby po to po, by swym przykładem nie pokazywał, że jednak można coś robić i przez to nie stawiał innych w złym świetle.

Z jednej strony narzekamy na zniewolenie przez państwo, typowa reakcja więźnia, a z drugiej się tego domagamy. Wszędzie zakazy, nakazy. Zakaz wejścia do lasu, oczywiście pod karą grzywny, bo sam zakaz to za mało. Zakaz tego i zakaz tamtego. Zakaz wysyłania karetki tam, zakaz przyjęcia jednego pacjenta więcej. Wszędzie zakazy i nakazy, wszędzie procedury. A nam wciąż mało. Nawet wtedy, gdy nie ma przepisu, jak w przypadku naszej dzieciobójczyni, gdy możemy czynić dobrze nie naruszając przepisów, gdyż ich nie ma, i po prostu jej nie zatrudnić, wynajdujemy ewidentne kłamstwa, by się usprawiedliwić i żądamy tworzenia procedur, które pozwolą nam uniknąć podejmowania decyzji w podobnych sytuacjach w przyszłości.

Kiedyś pisałem recenzję z powieści pióra Stuarta MacBride Zimny pokój (oryg. Dark Blood). Pięknie w niej jest pokazane, iż w wielu krajach nadzór nad sprawcami przestępstw, które uznawane są za szczególnie społecznie niebezpieczne, nigdy nie ustaje. Oczywiście państwo nie jest w stanie zapewnić realizacji tak kosztownego, tak długotrwałego przedsięwzięcia, więc zajmują się tym wolontariusze, którzy w krańcowych przypadkach mogą takiego delikwenta nadzorować przez całą dobę. Sęk w tym, że u nas łatwo o zryw, typu lincz, Wielka Orkiestra czy inna akcja, ale brak tradycji długofalowego działania. Jest to spójne z psychika więźnia, który wszystko ocenia przez pryzmat dnia dzisiejszego, a nie przyszłości. Nawet te akcje, które trwają wiele lat, same w sobie są jednorazowe i nieobywatelskie – dajemy pieniądze Owsiakowi, by przez resztę roku zajmować się już tylko sobą i naszym dzisiaj. O tym, jak je spożytkowano, dowiadujemy się, o ile w ogóle, z jego oświadczeń publikowanych przy okazji zbiórki w następnym roku. Chętnie oddajemy innym prawo do działania i decydowania.

Wracając do tematu, zatarcie kary nie może być interpretowane jako zapomnienie o fakcie, jakby nie miał miejsca. Gdy się słucha niektórych teoretyków, aż śmiech bierze. Gdyby przyjąć ich logikę, w książkach historycznych nie wolno pisać, iż ten a ten zabił tego a tego, kiedy z mocy prawa nastąpi zatarcie kary. Bzdura! Zatarcie kary to fikcja prawna skuteczna w ściśle określony sposób, ale nie wymazanie faktów! Skoro nawet elity zaczynają myśleć tylko w kategoriach przepisów i procedur, w dodatku nie znając ich zbyt dobrze, i zapominają o takich narzędziach jak własne przekonanie, moralność i zdrowy rozsądek, to czego oczekiwać od reszty społeczeństwa. Wszak nawet papież Jan Paweł II zauważał, iż motłoch sam nie potrafi się rządzić i przestrzegał przed zmianą polskiej demokracji w ochlokrację, co niestety dzieje się na naszych oczach. A sprawa dzieciobójczyni, nauczycielki i katechetki w jednym, kolejnym tego objawem.

Ktoś nie wykazał się zdrowym rozsądkiem, odwagą i prawością, nie okazał się po prostu porządnym człowiekiem, a pozostali, zamiast to wprost powiedzieć, usiłują go usprawiedliwiać i tworzyć nowe elementy procedur, które będą dupochronami dla kolejnych pokoleń urzędników znajomków bez kompetencji i bez moralności.

Za Kopernika można sobie było kupić godność kościelną, za cara można było sobie kupić etat w urzędzie. Gdy patrzę na to, jak się teraz obsadza stanowiska, mam wrażenie, iż tamte rozwiązania w porównaniu do naszych nie były takie złe. Przynajmniej wszystko było jasne


Wasz Andrew


* Wg oficjalnych informacji na stronie Kurii Diecezjalnej w Zielonej Górze

piątek, 28 czerwca 2013

Powiedz TAK ŻYCIU





Z reguły nie namawiam nikogo do udziału w żadnych zrzutkach pomocowych, akcjach charytatywnych czy innych podobnych imprezach. Wszelkie zaś łańcuszki, zwłaszcza internetowe, tępię z całą stanowczością. Z wielu powodów zresztą. Zdecydowanie zaś popieram pomoc osobom, które znamy, lub które znają osoby, które znamy. Dziś robię wyjątek.

Stowarzyszenie "TAK ŻYCIU" obchodzi dwudziestolecie. Jest to organizacja działająca w Strzyżowie, miejscowości oddalonej kilkadziesiąt kilometrów od Rzeszowa. Jej głównym celem jest wsparcie i integracja osób niepełnosprawnych i ich rodzin oraz innych osób w trudnej sytuacji życiowej. Organizacja utrzymuje się z wkładu swoich członków oraz dobrych serc darczyńców. Niestety, jak większość naprawdę porządnych stowarzyszeń tego typu, ciągle boryka się z brakiem środków.

Niedawno „Tak Życiu” zdobyło dwoje niezwykłych sympatyków. Są to Katarzyna i Wojciech Grzybowie. To właśnie dzięki nim, możecie teraz pomóc stowarzyszeniu licytując unikalną koszulkę środkowego Wojtka Grzyba wraz z autografem. Jeśli sami nie macie możliwości, albo nie chcecie, zawsze możecie wspomóc stowarzyszenie w inny sposób.






Szkoda tylko, że jak na razie na stronie stowarzyszenia nie ma konta, na które można wpłacać pieniążki,  a i nazwę wybrało niezbyt fortunnie. Próba wygooglowania po nazwie prowadzi do całkiem innych tematów. W dodatku raczej nie za bardzo ma szczęście do pomocy ze strony władz. te jak zwykle mają inne priorytety. Ale cóż - inicjatywa na pewno warta wsparcia, więc jeśli macie pomysły i możliwości, to działajcie 

Wasz Andrew

Ps. Na stronie licytacji koszulki (pierwszy link pod zdjęciem) jest już numer konta na które można wpłacać pieniążki, by pomóc Stowarzyszeniu.


czwartek, 20 czerwca 2013

Dentysta sadysta





Nie tak dawno pisałem o królującej w Polsce mentalności więziennej, którą społeczeństwu wpaja się przez cały czas edukacji, a już mamy następny kwiatek ujawniający zatrważającą skalę tego zjawiska. Zjawiska, które sprawia, iż człowiek dający znać odpowiednim organom o nagannych faktach nie jest świadomym, godnym szacunku i naśladowania obywatelem, jak to jest wśród normalnych ludzi w normalnych krajach, a kapusiem, szpiclem, donosicielem lub konfidentem. Nawet sami funkcjonariusze służb patrzą w naszym kraju na takich dziwnym wzrokiem, choć powinni ich na rękach nosić, również ze względu na rzadkość takich zachowań. Kto nie wierzy, niech pójdzie na najbliższą komendę lub do prokuratury i spróbuje zgłosić, iż gdzieś w lesie ktoś wyrzucił worek ze śmieciami i należy się tym zająć, tak jak w Niemczech, gdzie podobne znaleziska się rozgrzebuje w celu zdobycia dowodów pozwalających ustalić ich właściciela. Tylko najpierw niech kupi sobie coś mocnego na nerwy.

Wczoraj wszystkie serwisy obiegła wiadomość, iż w Radomsku w łódzkiem pijany w sztok (2,7 promila) stomatolog, który miał u 28-latka przygotować górne jedynki i dwójki do założenia na nie koron oraz pobrać wycisk, zamiast ten ostatni pobrać, dał go pacjentowi, i to dosłownie. Po kilkakrotnym znieczuleniu biedaka (sam już się wcześniej znieczulił przy pomocy innego środka) dentysta „zeszlifował” mężczyźnie kilka zębów do tego stopnia, iż naprawienie ich będzie „bardzo kosztowne”. Młodzian siedzący na fotelu okazał się twardzielem, a raczej zakutą pałą, gdyż zbulwersował się dopiero wtedy, gdy jedna z jego jedynek na jego oczach wylądowała w śmietniku. Dopiero wtedy zbuntował się, powiadomił policję, a sam udał się do konkurencyjnego wyrwizęba, by ten opatrzył mu dziurę po jedynce. Ciekawe, czy ten ostatni był trzeźwy? O tym media milczą.

To zdarzenie ma kilka aspektów i ogniskuje, jak w soczewce, obraz polskich patologii, które sprawiają, iż między bajki można włożyć twierdzenia polityków, iż należymy do Europy. Wszak nie mają na myśli Europy w sensie geograficznym.

Oczywiście, alkoholicy są na całym świecie i wszędzie zdarzają się sytuacje, gdy ktoś podejmuje czynności wymagające trzeźwości bynajmniej trzeźwym nie będąc. Na pewno jednak nie jest normalnym, iż się to toleruje. Z wyjątkiem Polski, i miejsc na wschód od nas, niełatwo być świadkiem sytuacji, gdy matki i rodziny bezczynnie przyglądają się, gdy ledwo trzymający się na nogach pijany ojciec pakuje do samochodu dzieci i wyjeżdża na drogę. U nas bowiem od najmłodszych lat uczy się, iż nie ten źle robi, kto ściąga w szkole, kto kradnie i pije, tylko ten, kto kabluje. Nie ten czyni źle, kto krzywdzi ludzi, tylko ten, kto to ujawnia psując opinię danej kliki u nas najczęściej zwanej grupą zawodową, że o rodzinie nie wspomnę. To dlatego u nas mniej uprawnień odbiera się w całym kraju za wszelkie możliwe wykroczenia i przestępstwa popełniane przez lekarzy niż w samym tylko Londynie za zbyt mało uprzejme zwracanie się do pacjenta. Dotyczy to zresztą chyba wszystkich, od księży poczynając, przez sędziów, prokuratorów i policjantów na nauczycielach, politykach i urzędnikach kończąc.

Jakby tego było mało, zamiast jak za komuny uczyć nieufności do władzy i dystansu do autorytetów, od dzieciństwa wpaja się ludziom bojaźn wobec symboli; naukowych, kościelnych, państwowych. Ksiądz, profesor, prezydent czy premier, lekarz i adwokat, bogacz albo polityk, wymieniać można długo, to osoby poza prawem, poza zasięgiem zwykłego obywatela, który dla nich jest niczym. To dlatego w przypadku ich nagannego zachowania ludzie nie reagują. Nie wierzą, że ma to sens. Nie wiedzą nawet, że mają do tego prawo, by się sprzeciwić. Jak można rzucać złe słowo na lekarza czy księdza?

Ten pacjent, o którym się wszyscy wczoraj rozpisywali, nie był jakimś ciemnym chłopkiem z marginesu, skoro chodził do stomatologa. Większość rodaków nie chodzi. Jak w tym kawale: - Po czym poznać Polaka za granicą? – Po zębach. I biedak nie mógł nie czuć, że jego konował jest ululany. Wszak byli, i to dosłownie, twarzą w twarz. A jednak, w imię typowo polskiego, posuniętego do absurdu konformizmu, siedział na fotelu i dał się „leczyć”. Moim zdaniem nie powinien dostać żadnego odszkodowania. Wiedział na co się godzi.

Ciekaw jestem, jak się sprawa zakończy. Jakie reperkusje, i czy w ogóle jakieś, spotkają w ostatecznym rozrachunku dentystę wirtuoza. Ale o tym się pewnie nie dowiemy. Takimi rzeczami zajmuje się tylko kilka osób w kraju, o których można powiedzieć, iż uprawiają dziennikarstwo. Reszta goni tylko za newsem, który przepisują w nieskończonych kopiach bez zrozumienia, bez komentarza, bez dociekań i wątpliwości, bez informowania później o ciągu dalszym.

No i miał rację Miłościwie nam Panujący – jesteśmy Zieloną Wyspą. Gdzie indziej spotkać ochotników, którzy jeszcze zapłacą za to, by ich leczył, a nawet operował, pijany szaman?