sobota, 24 grudnia 2011
Boże Narodzenie
wszystkim, którzy czekają na Święta, życzę, by przy Wigilijnym Stole i pod Choinką znaleźli szczęście
Wasz Andrew
piątek, 23 grudnia 2011
Hard Target
Jakiś czas temu w poszukiwaniu rozrywki w stylu Polowania na Czerwony Październik sięgnąłem po RD-74 (Hard Target). Autorem powieści jest James Adams.
Z
początku lektura zapowiadała się obiecująco. Główny bohater, David
Nash, pracownik brytyjskiego wywiadu. zostaje skierowany do Rosji, by
wspólnie ze specjalną jednostką Federalnej Służby Bezpieczeństwa
zwalczyć przemyt narkotyków, który po rozpadzie ZSRR osiągnął
gigantyczne rozmiary. Po przybyciu na miejsce dowiaduje się, że rosyjska
mafia w porozumieniu z japońską yakuzą weszły w posiadanie broni
biologicznej nowej generacji... W aferę zamieszane jest też GRU i CIA...
Miałem więc nadzieję na techno-thriller, który przeczytam z zapartym
tchem zapominając o dziennikach, polityce i newsach. Niestety; autor
wyraźnie przedobrzył. Film byłby może z tego i nienajgorszy, bo akcja
jest, i to nawet dynamiczna, ale w książce wychodzi jak szydło z worka
nierealność części założeń i niespójność charakterologiczna niektórych
postaci. Czytamy do końca bez zmuszania się, nawet z pewną dozą
przyjemności i zaciekawienia, ale po skończeniu lektury jednoznacznie
stwierdzamy, że mieliśmy nadzieję na coś więcej...
Reasumując:
jeśli wsiadacie w pociąg i nie macie nic innego pod ręką, to ta książka
może umilić Wam podróż. Jeśli jesteście w bibliotece, wybierzcie coś
innego. Po prostu czwóreczka w starej skali ocen...
Wasz Andrew
czwartek, 22 grudnia 2011
007 w służbie Piłsudskiego
Rotmistrz
to opowieść o wielkim przedwojennym asie polskiego wywiadu, ulubieńcu
Marszałka, Jerzym Sosnowskim von Nałęcz. Opowieść z wielu względów
niezwykła.
Autorem książki również jest legenda naszych tajnych służb, tyle że kojarzona raczej z PRL-em; generał Marian Zacharski. Taki temat, taki autor! Już to wystarczyło, by pobudzić mój czytelniczy apetyt do granic.
Wbrew
początkowym obawom błyskawicznie się przekonałem, iż autor stanął na
wysokości zadania. Forma przypomina książki historyczne Suworowa i jest
czymś pośrednim pomiędzy „prawdziwą” pracą historyczną a beletrystyką,
stąd nazywam ją po prostu opowieścią. Inna sprawa, że więcej w niej
umocowania w źródłach, niż w niejednej książce zaliczanej do
historycznych. Widać też, iż autor wie o czym pisze, w przeciwieństwie
do uczonych historyków, i jest taka forma na pewno bardziej wiarygodna,
niż gdy piszą o narażaniu życia ludzie, którzy nigdy w życiu spoza
biurka nie wyszli. Łatwo jest wymądrzać się, jakie błędy zrobił choćby
Napoleon, gdy się ma wiedzę, której on nie posiadał. Trudniej zaś o
uczciwość w ocenach, zwłaszcza gdy nie potrafi się samemu przed sobą
przyznać, że na miejscu krytykowanego nie wygrałoby się nawet pierwszej
bitwy. Książka Zacharskiego tchnie autentyzmem z każdej kartki i jest to
jej niewątpliwym atutem, co w połączeniu z dobrym stylem, okraszonym
autentyczną sympatią do bohatera opowieści, nie pozbawioną jednak
obiektywnego krytycyzmu, sprawia, iż lektura daje nam przeżycia nie
tylko poznawcze. Odczuwamy klimat międzywojennych lat szalonego,
wyzwolonego seksualnie Berlina równie prawdziwie, co nastroje naszej
Ojczyzny, gdzie patriotyzm wielu zatruwany był bezinteresowną zawiścią
innych.
Rotmistrz
to pozycja bezcenna. Przybliża nam postać, która powinna być znana
każdemu Polakowi, a tymczasem dotąd nawet wielu miłośników historii
Polski w ogóle o niej nie słyszało. Dlaczego? Ano pewnie dlatego, iż
niełatwo majora Sosnowskiego pobrązowić. Jego losy, w dużej mierze
zbieżne są z życiorysami innych niezwykłych postaci tego okresu, jak
choćby Kazimierza Leskiego
czy Jerzego Dąmbrowskiego. Gdyby to była Ameryka, każda z ich historii
zostałaby sfilmowana, a że są bardziej niesamowite niż fikcja, więc
zakasowałyby wyczyny 007. Polska to jednak nie Stany. Tutaj nie
powstałby Gwiaździsty Sztandar. My nie kalamy swoich świętości.
Muszą być co najmniej z brązu, jeśli nie ze złota. Broń Boże z krwi i
kości, że o błocie nie wspomnę. W 1939 wśród naszych nie było głupich,
tchórzliwych ani zdrajców. Bezmyślni Niemcy i dzicy Sowieci pokonali nas
tylko liczbą i sprzętem. Historia sukcesów i upadku von Nałęcza
pokazuje z całą ostrością nasze największe chyba wady narodowe;
bezinteresowną zawiść i nienawiść wobec lepszych od siebie, to słynne
polskie piekło. Pokazuje w tragikomiczny sposób, w najbardziej jaskrawy z
możliwych. Nie dziwi więc, że dotąd o Jerzym Sosnowskim było cicho i
chwała Marianowi Zacharskiemu za pracę włożoną w przywrócenie naszej
świadomości narodowej tej fascynującej postaci. Nie ma się jednak co
łudzić; Polacy filmu o nim nie zrobią. Trzeba by pokazać nie tylko jego
sukcesy, ale i małość ludzi, którzy zamiast go w kraju nagrodzić,
zgotowali mu piekło.
Tajne
służby, a wywiad ofensywny w szczególności, to teren gdzie wszystko
uchodzi. Nawet poświęcanie własnych agentów mniejszego formatu w imię
sukcesu tych lepszych. Miara niegodziwości jakich doznał od swoich nasz
najlepszy chyba szpieg przedwojenny przekracza jednak wszelkie granice i
absolutnie nie koresponduje z obrazem patriotycznej i moralnej II
Rzeczpospolitej, z wizją mesjasza narodów. A takich rzeczy, zwłaszcza
prawdziwych, to my nie lubimy.
Profesjonalni historycy zarzucają autorom takim jak Zacharski, Suworow
czy Wołoszański, że są nawiedzeni, że są niewiarygodni. To jednak
właśnie tacy autorzy pierwsi mówili o sprawczej roli ZSRR w wybuchu II
Wojny Światowej i o wielu innych rzeczach najważniejszych dla historii
Polski. Podobnie jak mój nauczyciel polskiego, który w szkole jawnie
mówił o Katyniu na wiele lat przed upadkiem komuny. Co robili w tym
czasie profesjonalni historycy? To, za co im płacono. Ówcześni,
komunistyczni, doktorzy nauk historycznych są dziś profesorami, a
magistrowie doktorami, i powinniśmy o tym pamiętać. I sami sobie
odpowiedzieć, która wiarygodność jest prawdziwsza. Czy ważniejszy jest
tytuł i idąca za nim płaca, która zobowiązuje do określonych poglądów,
czy argumenty, fakty i dowody.
Opowieść
o Nałęczu, podobnie jak wiele innych, pokazuje, iż nie ma jednej
„prawdziwej” historii. Warto ją przeczytać, by poznać z nowej strony tą
arcyciekawą postać, ale nie tylko po to. Książka jest perełką, która
pozwoli nam zachłysnąć się autentycznym klimatem międzywojennego
Berlina, trudnych dla Polaków czasów międzywojennych oraz niemieckich i
polskich tajnych służb opisanych przez, bądź co bądź, znawcę tematu.
Rzecz, niezależnie od oceny jej wiarygodności, daje wiele, bardzo wiele
do myślenia, a jednocześnie czyta się ją łatwo, wręcz połyka. Jest to
zarazem prawdziwie sensacyjna opowieść o męskim demonie seksu, na
którego widok kobiety wręcz mdlały. Zdecydowanie i absolutnie polecam*
Wasz Adrew
*
Jedynym mankamentem dla osób dociekliwych i nie znających języka
niemieckiego jest fakt, iż wiele oryginalnych tekstów nie zostało
dosłownie przetłumaczonych, ale cóż; albo się uczymy, albo korzystamy z
tłumacza komputerowego, online, lub co tam kto ma. Nie umniejsza to
jednak walorów książki, gdyż teksty o których mowa są źródłami, które
nie warunkują odbioru, a przeznaczone są jedynie dla szczególnie
zainteresowanych.
środa, 21 grudnia 2011
28 rocznica śmierci Mariana Mazura
Marian Mazur na przełomie lat 70-80, zdjęcie Marek Banach.
Dziś
właśnie przypada 28 rocznica śmierci genialnego polskiego uczonego -
Mariana Mazura. Był twórcą polskiej szkoły cybernetyki, a jego teoria
systemów autonomicznych i jakościowa teoria informacji do dziś urzekają
prostotą, oryginalnością i uniwersalnością. Nie będę tutaj przypominał
sylwetki naszego wielkiego rodaka. Jego życiorys można znaleźć choćby w Wikipedii. Pragnę z okazji tej rocznicy zwrócić uwagę na chyba najbardziej popularną książkę Mariana Mazura Cybernetyka i charakter.
Pozycja w Polsce dużo mniej znana niż za granicą, podobnie jak sama
sylwetka autora i jego teoria. To już chyba taka nasza narodowa
tradycja, by cudze chwalić, a swego nie znać. Czasami mam wrażenie, że
gdyby Kopernika za swego nie uznawały inne narody, a zwłaszcza Niemcy,
co przez zazdrość mobilizuje naszą pamięć o nim, to byłby w kraju
zupełnie zapomniany. Analogia tym bardziej uprawniona, iż Marian Mazur
dokonał rewolucji na miarę kopernikańską, nie tyle w cybernetyce jako
takiej, co choćby w psychologii przy pomocy tejże cybernetyki. By
przeciwstawić się zapomnieniu, zapraszam do lektury mojej opinii,
a potem samej książki, która wbrew tytułowi więcej rewolucjonizuje w
wiedzy o nas samych, niż cybernetyce, której nowatorska teoria jest
narzędziem również dla innych dziedzin. Gorąco polecam
Wasz Andrew
wtorek, 20 grudnia 2011
Rasa drapieżców
Jakiś czas temu, przyznaję ze skruchą, że niejako przypadkiem, sięgnąłem po książkę Rasa drapieżców teksty ostatnie Stanisława Lema.
Kiedyś zaczytywałem się Lemem, ale od dłuższego czasu nie sięgałem po
nic firmowanego jego nazwiskiem. Z tym większym zdziwieniem, w
pozytywnym znaczeniu tego słowa, stwierdziłem, że rzecz warta jest
przeczytania i głębszej nad nią refleksji.
Rasa drapieżców
to ostatnia książka Mistrza, który zmarł 27 marca 2006 w Krakowie.
Zawiera teksty publikowane przez niego w latach 2005 i 2006 na łamach Tygodnika Powszechnego.
Wyboru dokonał i całość posłowiem opatrzył Konrad Fiałkowski. Ja
osobiście czytałem je wszystkie z wielką przyjemnością. Jakkolwiek
niektórzy zarzucają, iż w wybranych felietonach pewne argumenty się
powtarzają, jakkolwiek inni podnoszą, że z drugiej strony można napotkać
niekonsekwencje, jak w przypadku wyborów w Niemczech, gdzie Lem
najpierw się Merkel obawia, a potem ją chwali i z nią symapatyzuje, to
ja uważam, że ten zbiór jest jedną z cenniejszych pozycji w dorobku
pisarza.
Czytając kolejne teksty zawarte w Rasie
nie tylko możemy smakować świetne pióro, pełne ironii, dystansu, a
zarazem zaangażowania. Możemy obcować z wybitną inteligencją Mistrza
tak, jakbyśmy właśnie prowadzili z nim wywiad. A to, co niektórzy widzą
jako mankamenty, moim zdaniem jest właśnie atutem. Widzimy poprzez taki
właśnie wybór tekstów, z ich wzajemnymi sprzecznościami i
niekonsekwencjami z jednej strony, a powtórzeniami z drugiej, iż wielki
umysł wcale nie jest wszechwiedzący. Myli się, czepia się faktów, tez i
motywów, które mu się wybitnie spodobały, zmienia oceny faktów i ludzi,
jest taki jak my. Nie potrafi być prorokiem we własnym kraju, a jednak
lektura jego słów skłania do wielu refleksji i głębokich przemyśleń. Te
felietony, w specyficzny sposób osobiste, pokazują nam, że wielkość Lema
leży nie tylko w ogromnej wiedzy i świetnym piórze. Jest także w
niespotykanie udanym połączeniu zaangażowania z samokrytycyzmem,
dystansem do własnej osoby i własnych przekonań, gotowością do błądzenia
i odnajdywania. Wielki umysł wcale nie wie wszystkiego. Próbuje
dociekać, często po drodze trafiając w ślepe uliczki. Tym różni się od
miernot, że pomyłki i błędy traktuje jako jedyną drogę do prawdy.
Obojętnie: naukowej, politycznej czy historycznej.
Choć
polityczne przewidywania Mistrza raczej nie bywały trafione, to z jego
tekstów widać wielką troskę o Polskę. Polskę dla każdego, Polskę w
jakiej i ja chciałbym żyć. Może w dzisiejszych czasach powołaniem
futurystów jest nie przewidywanie jak będzie, ale pokazywanie jak nie
powinno być, czego mamy się obawiać i czego unikać? Może jak instruktor
jazdy ma się koncentrować nie na pięknej drodze, która czeka za
wzgórzem, ale na wskazywaniu zagrożeń czekających po drodze?
Reasumując; choć polityczne przewidywania Lema z dzisiejszej perspektywy wydają się nieaktualne, to Rasę drapieżców naprawdę warto przeczytać, o czym Was szczerze zapewniam
Wasz Andrew
piątek, 16 grudnia 2011
Cyfrowa Twierdza
Jakiś czas temu skończyłem czytać Cyfrową Twierdzę (Digital Fortress) Dana Browna. Tak, to ten od Kodu Leonarda Da Vinci.
Od razu zaznaczę, że jako powieść mająca dostarczyć rozrywki, Kod Leonarda
podobał mi się bardziej. Może dzięki temu, że czytałem go w pięknie
ilustrowanym wydaniu, gdzie zamieszczony materiał graficzny idealnie
korespondował z treścią i nie tylko nie kolidował z pracującą na pełnych
obrotach wyobraźnią generującą w umyśle świat wykreowany słowem
pisanym, ale wręcz przeciwnie, uzupełniał tekst i dawał umysłowi nowe
dane, by sobie pięknie całą rzecz w głowie odtworzyć.
Cyfrową Twierdzę określiłbym jako techno-thriller. Jest to powieść tak odmienna od Kodu Leonarda, że aż trudno je porównywać. Kod rozgrywa się w świecie historii, sztuki i wiary, a Twierdza
to świat przyszłości (a może już nawet teraźniejszości), matematyki,
szyfrów i informatyki. Świecie totalnej inwigilacji i poświęcania
jednych wartości w imię innych. To ostatnie łączy obie wspomniane
książki. W Kodzie Leonarda
Kościół Katolicki poświęca prawdę, życie niewinnych ludzi i świadomie
zniekształca Słowo Boże, by utrzymać jedność wiary i nie dopuścić do
powstania kolejnych herezji. W Cyfrowej Twierdzy także morduje
się ludzi i łamie wszelkie prawa właśnie po to, by tych łamanych praw
bronić. Może z tego wynika większa rozrywkowość Kodu,
że temat wiary nie dotyka on nas wszystkich. W końcu nikt nie musi być
wierzącym, a i większość wierzących nie wierzy we wszystko, co im
kapłani opowiadają. Nie wszędzie religia ma taki wpływ na życie państwa i
narodu jak w Polsce. Cyfrowa Twierdza robi się poważniejsza od
momentu, gdy uświadomimy sobie, że dylematy będące jej tłem dopadną nas
zawsze i wszędzie, a problem będzie narastał.
Quis custodiet ipsos custodes to pytanie z Satyr Juwenala, które jest myślą przewodnią Cyfrowej Twierdzy.
Kto będzie pilnował tych, którzy pilnują? Nikt na to odpowiedzi jeszcze
nie dał i Dan Brown też jej nie zna. Pokazuje nam tylko, jakie
niebezpieczeństwa pojawiają się, gdy ktoś w imię ochrony innych, lub dla
innych ważnych wartości, otrzymuje specjalne uprawnienia, a co gorsze, i
co coraz częściej dotyka naszej, europejsko-amerykańskiej demokracji,
otrzymuje ciche przyzwolenie, by działać poza prawem, a nawet ewidentnie
wbrew niemu. Kto zapewni, że takie możliwości dane komukolwiek nie
zostaną przez niego wykorzystane do złych celów.
Kontrola.
To nie tylko tytuł książki Wiktora Suworowa, którą też szczerze
polecam. To problem nad którym biedzą się ludzie od starożytności. Kto
ma kontrolować tych, którzy kontrolują? Nie rozwiązał go ani Stalin, ani
inni dyktatorzy i, niestety, nie rozwiązała go też nasza demokracja. A
problem ten narasta z każdym dniem i na naszych oczach dotyka coraz to
większej ilości spraw, ludzi i zagrożonych swobód.
Terroryzm
już wygrał wojnę z demokracją, gdyż zmusił nasze społeczeństwa do
naruszania podstawowych zasad w imię tych właśnie zasad obrony. By
chronić obywateli przez zagrożeniem właśnie tych obywateli,
niejednokrotnie całkowicie niewinnych, podsłuchuje się, przegląda się
korespondencję, czyta maile i włamuje do komputerów, więzi bezprawnie, a
nawet torturuje. Kto zapewni, że koszty nie przewyższą zysków, kto
będzie szukał czarnych owiec wśród tych, którzy ich szukają w
społeczeństwie. Pedofile uwielbiają robić kariery w różnych rodzajach
działalności i w zawodach związanych z dziećmi. Zbrodniarze, żadni
władzy i krwi okrutnicy, zwykli sadyści, podglądacze i inni zboczeńcy od
lat wkręcają się do armii i tajnych służb, gdzie tym bardziej stoją
poza prawem, im bardziej służby są tajne i zaangażowane w walkę. Jaką, z
kim, to nie jest ważne. Oni dobrze wiedzą, że tylko tam będą mogli
bezkarnie dać upust swym żądzom. Nawet porządni niejednokrotnie schodzą
na manowce, a nawet ci, którzy nigdy na nie nie zeszli dają się czasem
innym wpędzić w maliny. W imię dobra popełniają błędy, które sprawiają,
że ich czyny nie różnią się od zwykłych przestępstw i zbrodni. Kto ich
będzie trzymał na wodzy, kto ich kontrolował? A kto skontroluje tych
kontrolujących?
Jakiś
czas temu w wiadomościach w TV, internecie i gazetach było głośno o
skargach inspektorów skarbowych badających fundację prezesa PiS
Jarosława Kaczyńskiego na CBA, które podobno próbowało ich zastraszyć.
Takie doniesienia o walce różnych naszych służb między sobą pojawiają
się coraz częściej. Widać wyraźnie, że niejednokrotnie tajne służby
służą politykom do załatwiania ich partykularnych interesów, a nie do
ochrony dobra państwa i obywateli.
Magiczne
słowo. Kontrola. Tylko jak ma wyglądać jego realizacja. Tego nie wie
nikt, a problem narasta. Kiedy rosyjski okupant (rozbiorowy, a nie ten
po 1945) wprowadził obowiązek meldowania się w miejscu zamieszkania,
Polacy uważali to za represję gorszą niż wywózka na Sybir. Gorszą, bo
dotykającą wszystkich, od nowo narodzonych dzieci po umierających
starców, od buntowniczych patriotów po sprzyjających Rosjanom
biznesmenów i kolaborantów. Było to ograniczenie podstawowej wolności do
bycia gdzie się chce i kiedy się chce bez informowania o tym
kogokolwiek. Teraz śledzą nas z satelitów, podsłuchują komórki i
telefony, czytają maile i analizują DNA. A nam to już wcale nie
przeszkadza. Nie przeszkadza, bo mamy nadzieję, że nas to nie dotyczy,
jeśli jesteśmy O.K. A co jeśli ktoś tam, wśród tych wybrańców, którzy
nas kontrolują, ktoś nie jest O.K.? Co jeśli pamięta, że w szkole
odbiliśmy mu dziewczynę albo daliśmy po gębie? Co jeśli ma do nas
jakikolwiek żal i postanowi wykorzystać swoje możliwości pozaprawnego
działania by się na nas odegrać? A co jeśli się po prostu pomyli albo
ktoś zły, by zatrzeć za sobą ślad, rzuci podejrzenie na nas? Rosyjska
mafia, jak czytamy w niedawnych newsach, okrada przez internet konta
bankowe Polaków. Skoro te wszystkie nasze tajne służby nie są w stanie
zapobiec takim prostackim, ogranym trickom, to czy możemy liczyć na to,
że odeprą jakikolwiek poważny atak w cyberprzestrzeni? Czy warto im było
dawać jakiekolwiek uprawnienia?
Janosik
łupił bogatych i dawał biednym. Kiedyś napadano na banki z rewolwerem w
ręku lub jak w Vabanku wkradano się doń przez komin. Kto jednak trzymał
pieniądze w dużym banku nie był okradany. Koszty takiej imprezy ponosił
głównie bank, który zresztą też był ubezpieczony.
Teraz okrada się klientów banków, a nie banki. Systemy ochrony banków i
wszystkie te służby tak naprawdę niczego nie potrafią
zrobić, by temu zapobiec. Czy wszystko w tej branży będzie szło w tym
kierunku? Bogaci będą bezpieczni, a szarzy, zwykli ludzie będą bezbronni?
Jeśli nie przeszkadzają Wam takie pytania, które mogą się zrodzić w trakcie lektury Cyfrowej Twierdzy, to namawiam do jej przeczytania. Akcja jest wciągająca i książkę, choć dość gruba, czyta się błyskawicznie. To klasa Polowania na Czerwony Październik,
o czym Was niniejszym zapewniam, i choć specjaliści od kryptografii,
komputerów i matematyki wynajdą w tej książce trochę błędów
merytorycznych, to polecam ją jako świetną rozrywkę i nie tylko
rozrywkę…
Wasz bez wosku (kto czytał, ten wie)
Andrew
czwartek, 15 grudnia 2011
Odwet
Właśnie skończyłem czytać powieść Odwet (Retribution) Jilliane Hoffman. To typowy kryminał lub też, jak kto woli, literatura sensacyjna. Po jej lekturze mam dziwnie pomieszane odczuć.
Z jednej strony styl jest dobry i przyjemnie się czyta dzieje pięknej młodej prawniczki, a potem już prokuratorki, o nieco dziwnym dla nas imieniu Chloe. Główna bohaterka, brutalnie zgwałcona w czasach studenckich, ma okazję zemścić się na swym oprawcy doprowadzając do skazania go na karę śmierci, ale za zbrodnie popełnione przez kogo innego. Recenzje książka zebrała bardzo dobre, nawet rewelacyjne, więc spodziewać by się można lektury, od której wprost nie będzie się można oderwać. Z drugiej strony, choć autorka epatuje krwawymi szczegółami i aż nazbyt wymyślnym, dla mnie nieco sztucznym i wydumanym, okrucieństwem, to nie ma wOdwecie ani śladu tego dreszczyka emocji, tego zaciekawienia i zaskoczenia, które możemy odnaleźć choćby w Cienkiej mrocznej linii Tami Hoag.
Takie dziwne rozdwojenie oczekiwań i rzeczywistości mam też jeśli chodzi o ocenę merytoryczną rzeczywistości, w której rozgrywa się akcja powieści. Choć Jilliane Hoffman sama była prokuratorką, to momentami miałem wrażenie, że nie do końca łapie realia i smaczki policyjno-prokuratorskiego i przestępczego światka. Pisze o pracy policji i prokuratury jak cywil albo sędzia, a nie jak ktoś, kto zna tę robotę. Nie mówię już o takich wpadkach jak na przykład „paciorkowate oczy sowy”. Kto choć raz widział sowę, ten wie, że wszystko można powiedzieć o jej oczach, ale nie to, że są paciorkowate.
Największym mankamentem tej powieści jest brak jakiegokolwiek przesłania. W pewnym momencie, gdy bohaterka zaczyna się domyślać, że oskarżany przez nią mężczyzna, który kiedyś ją zgwałcił, nie jest winien zabójstw, o które jest oskarżany, miałem nadzieję, że chociaż morał będzie w tej książce mądry i ważny. Morał ten to rzecz bardzo istotna, o której mało się mówi, gdyż nie jest na rękę ani policji, ani sądom, ani prokuraturze. Chodzi o konsekwencje jakie niesie samo oskarżenie, nie mówiąc już o skazaniu, osoby niewinnej zarzucanych jej czynów, choćby nawet „jej się to należało”. Każdy czuje się usprawiedliwiony, ba – nawet zadowolony i dumny, że udało się ukarać bandytę, a to, że odpowiedział za czyn, którego akurat nie popełnił, nikogo nie boli. Tymczasem takie postępowanie powoduje, że prawdziwy sprawca, z reguły jeszcze gorszy niż ten, którego skazano, pozostaje na wolności i jest bezkarny. Bezkarny tym bardziej, że nikt go już nie szuka. Ten morał to temat na dłuższe wywody, więc wystarczy iż stwierdzę, że i to jednak zostało zatracone, a Odwet nie jest wart tego, by tracić nań czas, o czym z żalem Was informuję wbrew wszystkim tym pozytywnym recenzjom, które znajdziecie w necie
Wasz Andrew
środa, 14 grudnia 2011
Żałosny Kolekcjoner
Tom Clancy był kiedyś dla mnie synonimem dobrej literatury sensacyjnej czy raczej techno-thrillera. Niestety, KOLEKCJONER(Splinter Cell) bardziej przypomina Hansa Klossa czy Czterech pancernych niż Polowanie na Czerwony Październik. O ile jednakStawka większa niż życie i przygody Szarika w ramach swej konwencji są naprawdę niezłe, choć mało mają wspólnego z realiami historycznymi, to Kolekcjoner bije je infantylnością na głowę. Nie jest to też styl 007, bo trudno się w Splinter Cell doszukać humoru czy powiewu niewinnego erotyzmu. Tom Clancy zmienił się w tej powieści z wirtuoza w wyrobnika, o czym z żalem Was informuję i zachęcam do omijania tej powieści szerokim łukiem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







