czwartek, 7 lutego 2013

Prawa autorskie

czyli opium dla mas




Do napisania niniejszego tekstu zdopingowała mnie sytuacja dotycząca kociokwiku panującego w Polsce w dziedzinie praw autorskich. Takiej mieszaniny cwaniactwa, złodziejstwa, niewiedzy, oszołomstwa i zakłamania próżno szukać w innych dziedzinach prawa, choć i tam nie jest różowo, a dowodem nieustający potok nowych tematów dla programów typu Uwaga czy Państwo w państwie. Cała ta materia, to ciągłe gadanie o piractwie, już doprowadza mnie do pasji, tym bardziej, iż większość społeczeństwa gotowa jest walczyć na noże o prawa autorskie, lub przeciw nim, nawet nie starając się zrozumieć, że sprawa wcale nie jest jednoznaczna prawnie, doktrynalnie, ani tym bardziej moralnie.

Intuicyjnie zrozumiałym jest, iż twórca powinien mieć prawa do korzyści ze swej pracy, przykładowo z rozpowszechniania jego utworu. Na pierwszy rzut oka wydaje się to logiczne i moralne. Już tutaj jednak, po głębszym zastanowieniu, można mieć wątpliwości.

  • Nasi pradziadowie nie mieli copyrightek i jakoś żyli. Chopin, Mozart i całe pokolenia innych artystów wszelkich możliwych rodzajów sztuki nie mieli ZAiKS-u i jakoś dawali sobie radę.
  • Czas trwania praw autorskich w większości przypadków jest uzależniony od długości życia twórcy (wygasa po określonym czasie od jego śmierci). Widać tu zależność od postępów medycyny, która w przyszłości może wydłużyć czas życia, a więc i nałożyć blokadę na korzystanie z pewnych idei nawet na całe stulecia (już teraz przy stu latach życia prawa autorskie mogą obowiązywać dwa wieki (sto lat życia twórcy + sto lat po śmierci). Widać także nierówność wobec prawa w świetle zróżnicowania średniej życia w różnych krajach i warstwach społecznych. Biedni żyją krócej i będą za to dodatkowo karani również krótszą ochroną prawną ich dzieł. Również arbitralne przyjmowanie długości czasu takiej ochrony (czemu akurat 70, 100, a nie 79 lat?) świadczy o sztuczności i braku moralnych czy rozumowych podstaw owych przepisów.
  • W przeszłości wielokrotnie zdarzało się, iż wynalazku czy odkrycia dokonywano niezależnie od siebie w różnych miejscach, w tym samym lub różnym czasie. Dlaczego ten, kto pierwszy zgłosi wynalezione przez siebie rozwiązanie, metodę, motyw lub ideę ma być chroniony kosztem pozostałych, którzy zostaną pozbawieni praw do owoców swej pracy?
  • Jeśli prawo autorskie ma służyć zwiększaniu dochodów twórcy, można by to uznać za moralnie uzasadnione. Coraz częściej jednak prawa autorskie służą temu, by dana koncepcja nie ujrzała światła dziennego. Jest to ewidentne działanie przeciwko postępowi, wolności i zdrowemu rozsądkowi. No, chyba że zysk za wszelką cenę, nawet za cenę dobra całej ludzkości, ma służyć za moralność.
  • Wielokrotnie zdarzało się, zwłaszcza w biedniejszych państwach, takich jak Polska, iż właściwy twórca był pozbawiany praw do swego wynalazku, gdyż nie miał pieniędzy na dopełnienie kosztownych rozwiązań będących podstawą późniejszego dowodzenia swych praw (patenty). W konsekwencji ci, którzy daną rzecz stworzyli, musieli później kupować prawa do niej od tych, którzy z procesem twórczym nie mieli niczego wspólnego, a mieli za sobą tylko pieniądze i zastępy prawników.

    Ponadto w ostatnim czasie ujawnia się coraz większa presja na zaostrzanie ochrony praw autorskich i rozciąganie jej poza granice absurdu. Oto niedawno jedna z największych firm produkujących drukarki komputerowe praktycznie wygrała wojnę z producentami oferującymi tańsze tusze do tych drukarek zakazując im takiej działalności. Jednocześnie coraz więcej firm montuje w swych produktach rozwiązania sprawiające, iż ich żywotność nie będzie wykraczać poza okres gwarancji. Zaczęło się od pończoch i żarówek. Teraz widzimy coraz więcej takich rozwiązań w sprzęcie elektronicznym. Jeśli dalej będziemy iść w tym kierunku, za jakiś czas do samochodu będzie można montować tylko oryginalne części, opony marek wskazanych przez producenta, napraw dokonywać tylko w serwisie, a wszystko to w tym celu, by produkt nie służył nam dłużej, niż przewidywał producent. A najciekawsze, że koncerny stosujące takie praktyki, reklamują się jako ekologiczne i nikt przeciwko temu nie protestuje. A przecież, jeśli przy produkcji wyrobu stosuje się specjalne rozwiązania, które mają skrócić jego naturalną żywotność, nawet przy najlepszej woli nie można tego nazwać rozwiązaniem ekologicznym. W dodatku jest to oszustwo, gdyż świadomie i sztucznie obniża się wartość produktu, a to dodatkowo zwiększa koszty produkcji, którymi i tak obciąża się konsumenta. Gdzie tu moralność? I jak można mówić, że łamanie tak rozumianych praw autorskich jest niemoralne?

    Kiedyś w dawnej komunistycznej encyklopedii widziałem przy cybernetyce, informatyce i kilku innych naukach odnośnik -> nauka burżuazyjna (pseudonauka stworzona w celu ogłupienia mas pracujących). Szkoda, że nie spojrzałem wtedy na hasło „prawa autorskie”. Mam wrażenie, że sprawy zmierzają właśnie w tym kierunku.

    Każdy, kto uważnie śledzi bieżące doniesienia z tej dziedziny widzi, iż szlachetna w założeniach idea ulega coraz większym wypaczeniom. Likwidacja kilku dużych „pirackich” przedsięwzięć spowodowała spadek obrotów firm „legalnych” działających na tym samym obszarze. Wytłumaczenie jest proste. Ludzie nie chcą kupować drogich płyt czy filmów „w ciemno”. Kota w worku nie są skłonni kupować, ale zacisną chętnie pasa, by mieć w najlepszej możliwej jakości (oryginalny) egzemplarz ulubionej płyty czy filmu. Mimo tego większość dąży do jeszcze ostrzejszej walki z „piratami”. Czasami się zastanawiam, czy to właśnie sprytne firmy żyjące z takiej walki (to przecież już cały sektor biznesowy), nie nakręcają wciąż od nowa tej sprawy i nie podburzają co bardziej podatnych na manipulację celebrytów i polityków. Dochodzi do tego nawet, iż niektórzy wychodzą z propozycjami, by swojego egzemplarza (nośnika) oryginalnego programu, e-booka (!sic) czy muzyki lub filmu nie wolno było dalej pożyczać, odsprzedawać lub darować!

    Ciekawostką, na którą prawie nikt nie zwraca uwagi, jest fakt, iż sposób informowania o prawach autorskich i warunkach licencji jest sprzeczny nie tylko z przepisami prawa, ale nawet jego fundamentalnymi zasadami. Kupując w kiosku ofoliowaną gazetkę nie mamy możliwości przed zawarciem umowy dowiedzieć się, jakie są warunki licencji (postanowienia zawieranej właśnie przez nas umowy) na używanie dołączonej do niej płytki z oprogramowaniem, muzyką, filmem czy inną zawartością. Ba – czasami oznaczone jako chronione prawami autorskimi są treści dostępne w domenie publicznej lub ograniczonych praw autorskich, a nie słyszałem, by ktokolwiek odpowiedział za takie łamanie prawa. Kuriozum jest zaś powszechna klauzula, iż płytki nie wolno dalej odsprzedawać. To tak jakbyś kupił samochód i dopiero w domu, w garażu, dowiedział się z notki przyklejonej pod kołem zapasowym w bagażniku, iż nie wolno ci odsprzedać tego koła inaczej jak razem z samochodem. Albo że nie możesz samodzielnie naprawić usterki zakupionego produktu, co w przypadku samochodu na razie budziłoby sprzeciw, ale jest już normą w dziedzinie oprogramowania. Przykłady można mnożyć. Paranoja. Gdzie fundamentalne prawo do poznania warunków umowy przed jej zawarciem?! No i te warunki!

    Jeśli już jesteśmy przy nieuczciwych biznesach, to wspomnę tylko, iż jest coraz poważniejsza grupa ludzi, którzy nieźle żyją z wykorzystywania niekompetencji sądów, prokuratury i policji w tej materii. Powiem tylko, iż miałem przyjemność zostać oskarżony przez jedną z takich firm. Uczyniła sobie ona źródło dochodu z mapek, które umieściła w internecie. Potem zajmowała się ściganiem webmasterów amatorów, blogerów i innych frajerów. Na ogół zadowalała się dość słoną opłatą „za straty”, ale opornych ścigała za pomocą policji i prokuratury, które to instytucje takie usługi wykonują gratisowo. Żeby było ciekawie, nie sprawdzają one, czy skarżący faktycznie ma tytuł prawny do treści, których nieprawnego wykorzystania dochodzi. W tym wypadku firma skarżąca była sama oskarżona przez Instytut Geodezji i Kartografii, gdyż nie zapłaciła za mapy, które sama do sieci wstawiła, czyli po prostu je ukradła. Znając tę sytuację z oskarżenia się ucieszyłem, tym bardziej, iż moja mapa, choć bliźniaczo podobna do wspomnianych, została wygenerowana z oryginalnego legalnego programu znanej firmy, który to program posiadam zresztą do dzisiaj. Okazało się, że cieszyłem się za wcześnie myśląc, iż będę mógł sam potem dochodzić swych praw z tytułu zniesławienia. Policja i prokuratura wielce gorliwie kilkakrotnie mnie przesłuchiwała i dokonywała dwukrotnie (!sic) oględzin płytki ze wspomnianym programem. Dopiero po kilku miesiącach uznała, że chyba da mi spokój. Odmówiono jednak wszczęcia postępowania o fałszywe oskarżenie, gdyż „przecież zarzutów mi nie przedstawiono”. Mogłem niby się odwoływać od tego postanowienia albo pozywać na drodze cywilnej, ale miałem już wcześniejsze doświadczenia, które mnie zniechęciły – trzy razy wykorzystywano moją twórczość bez mej zgody, i dowiedziałem się w trakcie prowadzonych z mojego zawiadomienia postępowań, iż policja i prokuratura chętnie odwala robotę za firmy, które mają na etacie zastęp prawników, bojąc się ich i woląc mieć święty spokój, ale olewa zwykłych ludzi. Zwłaszcza, jeśli oskarżonym o naruszenie praw autorskich ma być duża zagraniczna firma kapitałowa, gdzie trudno znaleźć winnego podjęcia jednej konkretnej decyzji, a pokrzywdzonym jest przysłowiowy Kowalski. Postępowania moje umarzano, po zażaleniu podejmowano i bez żadnych czynności znów umarzano. Na bezczelnego. Dałem sobie spokój.

    Mając powyższe na uwadze i widząc wśród znajomych z sieci kompletną beztroskę jednych oraz przesadną ostrożność drugich, postanowiłem skrótowo i praktycznie przedstawić moje podejście do tematu, co może pierwszych ustrzec od kłopotów w przyszłości, a drugim dać nieco więcej śmiałości.

    Mamy zasadniczo trzy rodzaje praw autorskich:

    1. Pełna ochrona, wszelkie prawa autorskie zastrzeżone, Copyrigt, All rights reserved, itd.
    2. Pewne prawa zastrzeżone, Some rights reserved, Creative Commons
    3. Prawa “porzucone”, Copy left

    Pierwsze trzeba omijać z daleka. Ich zastosowanie bez dogadania się (na piśmie) z właścicielem praw, to pewna droga do kłopotów. I tutaj ważna uwaga. Zgodnie z obowiązującym u nas prawem każde dzieło podlega ochronie, nawet jeśli nie jest oznaczone ©. Są cwaniacy, o czym już wspominałem, którzy specjalnie umieszczają w sieci treści (mapy, grafiki, zdjęcia, itp.) nie oznaczając rodzaju praw autorskich, które ich dotyczą, a potem żyją ze ścigania naiwnych, którzy te rzeczy umieścili na swych stronach i blogach. Wszelkie więc treści, przy których nie ma informacji o prawach autorskich lepiej omijać z daleka i traktować jako Copyrighted. Oczywiście są wyjątki. Dla książkolubów najważniejsze są dwa: cytat i recenzja. Tych chyba nie trzeba wyjaśniać. Szczególnym casusem wydaje się sprawa okładek, co do której książkoluby mają ciągłe wątpliwości. Zamieszczają na swych blogach i stronach linki do witryn, z których pochodzi zdjęcie okładki, lub zaznaczają, iż sami je zrobili, cyrk po prostu. Tym jednak zajmiemy się w punkcie trzecim.

    W przypadku pewnych praw zastrzeżonych sprawa jest klarowna i czysta. Jeśli wypełnimy warunki licencji, często wystarczy uznanie autorstwa, możemy korzystać. Niekomercyjnie! To ważne, gdyż moim zdaniem blog czy strona z reklamami przynoszącymi dochód nie jest działalnością niekomercyjną i oby ktoś się kiedyś na tym nie przejechał.

    Prawa odrzucone to ciekawa konstrukcja stanowiąca techniczne i moralne odwrócenie praw zastrzeżonych. Twórca najpierw zastrzega prawa do swego dzieła (by jakiś cwaniak po czasie nie dowodził, iż należą do niego) a następnie zezwala wszystkim na dowolne kopiowanie, dystrybuowanie oraz modyfikowanie danej pracy lub pracy pochodnej pod warunkiem, iż wszelkie kopie i dzieła pochodne również będą objęte klauzulą copyleft. Cel takiego zabiegu jest chyba jasny dla każdego. Tutaj dochodzimy do domeny publicznej (public domain).


    Najogólniej jest to zbiór wszystkich tych wartości, które nie są objęte prawami autorskimi, jak choćby dzieła, których czas ochrony wygasł ze względu na upływ czasu. W Polskim prawie pojęcie jako takie nie występuje, zastępuje je wygaśnięcie praw majątkowych, ale nie mieszajmy tutaj zbytnio, by nie zaciemniać obrazu. Sęk bowiem w tym, iż w Polsce, i nie tylko, nie brak cwaniaków. Robią oni zdjęcie starego obrazu, lub jeszcze innego dzieła, do którego prawa wygasły, i oznaczają jako prawa zastrzeżone , gdyż „zrobili zdjęcie”. Jest to kolejny, ewidentny przykład oszołomstwa i zastoju mózgowego, jakiego niektórzy doznają na sam dźwięk słów „prawa autorskie”. Łatwo bowiem wywieść, iż takie podejście jest sprzeczne nie tylko z samą ideą domeny publicznej, ale także z ograniczonym w czasie trwaniem praw autorskich (w Polsce praw majątkowych z nim związanych). Krótki przykład – ktoś kiedyś zrobił piękne zdjęcie na którym zbił majątek, ale z mocy przepisów oraz upływu czasu prawa do niego wygasły. Ktoś inny robi zdjęcie tego zdjęcia i co? Mamy znów prawa autorskie biegnące od początku, tylko dla nowego autora? GŁUPOTA! Zapamiętajmy więc formułkę „Zgodnie z oficjalnym oświadczeniem Wikimedia Foundation wierne reprodukcje dwuwymiarowych utworów z domeny publicznej są w domenie publicznej, zajmowanie przeciwnego stanowiska godzi w samą ideę domeny publicznej”. To samo można odnieść do praw autorskich, które wygasły. I tu wracamy do okładek książek, czasopism, plakatów filmów, itd. umieszczanych w recenzjach. Jeśli uznajemy, że stanowią one element recenzji, wizualny cytat, ograniczenia praw autorskich nas nie dotyczą. Jeśli zaś nie, to dotyczą. W żadnym jednak wypadku nie ma żadnych praw ktoś, kto zdjęcie takiego czegoś wykonał, nawet gdy prawa autorskie trwają. Trwają bowiem prawa autorskie twórcy do okładki, które wyłączamy na zasadzie cytatu i recenzji, ale nie prawa tego, kto tę okładkę odwzorował. No, chyba, że odwzorował ją „artystycznie”. Jeśli nie chcecie mieć problemów z takim „artystą”, który wykonując robotę przewidzianą dla maszyny zwanej skanerem uważa się za twórcę, po prostu sami skanujcie okładki, róbcie zdjęcia plakatów. Chyba każdy telefon komórkowy ma teraz aparat wystarczający do zrobienia zdjęcia na bloga, a w każdej bibliotece jest skaner. A jeśli nawet nie ma, to gdzieś w pobliżu jest.

    Jak już wyżej wspomniałem, nawet to, że będziecie działać zgodnie z prawem, nie ustrzeże Was przed pójściem do sądu lub zapłaceniem doli cwaniakowi, jeśli na takiego traficie. A sądy, zwłaszcza polskie, są nieobliczalne. Nie ma u nas prawa precedensu, a sądy orzekają „według własnego przekonania”* i „własnego doświadczenia życiowego”**. Lub jego braku, i to zawsze trzeba brać pod uwagę. Podobnie jak to, iż są to tylko moje refleksje, a nie wykładnia obowiązująca, gdyż takiej nie ma.

    W sumie mógłbym na tym poprzestać, ale chciałbym Wam też pokazać na konkretnym przykładzie, jak kłamliwe są wrzaski płatnych tub przemysłu wydawniczego, wypisujących na wszelkich możliwych forach, iż tylko zaostrzenie praw autorskich da artystom godziwą zapłatę za ich trud. Romuald Lipko; klawiszowiec zespołu Budka Suflera i kompozytor, tylko z tytułu praw autorskich dostaje rocznie ok. 2 mln złotych. Do tego dochodzą jeszcze udziały z honorarium za koncerty (zespół bierze 60 tys. Złotych za jeden koncert) i inne przychody***. Pozostawię to bez komentarza i na tym temat zakończę


    Wasz Andrew


    * Sąd ocenia wiarogodność i moc dowodów według własnego przekonania, na podstawie wszechstronnego rozważenia zebranego materiału. Art. 233.§ 1.KPC
    ** Art. 7.kpk Organy postępowania kształtują swe przekonanie na podstawie wszystkich przepro-wadzonych dowodów, ocenianych swobodnie z uwzględnieniem zasad prawidłowe-go rozumowania oraz wskazań wiedzy i doświadczenia życiowego.
    *** http://www.wprost.pl/ar/185311/Ile-zarabiaja-polscy-muzycy/

19 komentarzy:

  1. Zawsze miałam problem z prawami autorskimi, co kiedy i na jakiej zasadzie mogę wykorzystać.( Zawsze pytam wydawnictwa o zgodę na umieszczenie zdjęć okładek książek na blogu) Po przeczytaniu Twojego tekstu, zostałam trochę oświecona ( Nie będę pisać, że ta wiedza już się we mnie zakorzeniła, bo muszę to spokojnie przetrawić poukładać sobie po swojemu) ale faktem jest, że parę spraw sobie uświadomiłam, a w niektórych zrozumiałam, że jestem ignorantką

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podkreślam jednak, że nie ma co liczyć na to, iż znajomość czegokolwiek uchroni nas przed kłopotami, jeśli będziemy mieć pecha. Przykładem dwulicowości i zakłamania polskiej praktyki prawnej i całego społeczeństwa choćby dzisiejszy przykład polityka pozującego na ultra-katoprawicę, który uzyskał sądowy wyrok zakazujący mediom informowania o jego romansie. Polska to piękny kraj.

      Usuń
    2. Ago, ależ po co pytać wydawnictwa o prawo wykorzystania okładek, skoro z handlowego punktu widzenia, publikując ich okładkę, przysparzasz im klientów? Więc czynisz im dobrze i podnosisz ich korzyści. To chyba logiczne! Przynajmniej ja tak to zawsze rozumiałam. Ja mogę pisać sobie a muzom bez okładek, mnie one nie są potrzebne. To jest mój ukłon w stronę wydawnictw, moja praca społeczna na ich rzecz, niczego z tego nie mam, bo z żadnym nie współpracuję.

      Usuń
  2. Z kwestią dotyczącą praw autorskich Mozarta akurat się nie zgodzę, bo jako wielbicielka jego twórczości "siedzę w temacie" :D
    Biedak całe dorosłe życie borykał się z kłopotami finansowymi nie tylko dlatego, że był z natury rozrzutny i hojny czy lubił żyć na poziomie, ale także dlatego, że jego utwory, notabene nie opatrzone prawami autorskimi, wykorzystywano na prawo i lewo, na czym on tracił podwójnie: dlatego, że choć wielekroć odtwarzane, nie przysparzały dochodu jemu, ale odtwórcom i dlatego, że przez to rozpowszechnianie szybko powszedniały i stawki przez niego narzucone po prostu dewaluowały...
    Druga sprawa, że w dzisiejszych czasach kwestia praw autorskich często zahacza o absurd - kiedyś było to być albo nie być twórców...
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Można powiedzieć i odwrotnie: Biedak całe dorosłe życie borykał się z kłopotami finansowymi nie tylko dlatego, że jego utwory, notabene nie opatrzone prawami autorskimi, wykorzystywano na prawo i lewo, ale także dlatego, że był z natury rozrzutny i hojny. Właśnie z powodu tej niechlujności finansowej Mozarta trudno dziś dokładnie powiedzieć, co było prawdziwym powodem jego kłopotów finansowych. Skoro stać go było na rozrzutność, to znaczy, że miał się czym rozrzucać ;) Oczywiście jednak masz rację, mogłem wybrać inny przykład, bardziej jednoznaczny :)

      Usuń
    2. Touche! Z drugiej jednak strony jego hojność wynikała z dobrego serca, a życie ponad stan było swego rodzaju wymogiem dla kogoś, kto chciał zaistnieć w wyższych sferach:) Brak tantiem z tytułu praw autorskich z pewnością jego sytuacji finansowej nie poprawiał:)
      Ale się czepiłam, co? Ale do Twojego posta z pewnością będę wracać, jest bardzo przydatny - i uświadamiający:)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Udzielam licencji na zasadzie uznania autorstwa ;)

      Usuń
  4. Reqwelacyjny wpis. Naprawdę wszystko fantastycznie przedstawione. Ja kiedyś widziałam (chyba w TV) procentowo ile ze sprzedanego towaru (książka, płyta itp.) otrzymuje autor, wydawca, grafik etc. Okazało się, że prawie 3/4 idzie do WYDAWCY (niby z jakiej racji), a reszta "ochłapów" zostaje dla artystów, grafików i innych osób, które w większy, lub mniejszy sposób przyczynili się do wydania danego towaru. Śmiechu warte...
    Pozdrawiam serdecznie!
    D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie wiedziałam, że mam to włączony anty-spamownik :P :)

      Usuń
  5. Opium dla mas, cwaniactwo, złodziejstwo, niewiedza, oszołomstwo i zakłamanie - wszystko, wszystko prawda. Nawet ostatnio, wczoraj albo przedwczoraj, w "Panoramie" pojawił się temat piractwa w Internecie i kilka razy użyto sformułowania "nielegalne ściąganie filmów z Internetu", "nielegalne ściąganie muzyki", itp. A wystarczy zajrzeć do Ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych, aby wiedzieć, że ściąganie z sieci już rozpowszechnionych utworów NIE JEST zabronione, a więc nielegalne, nie wolno natomiast utworów ROZPOWSZECHNIAĆ (w każdym razie dotyczy to książek, filmów, muzyki; z programami i grami komputerowymi sprawa jest bardziej skomplikowana; i znowu: dlaczego nie można tego ujednolicić? czyżby chodziło o celowe zaciemnianie przepisów dla przeciętnego Kowalskiego?). Więc jak to jest, pytam się, że program informacyjny na kanale telewizji publicznej może tak przekłamywać rzeczywistość i istniejące przepisy? Jakim prawem w demokratycznym, cywilizowanym (z założenia) kraju publiczna TV dopuszcza się takiej dezinformacji, demagogii, propagandy, jawnej manipulacji, czy jak to jeszcze można nazwać, rodem z poprzedniego ustroju?

    Inna sprawa, ale w sumie wciąż ta sama: na forum BiblioNETki wynikła niedawno dyskusja na temat "pożyczania" ebooków z czytnika na czytnik i okazuje się, że np. Amazon pozwala na pożyczenie ebooka najwyżej pięciu osobom, są natomiast wydawnictwa (choćby Virtualo), które w ogóle nie umożliwiają pożyczania. A przecież, do ciężkiej cholery, zgodnie ze wspomnianą wyżej ustawą, kupując kopię jakiegoś utworu mogę się nią bez ograniczeń dzielić z osobami pozostającymi ze mną "w związku osobistym, w szczególności
    pokrewieństwa, powinowactwa lub stosunku towarzyskiego" (art. 23)! Jak w ogóle może istnieć taka sytuacja, że przepisy, prawo, są całkowicie i jawnie lekceważone i nikt z tym nic nie robi?!

    Jednak wydaje mi się, że tutaj: "już teraz przy stu latach życia prawa autorskie mogą obowiązywać dwa wieki (sto lat życia twórcy + sto lat po śmierci)" - troszkę przesadziłeś, bo raz, że autor musiałby stworzyć dzieło tuż po swoich narodzinach ;-), a dwa, prawa autorskie (a konkretniej majątkowe, bo autorskie są niezbywalne i nie przestają obowiązywać nigdy) wygasają w 70 lat po śmierci twórcy, nie 100 (przynajmniej w Polsce, jeśli pisałeś o jakimś innym kraju, to zwracam honor). Notabene również nie rozumiem, dlaczego akurat 70 lat, a nie 328584598208854 albo wszystkie ilości naraz, jak mógłby zapytać Gombrowicz. ;-)

    Przepraszam, że tak się rozpisałam, ale poruszyłeś temat, który mnie również bardzo interesuje i mierzi, więc skorzystałam z okazji, coby się trochę wyżyć. ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisałem 70, 100, gdyż w różnych krajach różnie. Ciekawy też problem, gdy ja publikuję książkę w kraju, gdzie obowiązuje setka, a ktoś w innym kraju, gdzie obowiązuje mniej, zaczyna trzepać tłumaczenie, gdyż u niego miejscowy okres ochrony już minął.
      W wieku 20 lat można spokojnie tworzyć, a mam wrażenie, iż kiedyś mając odpowiednie zaplecze finansowe będzie można do tych 150 dociągnąć. Inna sprawa, czy to będzie życie, czy wegetacja.

      Usuń
  6. Ale ja zaczynam mieć wątpliwości nawet co do cytatów! No bo skoro wszelkie prawa zastrzeżone, to chyba również do cytowania (reprodukcji części tekstu)?
    Ja sobie dziś sporo pocytowałam :) tyle że z ksiązki z 1969 roku, kiedy się nikomu nawet nie śniło o jakimś kopirajcie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W cywilizowanych krajach śniło :) A cytat i recenzja są "lex specialis" co "derogat legi generali". :)

      Usuń
  7. To ja już teraz wiem, że nic nie wiem. Najgorsze, że wciąż muszę się czegoś bać. W takim razie co, sam tekst + swoje zdjęcia i szlus.Tak? Wystraszyłeś mnie totalnie.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Biorąc pod uwagę miliony, które tak czy siak łamią prawa autorskie, wpadki to pechowcy. Kwestia tego, jak bardzo ktoś chce spać spokojnie, albo jak wierzy w swoje szczęście ;)

      Usuń

  8. Temat rzeka :))

    Swobodna ocena dowodów to całkowita dowolności. Wszystko musi opierać się na kryteriach które pozwolą sprawdzić prawidłowość tej oceny.
    Dokonywanie oceny to proces a właściwie czynnością myślową. A czynność myślowa musi opierać się musi na zasadach logicznego rozumowania.
    A więc na zasadach logicznych i w sposób dialektyczny ( wszechstronnie analizuje zgromadzony materiał ) odbywa się swobodna ocena dowodów.

    Wracając do NSA po jego reformie podejmowano działania do ujednolicenia orzecznictwa.
    Zawsze jednak lepiej się od odwołać od decyzji czy wyroku dla nas niekorzystnego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do tego ostatniego nie ma dwóch zdań. O ile nas na to stać ;)

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)