środa, 13 marca 2013

Gdzie zjemy sól wypadową?


Wreszcie ujawniono listę firm, które karmiły nas solą wypadową w chlebku, bułeczkach i ciasteczkach.
Można zobaczyć pełną listę w formacie pdf albo piękną mapkę.

Jeśli chodzi o tych, którzy tę sól ww producentom dostarczali, GIW podaje do publicznej wiadomości nazwy jedynie trzech przedsiębiorców:

  • Amasol Sp. z o.o. , Chełmiczki 45, 88-121 Chełmce, gm., Kruszwica
  • PPHU Konsalt, Chełmiczki 45, 88-121 Chełmce
  • ZPS Łojewski Sp. z o.o., ul. 23 Stycznia 2, 63-130 Książ Wlkp.

 Wspomniana lista nie obejmuje jednak producentów m.in. wyrobów mięsnych, mleczarskich i przetwórstwa rybnego, których kontrola leży w kompetencji Głównego Inspektoratu Weterynarii. Na wniosek Fundacji Pro-Test w sprawie ujawnienia informacji publicznej GIW nie udostępnił bowiem listy producentów, u których stwierdzono sól wypadową. W związku z tym Fundacja Pro-Test skieruje przeciwko GIW sprawę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego o ujawnienie tej listy, ponieważ nadrzędnym prawem konsumentów jest prawo do informacji.

Wasz Andrew za PRO-TEST

wtorek, 12 marca 2013

Historia Rudego




T-34 in Action 

Steven Zaloga, James Grandsen & Don Greer 

Squadron/Sigma Publications 1983 
ARMOR No. 20 

Dziś przedstawiam kolejną broszurę z serii wydawniczej In Action, z linii Armor, oznaczoną numerem 20 i poświęconą T-34. Na pozór może się wydawać, iż temat jest banalny; czy jest choć jedna osoba, która nie widziała T-34 i nie słyszała tej nazwy? Miłośnicy militariów i historii, a zwłaszcza stalowych potworów, wiedzą, że Steven Zaloga i James Grandsen są gwarantem dobrej lektury, lecz czy jest w tej publikacji coś ciekawego dla przeciętnego czytelnika?

Zgodnie z tradycją serii w książeczce znajdziemy historię rozwoju jednej konstrukcji, w tym przypadku znanej na całym świecie jako T-34. Wszystko to opatrzone licznymi zdjęciami i rycinami. Numer jest wyjątkowo udany, gdyż koncentrując się tylko na jednym typie czołgu, w zwartej formie, ale dość szczegółowo, przedstawia dzieje jednego z najliczniej produkowanych i najdłużej użytkowanych bojowo pojazdów pancernych świata. Solidna porcja wiedzy okraszona jest wyjątkowo dobrze dobranymi, biorąc pod uwagę ograniczenia (49 stron), ilustracjami. Są to głównie zdjęcia, ale nie tylko. Szczególnie przydatne mogą być dla wszystkich, za wyjątkiem starych wyjadaczy, rysunki – klucze ukazujące, jak po detalach takich jak kształt wieży, wygląd osłony armaty, kół napędowych i innych elementach samodzielnie określić z jakiego okresu produkcyjnego, a nawet z jakiej fabryki dany pojazd pochodzi. Po co to nam? Dla modelarzy i początkujących historyków – bezcenne. Może nie tak obszerne jak poważne monografie, ale za to usystematyzowane, przejrzyste i poręczne. A dla zwykłych zjadaczy chleba przydatne choćby po to, by wiedzieć, co było nie tak z naszym „Rudym” 102.

Wiedza wiedzą, ale dla mnie powodem, dla którego lubię co pewien czas wracać do tego zeszytu, są fotografie in action, których tak brak było mi w poprzednio omawianym odcinku serii. Gdy się w nie dłużej wpatrywać, można poczuć prawdę o Froncie Wschodnim, gdzie jednostka była zerem, a ludzie tylko mięsem armatnim, które bez śladu ginęło w niezmierzonych przestrzeniach dalekiej Rosji. Niestety, książki tej nie znajdziecie w bibliotekach, a ceny nowych egzemplarzy są zaporowe. Pozostaje jedynie szukanie okazji z drugiej ręki. Czy polecam? Zdecydowanie


Wasz Andrew



(kliknij aby powiększyć)


poniedziałek, 11 marca 2013

German Halftracks in Action



German Halftracks in Action

Uwe Feits & Kurt Rieger

Squadron/Signal Publications
ARMOR NUMER 3


Seria In Action to kolekcja anglojęzycznych zeszytów, czy też jak kto woli broszurek, poświęconych konkretnym typom pojazdów militarnych, choć nie tylko, gdyż są także dotyczące choćby formacji wojskowych. Linia Armor dotyczy pojazdów lądowych; głównie pancernych.

Zeszyt trzeci traktuje o niemieckich półgąsienicówkach okresu II Wojny Światowej, pojazdach niezwykle udanych i wszechstronnych, począwszy od półgąsienicowego motocykla NSU „Kettenkrad” ’HK 101’ (Sk.Kfz.2), przez ciężarówki i podwozia aamobieżnej artylerii, aż po potężne ciągniki artyleryjskie Schwerer Zugkraftwagen 12 t (Sd.Kfz. 8). Pomimo skromnej objętości (48 stron) zdołano w wydaniu pomieścić dobrej jakości zdjęcia oraz zwięzłą i dość wyczerpującą informację o historii rozwoju każdej z przedstawionych konstrukcji. Oczywiście, nie można tej książeczki nazwać monografią, lecz z drugiej strony jest ona wystarczająca choćby dla modelarzy, którzy chcą wiedzieć coś więcej o sprzęcie, nad którego miniaturą pracują. Zdjęcia też mogą się im przydać. Może to być też wartościowa pozycja dla miłośników historii, a nawet historyków, gdyż próba zrozumienia losów wojen bez znajomości sprzętu uczestniczących w niej stron jest przedsięwzięciem o wątpliwych szansach na powodzenie. Niestety, gorzej nieco jest tym razem z tytułowym in action. Zdjęcia wybrane ze znawstwem ukazują dużo detali i dają spore pojęcie o specyfice omawianych pojazdów, lecz brak wśród nich zdjęć z walki. Mamy głównie fotki z przemarszów, jazdy w terenie, itd. To chyba jedyny minus tego akurat odcinka bardzo dobrej przecież serii wydawniczej. Czy więc warto kupić omawiany zeszyt, gdyż w bibliotekach go raczej nie uświadczycie?

No właśnie. Doszliśmy do ciekawej rzeczy. Zwróćcie uwagę na cenę sugerowaną umieszczoną przez wydawcę na okładce - $3.95(!). A potem wejdźcie do sieci i zobaczcie ceny. Na rynku wtórnym są dużo wyższe, niż ta z okładki, ale jeszcze w graniach zdrowia psychicznego, zwłaszcza w Polsce. Za to na pierwotnym… Sami oceńcie. Skąd taka dysproporcja? Tutaj dochodzimy do ciekawych refleksji i spostrzeżeń.


Pisałem już o prawach autorskich, które pod wieloma względami kojarzą mi się z hasłem z komunistycznej encyklopedii, do którego odnośniki znajdowały się przy wielu innych tematach – „pseudonauka burżuazyjna stworzona w celu ogłupienia mas pracujących”. Zobaczcie na rok przy copyrightce na stronie 2 – 1972. A obok napis: „Żaden element tej książki nie może być…”. A przecież zdjęcia, które prędzej niż treść, mogą być pokusą wartą skopiowania, zostały zrobione w czasie wojny. Nawet zakładając, iż liczymy czas od pierwszej publikacji, to czy mamy uwierzyć, że akurat w tym wydaniu wszystkie zostały po raz pierwszy upublicznione? Widać wyraźnie, iż prawa autorskie w wielu przypadkach, tak jak w tym, nie służą do ochrony należnych praw, ale do zapewnienia profitów nienależnie pobieranych przez wybrańców oraz do utrudnienia dostępu do zasobów informacji i dokumentów, które powinny być darmowe. To wszystko w zestawieniu z obecnymi cenami mówi samo za siebie. Mam wrażenie, iż za komuny cena owych publikacji na zachodzie była niska, by komunistyczna propaganda nie krzyczała, iż burżuje zdzierają od biednej młodzieży, która chce poznawać historię. Od upadku komuny ceny takich książek na Zachodzie rosną systematycznie i jest to może najmniej ważny, ale jednak dość wyraźny sygnał kierunku, w którym zamierza iść większość państw kapitalistycznych. To tylko jednak taka refleksja.

Czy broszura warta jest zakupu? Zależy od tego, za ile uda się Wam ją trafić. To musicie sami ocenić. Ja mogę tylko powiedzieć, iż lektura była interesująca, nawet dla osoby obeznanej z tematem, a zdjęcia rewelacyjne, choć nie tak, jak w innych numerach serii.


Wasz Andrew



piątek, 8 marca 2013

Memento mori





Niektórzy ludzie są… są tak pochłonięci troszczeniem się o tamten świat, że nie mają kiedy się nauczyć, jak trzeba żyć na tym

Zabić drozda (oryg. To Kill a Mockingbird) Nelle Harper Lee

czwartek, 7 marca 2013

środa, 6 marca 2013

Rób raz, a dobrze



Zabić drozda

(oryg. To Kill a Mockingbird)

Nelle Harper Lee

tłumaczenie: Zofia Kierszys
wydawnictwo: Wibet/Rachocki Pruszków 1994

Gdybym wcześniej przeczytał jakąś recenzję powieści Zabić drozda, jedynej książki, jaką wydała Amerykanka Harper Lee, pewnie nieprędko bym po nią sięgnął. Gdybym przeczytał dwie, musiałbym przeczytać więcej, a wtedy sam nie wiem, gdyż każda mówi jakby o innej książce. Na szczęście kiedyś Skoda, chwała wieczna jej za to, zasponsorowała konkurs czytelniczy w serwisie LubimyCzytać.pl i wybór dzieł, które wytypowano do oceniania oraz recenzowania w ramach owego współzawodnictwa, stał na naprawdę wysokim poziomie. Był to po prostu niezwykle udany zestaw must read. Wspomniana amerykańska autorka ze swoim dziełem też się znalazła w owym zestawieniu i choć nie przeczytałem Zabić drozda w ramach wspomnianego wyzwania, gdyż nie lubię czytać na zamówienie i na czas, o ornitologicznym tytule nie zapomniałem.

Czy można opublikować tylko jedną powieść w życiu i stanąć od razu, a zarazem na zawsze, w gronie najlepszych piór świata? Można. Jak w dawnej maksymie życiowej, o której już teraz mało kto pamięta: rób raz, a dobrze. Buduj i pisz tak, jakbyś miał żyć wiecznie, żyj tak, jakbyś miał umrzeć jutro. Pani Nelle Harper Lee wydała tylko jedną powieść, i przyniosła jej ona nie tylko sławę, Nagrodę Pulitzera i Prezydencki Medal Wolności oraz wiele innych honorów, ale przede wszystkim wieczne miejsce w historii literatury i sercach czytelników, którego zazdrościć jej mogą nawet laureaci Literackiej Nagrody Nobla. Kim jest ta skromna pani, obecnie już starowinka, która w 1960 roku stworzyła dzieło, które dziś rzuciło mnie na kolana, podobnie jak wielu innych przed mną, i która przez swą skromność i postawę jawi nam się trochę jak ktoś z nie tego świata?

Nelle Harper Lee urodziła się w 1926 roku. Dorastała w zapadłej dziurze na Białym Południu jako najmłodsza córka wydawcy lokalnej gazety, który był jednocześnie miejscowym prawnikiem i praktykował w latach od 1926 do 1938. Oczywiście byli Białymi. Zanim jej ojciec został formalnie przyjęty do palestry, bronił dwóch Czarnych, ojca i syna, oskarżonych o zabójstwo białego sklepikarza, ale obaj zostali skazani i powieszeni. Lee od najmłodszych lat była pożeraczem książek, a jej najlepszym przyjacielem od lat dziecięcych był sąsiad, młody Truman Capote (Truman Streckfus Persons), który wyrósł na znanego amerykańskiego pisarza. W przeciwieństwie do swej koleżanki z podwórka tworzył wiele.

Znając już choćby ten pobieżny początek biografii naszej pisarki nietrudno się domyślić, iż choć fabuła powieści Zabić drozda jest fikcyjna, zawiera w sobie wiele wątków autobiograficznych i obrazów z dzieciństwa autorki. Główną postacią opowieści jest ośmioletnia Smyk* Jean Louise Finch, prawdziwa chłopczyca, młodsza siostra Jeremy’ego Atticusa Fincha zwanego Jem. Są półsierotami wychowywanymi przez ojca Atticusa Fincha, który jest białym prawnikiem, oraz czarną nianię. W małym, nieco zabitym dechami, miasteczku lat trzydziestych problemy rasowe wydają się uśpione. Nie ma tam Klanu, nie ma zbuntowanych Czarnuchów i każdy zna swoje miejsce. Do czasu, aż jeden z Czarnych zostaje oskarżony o zgwałcenie Białej. Miejscowy sędzia na obrońcę z urzędu wyznacza Atticusa. Łatwo przewidzieć, iż sprawy zaraz zaczną się komplikować i nic już nie będzie takie jak było. Co jednak się będzie działo, tradycyjnie Wam nie zdradzę.

Na podstawie powieści w 1962 roku w reżyserii Roberta Mulligana nakręcono film fabularny pod tym samym tytułem z Gregorym Peckiem w roli Atticusa. Film został uhonorowany trzema Oscarmi i trzema Złotymi Globami. Obraz ten, podobnie jak wiele recenzji samej powieści, koncentruje się głównie na temacie początków walki z rasizmem na amerykańskim Południu. Jest to tylko jednak jeden z aspektów, które nadały książce tak wielką rangę w historii literatury i tak wyjątkowe znaczenie według mojej własnej oceny.

Są powieści świetne, są powieści rewelacyjne, są też prawdziwe dzieła. Jedne się zestarzeją i z upływem czasu przestaną przemawiać do czytelników, inne zachowają swą świeżość, swą moc poruszania serc i umysłów na wieki. Te ostatnie to arcydzieła. Obawiam się używać tego słowa, podchodzę do niego niczym pies do jeża. W tym jednak przypadku nie mam innego wyjścia. To jest arcydzieło w pełnym i najpoważniejszym znaczeniu tego słowa.

Powieść Harper Lee jest o rasistowskim południu Stanów. I jest o rasizmie w USA. O walce z nim też jest. Choć temat ten jest wciąż aktualny, i pewnie będzie zawsze na czasie, gdyż wiele narodów w każdej epoce ma swych Czarnuchów, tylko ich nazwy się zmieniają. Jest to jednak również pięknie odmalowany obraz lat trzydziestych na prowincji południa USA. Plastyczny, żywy, jak wspomnienia autorki, którymi przecież jest w istocie ta książka. Mamy też płaszczyznę kryminalną i sądową, owo zgwałcenie, oskarżenie, i to wszystko co z nich wynikło, a czego zdradzać nie będę, gdyż rozwój owych konarów wyrastających z pnia głównego przestępstwa jest całkiem odmienny od tego, czego się możemy spodziewać, a samo zakończenie owych wątków w pełni zaskakujące, niczym w świetnym kryminale. Można widzieć tu powieść obyczajową, gdyż rzeczywiście, tło i zwyczaje społeczne ukazane zostały z niezwykłym mistrzostwem, a postacie, którymi zaludniony jest świat tej powieści to prawdziwy popis przekonujących, dynamicznych i wyrazistych charakterów. Mamy jeszcze kilka innych, znaczących wątków, splecionych ze sobą, jak choćby tajemnica Artura "Boo" Radleya ukrywającego się przed światem w sąsiednim domostwie. Każdy ma znaczenie, każdy ma swą rolę w całości i nierozerwalnie jest z nią połączony. O czym więc jest ta historia?

O ludziach, i o życiu. O rodzinie i miłości. O tym, czym się różni człowiek od motłochu i o tym również, że motłoch składa się z ludzi. Tak naprawdę nie jest to powieść o latach trzydziestych, rasizmie i Ameryce. Wystarczy zmienić nazwiska, kraj i czasy, byśmy zobaczyli to, co odgrywa się wszędzie i zawsze. To przede wszystkim opowieść o odwadze. Nie tej głupiej, której może doznać nawet największy debil pod wpływem strachu lub propagandy, zwłaszcza gdy ma karabin w ręku i nie myśli o tym, iż za chwilę może skończyć jako kukła bez rąk i nóg, ale tej prawdziwej, która w imię wyznawanych wartości i samego człowieczeństwa wymaga, by stanąć do walki z góry skazanej na przegraną. By dzień po dniu, z tą świadomością, że konsekwencje trzeba będzie ponosić do końca życia, robić NAPRAWDĘ to, co się uważa za słuszne i prawe, za warunek bycia dalej porządnym człowiekiem w swoich własnych oczach, nawet bycia człowiekiem w ogóle. Tak jak Atticus NAPRAWDĘ bronił oskarżonego o gwałt Murzyna, choć wiedział, że wygrać nie może, a stanąć będzie musiał przeciwko całej społeczności. Właśnie. Czy na pewno całej? A może robił to dla swoich dzieci i tych wszystkich, których głosy ginęły w powszechnym wołaniu, by powiesić Czarnucha, ale jednak gdzieś tam byli i robili co mogli, choć nic zrobić nie było w ich mocy? Warto podkreślić, iż w przeciwieństwie do wielu innych zawodowych obrońców uciśnionych; goniących za chwałą lub pieniędzmi; prawników, polityków i duchownych, Finch nie zgłosił się sam do sprawy, która jest osią fabuły. Został do niej wyznaczony przez miejscowego sędziego jako obrońca z urzędu i choć wie, że wygrać nie może, zamierza nie tylko wypełnić formalny obowiązek, ale wypełnić go NAPRAWDĘ; zrobić wszystko, by spróbować osiągnąć niemożliwe. Dla oskarżonego, dla swych dzieci, dla samego siebie i swego sumienia, dla wszystkich, nawet tych, którzy go za to znienawidzą.

„Zabić drozda to największy grzech" – zdanie klucz do całej powieści. Dlaczego? Przeczytajcie sami. Odpowiedź poznacie w trakcie lektury niezwykłej, również z tego powodu, iż narratorem jest ośmioletnia Smyk. Mówi ustami dorosłej kobiety, która wspomina siebie sprzed lat, ale zarazem pamięta dokładnie jak wtedy czuła, jak mówiła, co rozumiała i w jaki sposób, która pamięta siebie samą wtedy. Niesamowity zabieg, który się pisarce udał z niezwykłym wyczuciem, bez śladu fałszu czy sztuczności.

Nie wiem na jakim poziomie są inne tłumaczenia i wydania, ale to, które miałem przyjemność poznać, mogę polecić, mimo kilku wpadek. Drozd na okładce, to nie żaden drozd, tylko kwiczoł. Też z drozdowatych, ale to tak, jakby nie odróżnić rudzika od kopciuszka lub kosa. Skąd ten błąd nie mam pojęcia. Jest też w samym tekście kilka omyłek różnych rodzajów, ale nie wpływają one znacząco na odbiór tej wspaniałej książki. Mądrej, pięknej, prawdziwie wychowawczej. Zwykle nie używam takich określeń, gdyż wydają mi się zbyt górnolotne, a teraz mam wręcz wrażenie, iż nie oddają w pełni wagi tego dzieła. Moim zdaniem jest to lektura, jakiej potrzebuje nasze społeczeństwo i nasze czasy. Każde społeczeństwo i każde czasy, jeśli nie chcemy by motłoch nadawał ton ludziom.

Co nam z lektur, które propagują walkę zbrojną w czasach, gdy nie ma z kim walczyć? Do kogo strzelać? Jak umierać i za co? Wymordować tych, którzy myślą inaczej, jak nawołują hasła na koszulkach „patriotów”? Zabić drozda pokazuje jak żyć, a to wbrew pozorom jest chyba najtrudniejsze, jeśli chcemy pozostać porządnymi ludźmi, gdyż to walka, której końca nie ma, i w której konsekwencje podejmowanych decyzji będą nas dotykać do końca naszej drogi na tym świecie. To walka najtrudniejsza, gdyż tych porządnych zawsze jest zbyt mało, a ostatnio u nas chyba wyjątkowy ich deficyt. Nomen omen – w Polsce centralnej do drozdów strzela się jak do wściekłych psów. Przypadek to, czy złośliwy chichot Pana Boga?

Jeszcze raz zachęcam do lektury i podkreślam, iż jest to jedna z najwartościowszych, najbardziej godnych polecenia książek jakie dotąd miałem w ręku. Przy tym czyta się ją z przyjemnością tak wielką, że aż nieprzyzwoitą w zestawieniu z powagą i wagą przemyśleń, które wywołuje


Wasz Andrew


* w oryginale"Scout"



Prezydent USA George W. Bush odznacza pisarkę Prezydenckim Medalem Wolności ze słowami: Powieść Zabić Drozda zmieniła charakter naszego kraju na lepszy. To dar dla całego świata. Jako przykład mistrzowskiego pióra i prawdziwie ludzkiej wrażliwości, ta książka będzie czytana i przeżywana po wiek wieków" (tłum. A.V.).

poniedziałek, 4 marca 2013

Znaczy Kapitan



Znaczy Kapitan

Karol Olgierd Borchardt


Znaczy Kapitan to wydany po raz pierwszy w 1960 roku debiut książkowy dziś już niestety nieżyjącego już Karola Olgierda Borchardta, pisarza i marynarza, który karierę morską zakończył jako kapitan żeglugi wielkiej, a później wykładowca m.in. w Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni. W tym zbiorze 37 opowiadań autor zawarł swe wspomnienia ze służby na przedwojennych polskich żaglowcach szkolnych "Lwów" i "Dar Pomorza" oraz statkach pasażerskich "Polonia" i "Piłsudski". Kluczową postacią wszystkich opowieści jest postać kapitana żeglugi wielkiej Mamerta Stankiewicza, wielkiej i niezwykle charyzmatycznej postaci polskiej historii morskiej, którego przezwisko stało się tytułem książki.

Znaczy Kapitan był postacią absolutnie nieprzeciętną i wspomnienia o nim również się takimi okazały. Zdobyły sobie rangę nie tylko najlepszej prawdopodobnie polskiej książki marynistycznej, ale również zasłużyły na uznanie krytyków i czytelników jako jedna z ważniejszych pozycji w całym dorobku naszej literatury pięknej XX wieku. Od pierwszego wydania minęły już pokolenia, a proza Borchardta nadal pozostaje prawdziwie piękną. Mam nawet wrażenie, iż staje się coraz bardziej urokliwa i magiczna wraz z upływającymi dziesięcioleciami. Jej romantyzm to jednak nie tylko magnetyzm morskich opowieści.

Rozmawiając o tej książce trudno się zdecydować, co w niej najbardziej urzeka, co najbardziej wartościowe, co najważniejsze. Czy niezwykła wręcz skromność autora, który choć sam obdarzony wielkimi przymiotami serca i umysłu, zawsze swe opowiadania koncentruje na osobach i dokonaniach innych, mimo iż i jego życiorys wystarczyłby na nakręcenie niesamowitego filmu? Czy pochwała największych wartości, które są dla mnie istotą prawdziwego patriotyzmu i człowieczeństwa – uczciwości, oddania służbie, zaangażowania w solidną pracę? Czy literackie przymioty jego stylu? A może magia jego narracji sprawiająca, iż wielu wilków morskich wspomina Borchardta jako tego, który ich zaczarował i pchnął do tułaczki po oceanach? Czy może jednak najważniejszy jest wielki ładunek wiedzy o morzu tamtych czasów, o historii polskiej obecności na morzach i niezwykle przekonujący obraz ówczesnych realiów pozwalający wręcz przenieść się na pokład „Lwowa” czy „Daru Pomorza” i przeżywać przygody jego marynarzy i oficerów? Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć.

Warto jednak podkreślić, iż nie jest to książka tylko dla marynistów czy sympatyków tej tematyki. Znaczy Kapitan jest lekturą, którą z pełnym przekonaniem mogę polecić każdemu, a nawet ostatniemu, najbardziej zagorzałemu szczurowi lądowemu. Fascynujące jest choćby to, jak ówcześni Polacy, pochodzący z różnych zaborów i kultur, współdziałali ze sobą i nie wypominali jeden drugiemu słowami pełnymi nienawiści, iż jeden był z Moskwy, a drugi z Niemiec. To piękna karta ukazująca kult solidnej pracy, koleżeństwa i wytrwałości. Niestety, budzą się również i smutne refleksje, a to za sprawą dzisiejszej rzeczywistości. Wtedy, gdy mieliśmy ledwo skrawek wybrzeża, polskie parcie na morze było niezwykle silne, pomimo słabości ekonomicznej kraju dopiero próbującego scalić się w jeden organizm z trzech pozaborowych ochłapów. Po wojnie wydawało się, mimo dominacji ZSRR, iż zdołamy zbudować morską potęgę. Nasza flota handlowa była liczącą się w świecie, a rybacka jedną z największych. Teraz mamy niepodległość, niezależność, a z marzeń o świetności pozostały nędzne resztki floty, być może najgorsze nowe drogi na świecie i korupcja zadziwiającą wszystkich. Na szczęście takie refleksje przychodzą raczej po lekturze. W trakcie autor tak potrafi usidlić umysł czytelnika, iż liczy się tylko to, co się akurat dzieje na kartach książki. A dzieje się dużo i wszystko to okraszone jest szczerym, życzliwym i niepowtarzalnym humorem. Pierwszy raz czytałem tę książkę brzdącem jeszcze będąc. Na morzu na szczęście nie pozostałem na stałe, choć byłem już w sprawy morskie niezwykle zaangażowany, ale na pewno jeszcze do książek Borchardta, w tym do Znaczy Kapitana, powrócę, gdy tylko znajdę chwilę prawdziwie wolną, by całkowicie się tej lekturze oddać i w pełni jej posmakować, mam nadzieję wiele razy. Gorąco polecam i nadmienię tylko, iż warto szukać egzemplarzy opatrzonych oryginalnymi fotografiami (nie wiem, czy znajdują się one we wszystkich wydaniach). Te stare zdjęcia też mają swój urok i magnetyzm


Wasz Andrew

piątek, 1 marca 2013

Niemcy w kafejce



Dwaj turyści niemieccy pojechali na wycieczkę do Paryża, ale aby nie okazywać, że są z Niemiec, rozmawiali po angielsku. W kafejce zamawiają:

- Waiter, two Cinzano please!
- Dry ?
- Nein, zwei!