środa, 29 stycznia 2014

Refleksje włocławskie



Miałem już szczery zamiar nie pisać przez jakiś czas na aktualne, a w szczególności aktualne polskie tematy, by się nie denerwować. To jednak, co się ostatnio dzieje w naszej rzeczywistości sprawia, że literatura przy tym wysiada. Nikt by nie uwierzył, że to możliwe, gdyby to była fikcja.

Włocławek. Śmierć bliźniaków na pierwszych stronach gazet, w czołówkach informacyjnych programów TV i na głównych miejscach największych portali internetowych. Jakiekolwiek by to nie było zaniedbanie, które doprowadziło do owej śmierci, to można by powiedzieć, że to się mogło zdarzyć wszędzie. W każdym kraju na świecie. Ale cała reszta nie! Urzędnik NFZ przychodzi na kontrolę feralnego szpitala po kilku dniach od rozpoczęcia afery i ujawnia, iż ktoś skasował kluczowe dla sprawy dane z aparatury medycznej. Nie policja, nie prokurator, tylko zwykły urzędnik NFZ! I ani raz nie pada pytanie, co to za kraj, w którym nikt z prokuratury ani policji dupy nie ruszył, by po zabezpieczyć dowody, choć newsy z tej sprawy rozpoczynają wszystkie wiadomości we wszelkich mediach! Jeśli szpital we Włocławku jest hańbą polskiej służby zdrowia, choć moim zdaniem nie jest nią, tylko reprezentatywnym przykładem kondycji polskiej rzeczywistości, to czym jest Włocławek dla policji i prokuratury? Wszystkich prokuratorów i policjantów, którzy mieli związek z tą sprawą, przede wszystkich w trybie nadzoru, powinno się na zbity pysk wywalić, a ja jestem przekonany, że nie tylko nic takiego się nie stanie, ale wręcz, że w ciągu najbliższych lat większość z nich awansuje.

Problem nie tylko w tej jednej manifestacji opieszałości oraz lekceważenia ze strony organów ścigania i sprawiedliwości. Szpital we Włocławku, jak podają media, ma w tej chwili na biegu, czyli nie licząc zakończonych, prawie czterdzieści postępowań o błąd w sztuce. Czemu ich aż tyle, pomijając oczywiście poziom usług medycznych tej placówki? Ano może właśnie powodów należy szukać w stylu działań prokuratury i policji? Może wynika to wszystko z poczucia bezkarności lekarzy wypływającego z dziesiątków wpadek, za którymi nie poszła kara? Z powodu spraw umorzonych, zamiecionych pod dywan i nawet tych zakończonych wyrokami, ale tak mało dolegliwymi, że praktycznie wzmacniającymi jeszcze poczucie stania poza prawem? Bo sądy też mają w tej patologii swój znaczący udział.

Media podniecają się tym, iż nie wiadomo co robił ordynator feralnego włocławskiego oddziału ginekologicznego w czasie, gdy rozgrywał się dramat bliźniaków i ich rodziców. Ale już nie pamiętają, że jakiś czas temu ujawniono, iż lekarz rekordzista pracował jednocześnie na 25 (sic!) pełnych etatach. W normalnym kraju już dawno by siedział, choćby za wyłudzenie, gdyż brał pieniądze za coś, czego nie robił. Wszak nawet gdyby był jeden w trzech osobach, gdyby nie spał, nie odpoczywał i nic innego nie robił przez dni siedem, tylko pracował, i tak by nie wydolił. Ale nie u nas. Żadnej dolegliwej kary się nie doczekał. I dziwić się, że tragedii spowodowanych radosną działalnością zreformowanej i wciąż reformowanej służby zdrowia jest coraz więcej?

Czytałem jakiś czas temu, że w samym Londynie, tylko za naganne zachowania, czyli za brak należytego szacunku, głównie werbalnego, w stosunku do pacjenta, pozbawia się prawa do wykonywania zawodu większą liczbę lekarzy, niż u nas w następstwie wszelkich możliwych przyczyn, łącznie z zawinionym spowodowanie śmierci. Nie to mnie jednak najbardziej przeraża. Jak daleko nam do normalności - pokazał i przeraził mnie tekst, który do niedawna słyszałem tylko w gabinetach „państwowych” – „Nie mam czasu dociekać, wnikać i dokładnie badać, gdyż mam mnóstwo pacjentów”, a teraz zdarza się go usłyszeć już nawet w czasie wizyty w prywatnym gabinecie. To tak, jakby mechanik albo szewc powiedział, że nie ma czasu porządnie wykonywać swych obowiązków, za które bierze od nas pieniądze, bo ma za dużo pracy. Takie rzeczy, to tylko w Polsce!

Osobnym tematem jest nasza akcyjność. Przez 25 lat nie było komu się zająć jednym zabójcą, a teraz trzeba na gwałt łamać podstawowe zasady prawa, by społeczeństwu wmówić, że władza cokolwiek robi. Nie inaczej z bezpieczeństwem na drogach i tysiącem innych spraw.

Można ciągnąć takie przykłady i różne wątki w nieskończoność. Problem w tym, że ryba psuje się od głowy.

Art. 286. § 1. KK - Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.

ZUS przysyła do domów wszystkich, którzy opłacają składki emerytalne, wyliczenia wysokości kapitału, jaki zgromadzili na swoją emeryturę. I kiedy słyszymy polityków, od prezydenta i premiera poczynając, a na liderach opozycji kończąc, mówiących, że zbieramy na nasze emerytury, i że tak ważne jest, by nasze składki na siebie pracowały, to jeszcze się w tym utwierdzamy, że na coś zbieramy, że mamy na coś wpływ w tym kraju. A w chwilę później, niejednokrotnie dosłownie chwilę, z tych samych ust słyszymy, że nie będzie godziwych emerytur, gdyż idzie niż demograficzny i nie będzie w przyszłości komu na nas pracować. I nikogo nie dziwi nic. Zwłaszcza IV władzy, która w normalnych krajach jest jednym z fundamentów demokracji i kontroli pozostałych trzech filarów państwa! Skoro emerytura ma być ze składek, to co nas obchodzi liczność przyszłych pokoleń? A jeśli emerytury będą wypłacane ze składek przyszłych pokoleń, a nie z zebranego przez nas kapitału, to czym są te wyliczenia przesyłane przez ZUS i wypowiedzi polityków?
Gdybym zaczął zbierać od ludzi pieniądze obiecując im, że za każdego pożyczonego mi dolara oddam dwa, a w chwilę później, po zainkasowaniu kasy, zaczął twierdzić, że dam im tyle, ile zdołam w przyszłości pożyczyć od następnych jeleni, bo to, co od nich dostałem, już przejadłem, to szybko dostałbym wyroczek na podstawie wyżej przytoczonego artykułu. Prezydenta, premiera, rządu i opozycji, całego państwa w rzeczy samej, nikt nie posadzi. Ale dlaczego nikt nie śmie nawet zapytać o tą oczywistą sprzeczność i nazwać rzeczy po imieniu?

Oczywiście, sprawa kary to jedno, ale sprawa skutków, to drugie. Widząc taką ewidentną bzdurę leżącą u podstaw całego systemu służby zdrowia, a przez to i u podstaw państwa, bo państwo bez żywego społeczeństwa i bez kasy istnieć nie może, każdy może sobie zadać pytanie, czy może by tak spróbować jak państwo? Mówić, że się ma dyżur na oddziale, i iść spać. Mówić, że się człowiek stara, a w chwilę później wprost przyznać, że się nie ma czasu dokładnie zajmować pacjentem, bo czekają następne. Nie, nie osoby w kolejce, a etaty, fuchy i biznesy.

Obym się mylił, ale mam wrażenie, że ten kraj i ten naród sam się już z tego nie wyplącze. To taka masa krytyczna, która została przekroczona. A czemu o tym piszę? Sam nie wiem. Chyba mnie poniosło i znów nie wytrzymałem. A może dlatego, że oglądając wiadomości z Włocławka przypomniałem sobie, iż weterynarz, który usypiał mojego chorego, starego psa, miał łzy w oczach, choć wiedział, że to nie tylko najlepsze, ale i jedyne wyjście. I skojarzyłem, że nigdy nie widziałem łez w oczach lekarza.


Wasz Andrew

wtorek, 28 stycznia 2014

O duchownych i samej sobie?




Problemem nie jest rasa, (...), lecz religia. I nie ma dla mnie znaczenia, czy to ulsterski protestantyzm, liverpoolski katolicyzm czy bradfieldski islam. Nienawidzę zacietrzewionych duchownych, wrzeszczących w niebogłosy o prześladowaniu religijnym, jeśli ktoś ma czelność powiedzieć im „nie”. Oni próbują zastraszać społeczeństwo i wytwarzają duszną atmosferę, sprzyjającą uprzedzeniom i cenzurze. Budzą moją głęboką pogardę. Mówię ci, nigdy nie byłam bardziej dumna z tego, że jestem lesbijką, niż wtedy, gdy wbrew wszystkim tym klechom Parlament wprowadził ustawę zakazującą dyskryminacji na tle preferencji seksualnych. Czy wyobrażasz sobie jakąś inną kwestię, która mogłaby równie silnie zjednoczyć ewangelików, katolików, muzułmanów i żydów? Można powiedzieć, że był to drobny wkład gejów i lesbijek w ekumenizm.

Val McDermid Trujący ogród

poniedziałek, 27 stycznia 2014

O polskiej scenie politycznej

i politycznej naiwności



...kiedyś wolał prawicę, bo wierzył w hasła o naprawie państwa. Ale gdy prawica doszła do władzy i nic tak naprawdę nie zrobiła, tylko intrygowała, zaczął sympatyzować z lewicą. (…) Tyle że lewica była lewicą tylko na pokaz. W rzeczywistości siedzieli w niej goście, którzy myśleli o twardym pieniądzu i do niego dążyli.

Mariusz Zielke Formacja trójkąta

piątek, 24 stycznia 2014

O prawie wyboru



…politycy odwrócili kota ogonem. Nie potrzebujemy większych możliwości wyboru, tylko mniejszych. Zbyt wielki wybór jest zbyt stresujący. Prowadzono na ten temat eksperymenty (…). Szczury żyją dłużej i są zdrowsze, kiedy mają mniejszy wybór.

Odpłata Val McDermid

Foto: Losch. Właściciel autorskich praw majątkowych do tego pliku, Losch, zezwala każdemu wykorzystać go w dowolnym celu, pod warunkiem, że wykorzystujący wyraźnie wskaże autora. Redystrybucja, wykonywanie prac pochodnych, użycie komercyjne oraz każde inne są dozwolone.

środa, 22 stycznia 2014

Krwawa riposta




Val McDermid

Odpłata

tytuł oryginału: The Retribution
tłumaczenie: Jan Hensel
wydawnictwo: Prószyński i S-ka Warszawa 2013
seria/cykl wydawniczy: Tony Hill / Carol Jordan*


Cykl powieści o przygodach profilera** Tony’ego Hilla i policjantki Carol Jordan, którzy współpracują ze sobą przy ściganiu sprawców najcięższych przestępstw dobiega na razie końca. Odpłata to siódma i ostatnia wydana w Polsce książka tej serii, której autorką jest znana i uznana szkocka pisarka Val McDermid. Sięgając po tę pozycję miałem nadzieję, iż będzie to prawdziwa uczta, gdyż poprzednie lektury, które wyszły spod jej pióra, bardzo mi przypadły do gustu. Tutaj muszę się Wam przyznać do tego, że nie czytałem tej książki jako siódmej, a jako trzecią, po „Krwawej bliźnie”. Stało się tak przypadkiem, ale nie stało się do końca źle, bowiem w „Odpłacie” mamy manewr znany z naszych prześwietnych filmów „Vabank” i „Vabank II”, czyli ripostę. Oto jeden z przestępców, którzy dzięki naszym głównym bohaterom trafili za kratki, ucieka z więzienia i rozpoczyna zemstę. Co i jak nie będę zdradzał, tradycyjnie zresztą. Powiem jednak, że poza głównym motywem mamy i drugi wątek kryminalny, co jest stałym motywem tego cyklu powieściowego. Polując na zbiegłego z zakładu karnego mordercę Tony i Carol jednocześnie prowadzą śledztwo w sprawie seryjnego zabójcy prostytutek. Ta maniera autorki dodaje autentyzmu i tak już świetnie napisanym powieściom, gdyż często gęsto herosi z tradycyjnych pozycji literatury i filmu, zarówno kryminalnego, jak i sensacyjnego, zajmują się tylko jedną sprawą naraz, co drastycznie odbiega od realiów.

Odwet” to chyba najbardziej krwawa dotąd pozycja w serii. Jest to w moim odczuciu zawoalowane sformułowanie prawdy, której wprost nikt nie chce wypowiedzieć. Prawdy będącej zarazem pytaniem, na które nie ma prostej odpowiedzi - jeśli ktoś chce z pełnym zaangażowaniem, nieustraszenie i bezkompromisowo zwalczać poważną przestępczość i nie dopuszcza do siebie myśli, że przestępcy uderzą w jego bliskich, to jest idiotą. Jeśli zaś bierze to pod uwagę, to kimże jest?

Tradycyjnie, powtarzam się już do znudzenia, ale taka właśnie jest prawda, pomimo wielowątkowej intrygi i rozbudowanej fabuły splecionej z licznych wątków pobocznych, całość jest absolutnie perfekcyjna, podobnie jak tło społeczne i akcja, która pędzi na łeb, na szyję i spaja wszystko w całość sprawiając, iż od lektury wprost nie mogłem się oderwać. Prawda, zdarzył się jeden mały błąd – scena podpalania domu przy użyciu benzyny. Winę za to ponosi chyba jeden z tych filmowych mitów, które tak głęboko zapadają w świadomość, iż wielu myśli, że taka jest rzeczywistość i autorka pewnie dlatego się poślizgnęła na temacie, że uznała go za oczywisty i z nikim się nie skonsultowała. Opary benzyny są bardzo palne, właściwie wybuchowe, i naciął się na tym niejeden początkujący podpalacz. Jeśli chcemy odgrywać sceny z rzucaniem zapałki na rozlaną ciecz, zwłaszcza w ogrzewanym pomieszczeniu, to zdecydowanie bezpieczniej posłużyć się olejem napędowym. No, ale to tylko jeden mały zgrzyt. Poza tym całość jest rewelacyjna.

Jak poprzednio, tak i tym razem, zachęcam do zwrócenia uwagi na to, jak pisarka umieszcza Polaków w realiach Wielkiej Brytanii widzianych oczami Brytyjczyka. Jakie role społeczne im przydziela. I jak często pojawiają się na kartach jej powieści Polacy w odróżnieniu od innych nacji. Teoretycznie ta częstotliwość powinna być skorelowana z liczebnością poszczególnych narodowości napływowych na Wyspach, a jednak tak nie jest. To daje do myślenia, ta pierwszoplanowość naszych rodaków wśród innych imigrantów na Wyspach, tym bardziej, iż pisarka jest zdecydowanie osobą prawdziwie tolerancyjną, mądrą i prawą, więc nie tylko nie można jej posądzać o uprzedzenia większe niż u przeciętnego Brytyjczyka, a raczej wręcz przeciwnie.

Z reguły naklejki na okładce, takie jak ta o sprzedaży ponad 10 milionów egzemplarzy powieści widniejąca na okładce wydania „Odpłaty”, który czytałem, okazują się symbolem pisaniny pod szeroką rzeszę odbiorców, a więc z samej definicji niezbyt grzeszącą inteligencją, czyli synonimem sztampy, miernoty i płytkości. Dobrze, jeśli chociaż stworzonej przy pomocy lotnego pióra. Tym razem jednak mamy do czynienia z wyjątkiem. To książka naprawdę wartościowa, nie tylko w swoim kanonie i warto po nią sięgnąć nie tylko jako po powieść kryminalną z zacięciem psychologicznym, dodatkiem noir i nutą społeczną.

Poza wspomnianymi elementami mamy w „Odwecie” mnóstwo pięknych drobiazgów, jak choćby podpatrzonych zachowań specyficznych dla policji i innych środowisk społecznych, przez co może być ta lektura interesująca jako spojrzenie od podszewki na tę mroczniejszą stronę Wyspiarskiej rzeczywistości. Można takich możliwych punktów widzenia znaleźć wiele. A wszystko to ot tak, mimochodem, przy okazji. Ciężkie tematy upchnięte w lekkim gatunku, smutne prawdy podane w rozrywkowym kanonie. Prawdziwa klasa. I w dodatku tak napisane, że się oderwać nie można. A zakończenie! Tak zaskakujące, że aż trywialne. A przez to tak autentyczne, bo czyż jest coś bardziej zaskakującego i bardziej trywialnego zarazem niż samo życie?

Gorąco polecam i zapraszam do lektury


Wasz Andrew

* cykl Tony Hill & Carol Jordan:


  1. 1995 - The Mermaids Singing (wyd. pol. pt. Syreni śpiew, przekł. Magdalena Jędrzejak, Otwock 2005, II wyd. Warszawa 2011)
  2. 1997 - The Wire in the Blood (wyd. pol. pt. Krwawiąca blizna, przekł. Magdalena Jędrzejak, Otwock 2005, II wyd. Warszawa 2011)
  3. 2002 - The Last Temptation (wyd. pol. pt. Ostatnie kuszenie, przekł. Maciejka Mazan, Warszawa 2012)
  4. 2004 - The Torment of Others (wyd. pol. pt. Żądza krwi, przekł. Tomasz Wilusz, Warszawa 2012)
  5. 2007 - Beneath the Bleeding (wyd. pol. pt. Trujący ogród, przekł. Katarzyna Kasterka, Warszawa 2013)
  6. 2009 - The Fever of the Bone (wyd. pol. pt. Gorączka kości, przekł. Kamil Lesiew, Warszawa 2010)
  7. 2011 - The Retribution (wyd. pol. pt. Odpłata, przekł. Jan Hensel, Warszawa 2013)
  8. 2013 - Cross and Burn


** tutaj psycholog specjalizujący się w tworzeniu profili psychologicznych przestępców

wtorek, 21 stycznia 2014

Rocznica śmierci Mariana Mazura

 Marian Mazur na przełomie lat 70-80, zdjęcie Marek Banach.

Dziś właśnie przypada 31 rocznica śmierci genialnego polskiego uczonego - Mariana Mazura. Był twórcą polskiej szkoły cybernetyki, a jego teoria systemów autonomicznych i jakościowa teoria informacji do dziś urzekają prostotą, oryginalnością i uniwersalnością. Nie będę tutaj przypominał sylwetki naszego wielkiego rodaka. Jego życiorys można znaleźć choćby w Wikipedii. Pragnę z okazji tej rocznicy po raz kolejny zwrócić uwagę na chyba najbardziej popularną książkę Mariana Mazura Cybernetyka i charakter. Pozycja w Polsce dużo mniej znana niż za granicą, podobnie jak sama sylwetka autora i jego teoria. To już chyba taka nasza narodowa tradycja, by cudze chwalić, a swego nie znać. Czasami mam wrażenie, że gdyby Kopernika za swego nie uznawały inne narody, a zwłaszcza Niemcy, co przez zazdrość mobilizuje naszą pamięć o nim, to byłby w kraju zupełnie zapomniany. Analogia tym bardziej uprawniona, iż Marian Mazur dokonał rewolucji na miarę kopernikańską, nie tylko w cybernetyce jako takiej, co choćby w psychologii przy pomocy tejże cybernetyki. By przeciwstawić się zapomnieniu, zapraszam do lektury mojej opinii, a potem samej książki, która wbrew tytułowi więcej rewolucjonizuje w wiedzy o nas samych, niż cybernetyce, a zawarta w niej nowatorska teoria jest narzędziem również dla innych dziedzin.

Książka Mariana Mazura świetnie się uzupełnia z publikacjami Zimbardo w tworzeniu prawdziwego opisu najdziwniejszego gatunku na świecie - homo sapiens i zasad, jakimi się to zwierzę kieruje w najtrudniejszym dla niego środowisku - społeczeństwie

Gorąco polecam

Wasz Andrew

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Trucizna wraca do łask




Val McDermid

Trujący ogród

tytuł oryginału: Beneath the Bleeding
tłumaczenie: Katarzyna Kasterka
wydawnictwo: Prószyński i S-ka Warszawa 2013
seria/cykl wydawniczy: Tony Hill / Carol Jordan*


Trujący ogród” jest piątą powieścią z cyklu, którego wiodącymi postaciami są Tony Hill, wirtuoz profilowania** oraz  policjantka Carol Jordan, współpracujący przy ściganiu seryjnych sprawców najpoważniejszych przestępstw i związani ze sobą specyficznym uczuciowym układem, przedziwną odmianą dotąd nieskonsumowanej miłości, w której, niczym cząstki elementarne w atomie, krążą wokół siebie przyciągając się i odpychając jednocześnie. Czy w tej odsłonie związek ten zostanie w końcu uwieńczony pełnym zbliżeniem, czy też nastąpi zerwanie, tego oczywiście nie zdradzę.

Val McDermid, szkocka pisarka specjalizująca się w dość mrocznych kryminałach, jest klasą samą w sobie, co potwierdzają liczne nagrody. Choć nie zawsze moje gusta podążają tymi samymi drogami, co oceny większości, za każdym poprzednim razem w stosunku do powieści tego cyklu okazały się zbieżne i proza tej chluby Wysp przypadła mi bardzo do gustu. Więcej niż zadowolony z poprzednich książek serii, z zapałem zabrałem się do lektury „Trującego ogrodu” licząc na to, iż reklamowy nadruk na okładce „Gwarancja dobrej książki albo zwrot pieniędzy” i tym razem nie okaże się hasłem na wyrost.

Kiedy Robbie Bishop, gwiazda drużyny futbolowej Bradfield Victoria, nagle zapada na tajemniczą chorobę, trafia oczywiście do najlepszego szpitala w okolicy, w ręce miejscowego odpowiednika doktora House'a. Nie na wiele mu się to zdaje, gdyż wspomniana sława medycy okazuje się bezradna. Na szczęście, dla sprawiedliwości, ale nie dla piłkarza, bystra rezydentka z jego szpitala stawia karkołomną, ale trafną diagnozę, która brzmi - trucizna.

Trucizny; temat od dawna wykorzystywany w bajkach, baśniach i innych gatunkach literackich. Trucizny; świat fascynujący i mroczny. Trucizny; niegdyś powszechny element kryminału, obecnie jakby démodé, zarówno w praktyce świata realnej zbrodni, jak i w literaturze; zastąpiony przez pistolety, noże i inne mniej lub bardziej trywialne narzędzia. Jak sugeruje sam tytuł, i co potwierdza się już na pierwszych stronicach, w tej powieści Val MdDermid powraca do tego niegdyś tak modnego motywu, przy okazji niezwykle celnie wypunktowując powody, dla których trucizny w kryminalistyce, i realnej, i fikcyjnej, tak straciły na popularności. Całkiem bezzasadnie zresztą, gdyż w truciznach, co szkocka mistrzyni bezbłędnie pokazała, nadal tkwi wielki potencjał. I w sensie literackim, i dosłownym. Choć oczywiście nie jest to rozwiązanie dla każdego – wymaga nieporównanie większej wiedzy, i w realu, i w powieści, niż pistolet, nóż czy inne równie powszechnie wybierane rozwiązanie. Powrót do tego świata pokrewnego czarownicom, ale w wydaniu jak najbardziej nowoczesnym, sprawia, iż niniejszy odcinek przygód Hilla i Jordan, bo to oni oczywiście zajmą się sprawą, od początku nabiera odmiennego niż dotąd, niezwykle oryginalnego charakteru. Zgodnie z tradycyjną manierą pisarki i tym razem obok wątku pierwszoplanowego, czyli trucicielstwa, mamy drugi motyw wiodący; drugie śledztwo. A tutaj również niespodzianka. Zamach bombowy. Dotąd zawsze mieliśmy do czynienia ze zbrodnią, nawet z przestępczością zorganizowaną, ale jednak z dziedziną stricte kryminalną. Teraz jako drugą oś fabuły mamy terroryzm, a więc domenę innego, choć pokrewnego gatunku, czyli sensacji. To dodaje kolejnej odsłonie serii nowego wymiaru; prawdziwy powiew świeżości. Inna sprawa, że jak to u Val McDermid bywa, temat terroryzmu zostanie potraktowany nieco przewrotnie.

Nie mam pojęcia, jak pisarka tworzy swe tak udane powieści. Czy najpierw pojawia się problem, który chce przemycić w tle, by zmusić czytelnika do rozmyślań na jego temat, czy też odwrotnie, najpierw pojawia się warstwa kryminalna, a potem zostaje ona osadzona w problematyce społecznej. W sumie nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia, gdyż efekt wygląda idealnie, jak w najlepszych przykładach skandynawskiej szkoły kryminału społecznego. Dysfunkcje społeczeństwa są nieodłączne od zbrodni, gdyż ta właśnie z nich wynika. Inne z kolei patologie ujawniają się w następstwie przestępstwa, choćby przy okazji samego procesu wykrywczego.

Oczywiście dwa rodzaje czynów i toczące się w związku z nimi śledztwa oraz wątek damsko-męski między głównymi bohaterami to tylko szkielet powieści. W rzeczywistości jest ona prawdziwie wielowątkowa. Mimo tego, mimo przenikania się różnych motywów i dość znacznej komplikacji, powieść cały czas trzyma w napięciu i jednocześnie wciąga od samego początku, a potem nie puszcza aż do samego końca. To ostatnie, uwzględniając jej znaczną objętość, trzeba brać pod uwagę przed rozpoczęciem lektury. Może się skończyć zawaleniem terminów, egzaminów, czy innych rzeczy, o których zapomnimy pod wpływem tej prozy made in Scotland.

Jak zawsze u McDermid, tak i tym razem, uważny czytelnik znajdzie w powieści wiele smaczków. Zauważy również, iż zmusza ona do myślenia nad problemami, których z reguły większość z nas na co dzień nie spostrzega, najczęściej dlatego, że tak wygodniej. Tym razem najbardziej mi się spodobała łatka, którą autorka przypięła obecnym koncepcjom rozwiązania problemu terroryzmu ze szczególnym uwzględnieniem tajnych służb działających ponad prawem. Ukazała wręcz chełpienie się tym ostatnim członków owych formacji, wprost proporcjonalne do stopnia ich tajności. Bardzo mocno skrytykowany został również problem sankcjonowania zła, w czym spory udział mają media i film, co prowadzi do tego, że demokracja może się stać karykaturą swych własnych ideałów, o ile już się nią nie stała. Czym bowiem będzie się różnić demokracja od faszyzmu czy komunizmu, jeśli zgodzimy się na tortury, pozbawianie wolności bez wyroku sądowego i obozy koncentracyjne? A przecież są ludzie gotowi na to bez mrugnięcia okiem w imię „wyższego dobra”, jak choćby jeden z naszych byłych premierów. Powstaje jednak pytanie, kto i jakim prawem ma decydować, które i czyje dobro jest wyższe. I jak zagwarantować, że ten decydent będzie dobry, a nie zły.

Oczywiście wąteczków i perełek jest w tej powieści mnóstwo, od najpoważniejszych, po najbardziej błahe. Wspomnę jeszcze choćby przecudownie oddane spotkanie dwóch wybitnych lekarzy, z których jednemu przyszło zagrać, wbrew swojej woli zresztą, rolę pacjenta. Te przycinki, ironia, cały klimat - oddany wręcz mistrzowsko. Więcej nie będę wymieniał, przeczytacie sami, ale jest jedna rzecz, o której od razu muszę wyraźnie powiedzieć, gdyż w „Trującym ogrodzie” warto zwrócić na to uwagę. Już kilka razy w powieściach serii pojawiali się Polacy. W tej jest to wyraźnie widoczne. Warto zwrócić uwagę jak jesteśmy postrzegani przez autorkę i w jakich rolach społecznych obsadza ona ludzi znad Wisły. I wziąć pod uwagę, że to przecież osoba wykształcona, naprawdę obyta i tolerancyjna, zdolna do wybitnie bystrych samodzielnych obserwacji, interpretacji i niestereotypowego myślenia. Skoro ona nas tak widzi, to co naprawdę, wbrew naszej rządowej propagandzie, sądzą o nas przeciętni Brytyjczycy?

Jak łatwo się domyślić, polecam „Trujący ogród” gorąco i bezapelacyjnie go zachwalam, nie tylko miłośnikom kryminałów z zacięciem psychologicznym i elementami sensacji. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że nie jest to lektura dla każdego. Niektórzy nawet mogą stwierdzić, że jest nudna, ale to chyba tylko ci, którzy nie zauważyli jeszcze różnicy między żarciem i jedzeniem, piciem i chlaniem albo też miłośnicy załatwiania wszystkiego za pomocą SMS-ów. Swoją drogą, zastanawiam się, kiedy powstanie pierwsze „dzieło” literackie w formie SMS-ów i kiedy znajdzie swoich wielbicieli. To jednak tylko taka dygresja. Jeszcze raz zapraszam do lektury


Wasz Andrew



* cykl Tony Hill & Carol Jordan:

  1. 1995 - The Mermaids Singing (wyd. pol. pt. Syreni śpiew, przekł. Magdalena Jędrzejak, Otwock 2005, II wyd. Warszawa 2011)
  2. 1997 - The Wire in the Blood (wyd. pol. pt. Krwawiąca blizna, przekł. Magdalena Jędrzejak, Otwock 2005, II wyd. Warszawa 2011)
  3. 2002 - The Last Temptation (wyd. pol. pt. Ostatnie kuszenie, przekł. Maciejka Mazan, Warszawa 2012)
  4. 2004 - The Torment of Others (wyd. pol. pt. Żądza krwi, przekł. Tomasz Wilusz, Warszawa 2012)
  5. 2007 - Beneath the Bleeding (wyd. pol. pt. Trujący ogród, przekł. Katarzyna Kasterka, Warszawa 2013)
  6. 2009 - The Fever of the Bone (wyd. pol. pt. Gorączka kości, przekł. Kamil Lesiew, Warszawa 2010)
  7. 2011 - The Retribution (wyd. pol. pt. Odpłata, przekł. Jan Hensel, Warszawa 2013)
  8. 2013 - Cross and Burn
** tutaj profiler - psycholog specjalizujący się w tworzeniu profili psychologicznych przestępców





piątek, 17 stycznia 2014

O głosach




- Kiedy ktoś wspomina swoje poprzednie wcielenia, nigdy nie jest stajennym czy prostym robotnikiem. Zawsze jest Kleopatrą, Henrykiem VIII lub Emmą Hamilton. Tak samo jest z tymi, co słyszą głosy. Nie słyszą mleczarza czy kobiety, która co rano siedzi za nimi w autobusie. Słyszą Maryję Dziewicę, Johna Lennona albo Kubę Rozpruwacza.
- Cóż, trudno sobie wyobrazić przeciętnego mleczarza udzielającego szczegółowych instrukcji, jak popełnić zabójstwa na tle seksualnym – sucho zauważyła Carol.
- Czyli sądzisz, że od takich rzeczy jest raczej Maryja Dziewica?



Żądza krwi Val McDermid