Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Baza recenzji Syndykatu ZwB. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Baza recenzji Syndykatu ZwB. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 listopada 2012

Rzeki Hadesu


Rzeki Hadesu

Marek Krajewski


Popularność, dodajmy od razu, iż całkiem zasłużoną, przyniósł Markowi Krajewskiemu cykl klasycznych kryminałów o śledztwach prowadzonych przez przedwojennego wrocławskiego detektywa Eberharda Mocka. Później autor stworzył drugą postać pierwszoplanową – lwowskiego policjanta Edwarda Popielskiego, dla którego rozpoczął nową serię powieściową. W Rzekach Hadesu pisarz postanowił doprowadzić do bezpośredniego spotkania tych dwóch mężczyzn o silnych osobowościach. Co c tego wyszło?

W przedwojennym Lwowie dochodzi do porwania i zgwałcenia nastoletniej dziewczynki. Sprawą zajmuje się oczywiście Popielski. Niestety, sprawca nie zostaje ujęty, choć jego tożsamość udaje się odkryć. Potem przychodzi wojna i w powojennym Wrocławiu, gdzie trafiło wielu byłych Lwowiaków, znów splatają się losy pedofila, który dotąd unikał kary, i Edwarda Popielskiego, który już z policją nie ma niczego wspólnego poza tym, że musi jej unikać jak ognia. Tam pojawia się również Mock, który pomaga Popielskiemu, dzięki czemu oba cykle powieściowe zostają połączone. Jak się to wszystko skończy oczywiście nie zdradzę; odebrałoby to książce wiele.

Rzeki Hadesu, jak wszystkie powieści Krajewskiego, są stylistycznie na najwyższym poziomie. Pod tym względem w polskim kryminale współczesnym jest nasz pisarz klasą samą w sobie. Również dbałość o szczegóły historyczne jest stałym wyznacznikiem jego twórczości. Niestety na szczegółach się kończy i w moim odczuciu autor jest jednak tylko perfekcyjnym rzemieślnikiem. Pomimo dbałości o detale, obraz Lwowa, ale nie ten wizualny, a ów dotyczący rzeczy niepomiernie ważniejszych, czyli przedwojennych realiów społecznych, jest dla mnie nieprzekonujący. Wirtuoz nawet zmyślając wszystko, od początku do końca, potrafi ukazać prawdę, ukazać jak było; jak myśleli ludzie, jak czuli, jakie były mechanizmy społeczne i ukryte sprężyny działania władzy. Zmyślając jest bardziej prawdziwy niż ci, którzy opierając się na realiach nie potrafią odtworzyć niczego, co poza konkrety wykracza. Szkoda, że Krajewskiemu w obecnym podejściu tej zaklętej granicy nie udało się przekroczyć, co nie zmienia faktu, iż w tym kanonie w polskiej literaturze w chwili obecnej jest bezkonkurencyjny. Zaznaczam jednak, że tylko w Polsce i tylko w granicach wąsko pojmowanego kryminału. Gdyby rozpatrywać również sensację i powieść szpiegowską, liderem bym go już nie określił.

Rzeki Hadesu często są określane jako obrzydliwe, makabryczne, odrażające. Ja niczego z tych rzeczy w nich nie zobaczyłem. Owszem – jest to kryminał, ale nie mroczny, jak choćby prześwietne powieści Kena Bruena, tylko brudny. I dobrze; to powiew autentyczności. Kto robi w brudach, ten choćby nie wiem jak chciał, czystym nie pozostanie. Jeśli ktoś chce czytać o zbrodni, niech nie oczekuje przyjemnej rozrywki. Jeśli powiemy, że Rzeki Hadesu są odrażające, to jak nazwiemy choćby American Psycho? Nie szafujmy mocnymi określeniami, by nam ich nie zabrakło wtedy, gdy będą potrzebne. Inna sprawa, że brudów, tych w myślach i ustach postaci powieści Krajewskiego, jest najczęściej zbyt mało. Nawet ludzie ewidentnie prości i z marginesu wyrażają się zbyt cenzuralnie, a myślą wręcz jak literaci.

Jak wspomniałem, w kwestii tła i klimatu społecznego, mechanizmów międzyludzkich i zachowań różnych osób w zmiennych warunkach, Rzeki Hadesu wypadają słabo. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę specyfikę gatunku, czyli powieść nieporównanie bliższą kryminałowi w stylu Conan Doyle’a niż choćby współczesnemu kryminałowi skandynawskiemu, to wówczas należy tę powieść ocenić całkiem odmiennie. Nikt przecież nie zarzuca westernowi infantylności scen pojedynków przed saloonem, więc i klasycznemu kryminałowi nie sposób wytykać zbyt mocno pewnej charakterystycznej płytkości. Rzeki Hadesu to kawał dobrego pisarskiego rzemiosła i po uwzględnieniu ograniczeń kanonu jest to rzecz w gruncie rzeczy do polecenia, ale raczej tylko i wyłącznie miłośnikom takiej właśnie odmiany gatunku, niż dobrej literatury w sensie bardziej ogólnym, tym bardziej, iż nawet wcześniejsze powieści autora, jak choćby Festung Breslau, wypadają bardziej przekonująco niż ta właśnie. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że za dużo w Rzekach Hadesu zagrań pod publiczkę, jak choćby przejaskrawiona polskość Lwowa czy zalatujący serialem Czas Honoru obraz powojennej rzeczywistości zogniskowany na niedobitkach AK i zaprzedanej ZSRR polskiej służbie bezpieczeństwa. Może to tylko takie moje odczucia, niemniej jednak mam wrażenie, iż uwzględniając wszelkie aspekty, nie jest to książka, którą z czystym sumieniem mógłbym polecić komukolwiek poza zagorzałymi miłośnikami kryminałów. Niestety, gdyż tego pisarza stać na więcej, czego już dawał dowody


Wasz Andrew

wtorek, 9 października 2012

Raj



Raj

(oryg. Paradiset)

Liza Marklund

tłumaczenie: Kamila Knockenhauer
seria: Annika Bengtzon tom 2, Czarna Seria
Wydawnictwo Czarna Owca 2010

Mam wrażenie, że od dłuższego już czasu szukałem czegoś, co dorównałoby Millennium Stiega Larssona, gdyż nie ukrywam, iż jestem miłośnikiem szwedzkiej szkoły kryminału społecznego. Nie żebym był fanem tego kanonu, gdyż nie cierpię żadnych oznak fanatyzmu u siebie i u innych, niemniej ta właśnie odmiana gatunku jest jedną z tych, które darzę szczególną sympatią.

Sięgając po Raj nie bardzo wiedziałem, czego się spodziewać, gdyż miało być to moje pierwsze spotkanie z prozą Lizy Marklund. Już dawno przestałem dowierzać recenzjom przytaczanym na okładkach, więc zacząłem czytać pełen nadziei i jednocześnie świadom, iż być może lektura znów skończy się większym lub mniejszym zawodem.

W czasie huraganu w sztokholmskim porcie dochodzi do podwójnego zabójstwa. Aida, która ma coś wspólnego z tym zdarzeniem, spotyka początkującą dziennikarkę gazety Kvällspressen Annikę Bengtzon. Ta dowiedziawszy się, iż Aidzie grozi śmiertelne niebezpieczeństwo, postanawia jej pomóc i kontaktuje ją z fundacją Raj, o której istnieniu niedawno się dowiedziała, a która ma pomagać w „znikaniu” ludziom zagrożonym przemocą, którym państwo nie jest w stanie zapewnić wystarczającej ochrony. Jednocześnie Annika rozpoczyna dziennikarskie śledztwo w celu sprawdzenia wiarygodności tajemniczej fundacji. Jak nietrudno się domyślić, połączenie spotkania z Aidą i Rajem, to mieszanka wybuchowa.

Nie zaczynajcie lektury Raju, jeśli nie macie wolnego czasu. Trudno się od niej oderwać, a że jest to tomisko słusznej objętości, więc można się spóźnić do pracy, szkoły, czy zawalić inne terminy. Styl jest idealnie zgrany z gatunkiem i przypomina nieodżałowanego Larssona, podobnie jak rozbudowane tło problematyki społecznej, które głęboko wrasta w fabułę, akcję i charaktery głównych postaci. Sfera społeczna jest na miarę kultowego, wspomnianego już Millennium. Co dziwne w przypadku autora płci pięknej, tym razem w pozytywnym znaczeniu tego słowa, to fakt, iż realia, czyli broń, rany i inne atrybuty gatunku, na których niejednokrotnie wykładają się nawet znani i uznani powieściopisarze, tchnie takim realizmem, że prawie czuje się woń prochu i krwi, gdy pada strzał z przyłożenia*.

Klimat powieści jest miejscami wręcz ponury. Nie mroczny, ale właśnie ponury, tym bardziej, iż na warstwę kryminalną nakładają się osobiste tragedie głównej bohaterki. Mamy jednak dla równowagi to, co damy kochają najbardziej, czyli wiarę w prawo, przyzwoitość i oczywiście wielką miłość. Może nie taką, jaką sobie zwykle większość czytelniczek wyobraża, ale chyba to dobrze.

Wielu recenzentów zarzuca Lizie Marklund, iż jej główna bohaterka jest nieznośna i „dziwna”, a nawet przez tą właśnie odmienność od powieściowej sztampy „nierealna”. To właśnie najlepszy przykład na to, że recenzent swoją opinią ocenia nie tylko dzieło, ale zarazem daje świadectwo o sobie samym. Jeśli dla kogoś w ocenie powieści najważniejsze jest, iż główny bohater jest dla osoby recenzującej „irytujący”, to… Takie inteligentne niedomówienie, że użyję zwrotu ze znanego skeczu**. Wiadomo, że większość ludzi zmyślając boi się zrobić coś, co odstaje od normy. Sami są przeciętni i nie są nawet w stanie zauważyć, iż w świecie, który zdominowany jest przez przeciętność, istnieją również i ekstrema. W każdej dziedzinie. Bazują na tym między innymi programy do wykrywania fałszerstw w bazach danych, gdyż zbyt przewidywalne dane mogą świadczyć o manipulacji na zbiorach informacji. Tylko wirtuozi mają odwagę w kłamstwie wyjść poza wartości uznawane za przeciętne i realne, więc tylko oni mogą bezkarnie fałszować statystyki***. Tym bardziej więc należy się Lizie uznanie za to, iż stworzyła swe główne postacie jako osoby oględnie rzecz ujmując nietuzinkowe, a może właśnie przez to bardziej realne.

Dla mnie osobiście jest wielką zaletą prozy Lizy Marklund, iż nie boi się pokazać, jak potężnie wydarzenia wpływają na osoby, których dotyczą. Również zdarzenia z życia prywatnego, które są w stanie zakłócić jej życie zawodowe, a nawet postawić o krok od samobójstwa. Są też w Raju postacie, które nie widzą niczego poza swoimi planami realizowanymi bez względu na wszystko. Im kto wrażliwszy, tym bardziej przeżywa, im kto płytszy i bardziej skoncentrowany na sobie, tym mniej dylematów. Samo życie. A tym, którzy uważają, iż „nie po to sięgam po kryminały/thrillery, żeby sobie poczytać o nieszczęśliwej miłości i pokopanych związkach emocjonalnych”****, powiem po raz kolejny, że kuriozalnym mi się wydaje krytykowane powieści za to, iż nie ma w niej tego, czego się spodziewaliśmy ze względu na nadaną jej przez innych przynależność do danego gatunku. Czy wartość dzieła zmieni się od tego, że ktoś nazwie je kryminałem, sensacją, thrillerem, czy jeszcze czym innym? Czy ocena powieści zmieni się, jeśli zamiast z półki „kryminał/thriller” weźmiemy ją z tej z napisem „szwedzki kryminał społeczny”? Ja uważam, że właśnie takie powieści jak Raj sprawiły, iż literatura wrzucana do wielkiego wora z napisem „kryminał” przez coraz większą część krytyków przestaje być uważana za prozę drugiego gatunku, a szwedzki kryminał coraz częściej jest doceniany w świecie, w przeciwieństwie do większości naszych pisarzy z tego kręgu tematycznego.

Mam wrażenie, iż my Polacy, nie tylko pisarze, w większości zatrzymaliśmy się na złudzeniu, że można być bogatym w biednym kraju, szczęśliwym wśród morza biedy i nieszczęścia. Szwedzi propagują intensywnie pogląd odwrotny, ku któremu i ja się skłaniam. Twierdzą, że za wyjątkiem egoistów i prostaków nie sięgających percepcją poza kraniec własnego nosa, nie można być prawdziwie szczęśliwym, gdy ktoś obok przeżywa dramat. Ja dodałbym jeszcze, że w kraju pełnym patologii nawet najbogatszy i najbardziej ustawiony nie jest pewien dnia ani godziny, ale to już temat na osobne rozważania.

Wracając do naszej powieści, wspomniałem już, iż jest ona miejscami wręcz ponura. Ale tylko miejscami. Fabuły nie będę oczywiście zdradzał, lecz muszę podkreślić, iż zakończenie jest niezwykle realistyczne i wyważone. Pozornie pesymistyczne, gdyż przyrównujące walkę z przestępczością i innymi patologiami do pracy śmieciarzy, którzy co dzień mają do uprzątnięcia nowe hałdy odpadów powstające permanentnie na miejsce tych już wywiezionych. Jednak pomyślmy, jak wyglądałyby miasta i cały kraj, gdyby nie ich codzienny syzyfowy trud, a wtedy walkę ze złem zobaczymy w nieco innym świetle.

Reasumując: Raj to po prostu jedna z najlepszych powieści w szwedzkim kanonie kryminału społecznego. Z tego wprost wynika, iż nie jest to rzecz dla fanów powieści skupionych tylko i wyłącznie na warstwie kryminalnej. Z drugiej strony rzecz biorąc, tło społeczne i osobiste przeżycia bohaterki mają w niej taką rangę, iż z czystym sumieniem mogę gorąco polecić tą powieść Lizy Marklund wszystkim, którzy lubią dobrą, mocną prozę i nie przejmują się tym, do jakiego gatunku ją zaliczyć. Pozycja bezwzględnie warta poznania, o czym z przekonaniem Was zapewniam


Wasz Andrew



* Pisarka przyznaje, iż konsultowała się między innymi z klasykiem powieści szpiegowskiej Janem Guillou, ale to wcale nie zmniejsza jej zasług.
** Wężykiem z kabaretu Dudek
*** Nie dotyczy to oczywiście Polski. GUS w wielu dziedzinach ma dane tak oderwane od rzeczywistości i tak zmanipulowane, że taki program od razu by zgłupiał.
**** cytat z opinii użytkownika murietka w zamieszczonej w serwisie lubimyczytać.pl

środa, 26 września 2012

Alibi



Tami Hoag

Alibi

(oryg. The Alibi Man)

tłumaczenie Dobromiła Jankowska
Wydawnictwo Dolnośląskie 2009

Była policjantka Elena Estes pracuje jako stajenna na Florydzie. Podczas samotnej konnej przejażdżki odkrywa w odludnym zakątku zwłoki swojej przyjaciółki Iriny Markowej, która również pracowała jako stajenna w jednej z licznych tam stadnin. Nie mamy jednak do czynienia ze zwykłymi stajennymi w rozumieniu polskiego stereotypu związanego z tym zawodem, a i owe stadniny są odmienne od naszych. To świat graczy w polo, pięknych kobiet i wielkich pieniędzy. Zarazem to również świat wielkich patologii, które za ogromną kasą podążają równie chętnie, co za srogą biedą. Oczywiście nasza Elena postanawia odkryć, kto jest odpowiedzialny za śmierć Iriny. Tradycyjnie nie zdradzę, co z tego wyniknie, aby nie psuć zabawy przyszłym czytelnikom.

Tami Hoag ma w swoim dorobku wiele powieści. Niestety nie wszystkie zostały przełożone na polski. Ponieważ moje poprzednie spotkania z jej twórczością wypadły rewelacyjnie, na Alibi rzuciłem się jak pies na kość. Gdyby to był mój pierwszy kontakt z jej prozą, powieść może nawet by mnie zachwyciła. Pióro pani Hoag nie straciło swego uroku. Styl jest obrazowy i klimatyczny, a zarazem umożliwia szybkie pochłanianie kolejnych stron, co przy lekturze z pogranicza kryminału i thrillera jest ważkim atutem. Postacie z przeszłością, jak zwykle wyraziste, o skomplikowanych i zarazem przekonujących charakterach, targane wielkimi namiętnościami, to już chyba znak firmowy autorki. Nie do przecenienia jest również absolutnie autentyczny obraz klanu elit Palm Beach i światka koniarzy, tym bardziej, iż pisarka wie o czym pisze - sama należy do tego środowiska (w ujeżdżaniu koni na szczeblu międzynarodowym startowała z powodzeniem).

Fabuła okazuje się skomplikowana, jak na standardy gatunku w wersji made in USA. Zakończenie może nie do końca zaskakujące, ale też niełatwe do odgadnięcia. Wszystko na przyzwoitym poziomie komplikacji i realizmu, bez nieśmiertelnych herosów i cudownych zbiegów okoliczności. No może na samym końcu troszeczkę…

Akcja, której tempo systematycznie narasta, aż w końcu przypomina rozpędzony ekspres, jest kolejnym atutem Alibi. Wszystko to podszyte poważnymi dylematami trapiącymi dzisiejsze bogate społeczeństwa, z których najważniejsze to problem zapewnienia równości wobec prawa osób o różnym statusie materialnym i politycznym oraz wciąż niższa pozycja kobiet w społeczeństwie, z czym wiąże się mnóstwo patologii. W sumie – niczego nie można książce zarzucić. Znajdziemy tu coś, co nas wciągnie i pozwoli zapomnieć o Bożym świecie oraz coś, co da do myślenia. Jest tylko jedno ale. Jeśli czytaliście wcześniejsze powieści Tami Hoag, jak Fałszywy alarm (Wolf Cry) czy Cienką mroczną linię (A Thin Dark Line), to możecie odczuć pewien niedosyt. A może to nie powieść jest słabsza, tylko kajuńskie klimaty Akadii bardziej mi odpowiadają niż snoby z Palm Beach, a bagna Luizjany przedkładam nad Florydę? Sami musicie się przekonać, gdyż sięgnąć po Alibi z całą pewnością warto


Wasz Andrew

A na koniec jeszcze kwiatek:
 


Każdego kto czytał, zastanawia, skąd autor napisów na okładce w tym wydaniu wziął swe odkrywcze treści (klub rosyjskich morderców). Gdyby równie wiernie opisywano zalety samochodów czy innych wyrobów materialnych, nazwano by to oszustwem. A tak pozostaje po prostu dorzucić to do kolekcji przykładów cywilizacji badziewia, w poprzednich epokach w takich branżach jak wydawnicza wręcz niewyobrażalnych. Pozostaje tylko zastanowić się, w jak patologicznych realiach żyjemy, jeśli człowiekowi, który nie zna treści książki, płaci się za pisanie tekstów reklamowych na jej okładkę. Hańba!

czwartek, 13 września 2012

Niech to się nigdy nie kończy



Åke Edwardson
Niech to się nigdy nie kończy
(oryg.: Låt det aldrig ta slut)
tłumaczenie: Małgorzata Kłos
seria/cykl wydawniczy: Erik Winter tom 4, Czarna Seria
wydawnictwo: Czarna Owca 2012

Niech to się nigdy nie kończy jest czwartą odsłoną cyklu powieściowego pióra Ake Edwardsona, którego głównym bohaterem jest komisarz Erik Winter ze szwedzkiej policji, ale dla mnie miała to być pierwsza konfrontacja z twórczością tego autora. Jako wielbiciel szwedzkiej szkoły kryminału społecznego przystąpiłem do lektury z ciekawością, a nawet zapałem.

Znacie to uczucie, gdy podczas uroczej jazdy po nowo oddanej do użytku drodze koło waszego auta wpada w dziurę, która zatrzymuje was w miejscu? Coś takiego zafundował mi Ake Edwardson i sprawił, iż zamiast pochłaniać w swej wyobraźni świat wykreowany w powieści, doznałem głębszej refleksji.

Wielokrotnie już wcześniej chodziło mi po głowie pytanie, które jednak właśnie ta lektura szczególnie mocno wyartykułowała w mym umyśle: Dlaczego ludzie obdarzeni świetnym piórem, niezłą wyobraźnią i na pewno sporą wiedzą, nie mogą się powstrzymać od wtrącania w dobry w gruncie rzeczy tekst ewidentnych bzdur? Co za diabeł cholerny ich do tego kusi, skoro właśnie te momenty, które są błędami godnymi kretyna, mogliby pominąć i niczego by to w konstrukcji fabuły nie zmieniło?

W omawianej powieści zauważyłem dwie ewidentne wpadki. Pierwsza to ryska na obiektywie, która była widoczna na zdjęciach (odbitkach). Kto chce zobaczyć, jak trzeba „zarysować” obiektyw, by było to widoczne na zwykłych odbitkach, niech zajrzy >TUTAJ<. Po co Edwardson wsadził się na taką minę? Druga to moment, gdy detektyw wchodzi przez okno. Najpierw je z zewnątrz otwiera, a potem dopiero coś pod nie podstawia i zagląda do środka, by się upewnić, że w pomieszczeniu nie ma nikogo, kto mógłby go zobaczyć. Kretyństwo! Nawet najmniej rozgarnięty stójkowy najpierw się upewni, iż nikogo w środku nie ma, a dopiero potem będzie forsował okno. Lapsusy ewidentnie niepotrzebne i nie mogę zrozumieć, jak mogły się przydarzyć komuś, kto napisał naprawdę niezłą powieść kryminalną. Niestety, Niech to się nigdy nie kończy nie jest przykładem szwedzkiego kanonu. Raczej bliżej tej powieści do produkcji zza wielkiej wody. Brak rzeczywistego zwrócenia uwagi na konkretne problemy społeczne, fabuła jakaś taka sztucznie zagmatwana i dla mnie osobiście niezbyt przekonująca, podobnie jak motywy i konstytucja psychologiczna czarnych charakterów.

Z jakim przestępstwem tym razem zmierzył się Erik Winter i jak mu się powiodło, nie będę zdradzał. To powieść ewidentnie jednorazowa, więc im mniej się wie przed jej przeczytaniem, tym większa szansa, iż się nam choć trochę spodoba. Styl jest bowiem niezły. Udało się autorowi zwłaszcza oddanie konieczności zespołowej pracy policjantów zwalczających cięższe gatunkowo formy przestępczości i wpływ tego fachu na życie prywatne. To chyba najbardziej szwedzki rys tej książki, reszta nie różni się od kolejnej odsłony Kojaka czy Policjantów z Miami. Jeśli ktoś lubi kryminały, może sięgnąć po tą powieść. Da mu pewnie ona mniejszą lub większą dozę dobrej rozrywki, ale nie lepszą niż na czwórkę w starej skali ocen. Pozostałym odradzam i polecam wybrać inną lekturę. Jest przecież w czym wybierać


Wasz Andrew

czwartek, 16 sierpnia 2012

Sprzedawca broni



Hugh Laurie (znany szerzej jako dr House)

Sprzedawca broni
(oryg. The Gun Seller)
tłumaczenie: Jacek Konieczny
W.A.B. 2009


Sięgając po anglosaską książkę reklamowaną jako bestseller, zwłaszcza z kręgu sensacji, kryminału i thrillera, zawsze mam obawy, że trafię na gniota, który sukces sprzedażowy zawdzięcza nie wysokiemu poziomowi, a infantylności, przez co bez trudu trafia do szerokich mas, czyli inaczej mówiąc plebsu. Zabrałem się więc do lektury Sprzedawcy broni trochę jak pies do jeża.

Główną postacią powieści jest Thomas Lang, były żołnierz i twardziel jakich mało, obecnie robiący jako bodyguard na prywatne zlecenia osób, które potrafią docenić jego specyficzne umiejętności i oczywiście odpowiednio zapłacić. Otrzymuje propozycję, którą jest tym razem zabójstwo. Choć odmawia, zostaje wplątany w aferę pełną szpiegów, biznesowych mafiozów, terrorystów i innych atrybutów dzisiejszych klimatów a la James Bond. Dzieje się dużo i szybko, zgodnie z filmowym i powieściowym kanonem 007.

Trzeba przyznać, że Hug Laurie ma niezłe pióro, podobnie jak jest niezłym aktorem. O ile nie obcuje się z nim zbyt długo. Dr House był świetny, przez kilka pierwszych odcinków; dopóki nie zauważyłem, iż każdy następny jest podobny, a co gorsze, aktor prezentuje wciąż te same miny i ruchy, jakby jego mimika i dynamika jego ciała ograniczała się do bardzo ograniczonego katalogu, z którego tylko i wyłącznie korzysta. Gdyby zrobiono jedynie kilka odsłon filmowego Doktora, pewnie miałbym o nim lepsze zdanie, a tak przestałem go już dawno w ogóle oglądać. Podobnie jest niestety z jego pisarstwem.

Pierwszy rozdział zadziwia zabawą słowem i skojarzeniami. Każdy akapit, każde zdanie niemalże, zawiera jakąś porcję humoru, w dodatku humoru bardzo różnorodnego. Choć autor jest w tym naprawdę niezły i łatwo przytoczyć mnóstwo prawdziwych perełek literackiego dowcipu, co w dodatku uatrakcyjnia osobę głównego bohatera, gdyż jest on zarazem narratorem, już po kilku rozdziałach zaczyna to być męczące, potem zaś wręcz denerwujące i nudne. Humor na siłę, w każdej wypowiedzi, w każdej myśli, a jakby się dało, to w każdym słowie. Na szczęście wkrótce akcja rusza z kopyta i szybko wciąga czytelnika. Przy okazji, gdyż jak się coś dzieje, to trzeba to opisać, nie ma miejsca na tyle tych do przesytu humorystycznych ozdobników, co poprawia styl. Fabuła nie jest specjalnie skomplikowana, powiedziałbym nawet, iż nieco schematyczna, ale nie byłoby się specjalnie do czego przyczepić, gdyby nie dążenie do happy endu na siłę. Wobec dynamiki i rozmiaru zagrożeń, jakich nie poskąpił pisarz swojemu herosowi, szczęśliwe zakończenie odbiera powieści wiele z realizmu. Z drugiej strony rzecz biorąc, autor przyłożył się do zapewnienia klimatu autentyczności, czyli realiów broni i uzbrojenia, choć kilku wpadek nie uniknął. Poważnym zgrzytem jest też ogromny błąd w głównej tezie powieści, czyli ogromnej sile biznesu polegającego na produkcji broni i uzbrojenia oraz na handlu nimi, które wprost sterują światem. Nie wiem nawet, czy to błąd, czy świadome przekłamanie, ale to po prostu totalna bzdura. Na ogólnoświatowej liście firm o największych obrotach, z których wiele przewyższa PKB całych państw, wspomniana branża prawie nie występuje. Tak właśnie rodzą się miejskie legendy i pseudowiedza.

Gdyby Laurie zamiast powieści stworzył krótszą formę literacką, w której z racji jej ograniczeń nastawiłby się albo na humor, albo na akcję, być może powstałoby coś rewelacyjnego. A tak mamy twór na kształt barszczu, w którym starano się upchnąć zbyt wiele i zbyt różnorodnych grzybów. Mam wrażenie, jakby powstanie tej powieści zostało poprzedzone lekturą poradnika jak napisać bestseller. Mamy i przemoc, i miłość, i ciemne interesy, i walkę dobra ze złem, rycerza w srebrnej zbroi i twardziela w jednej osobie. Nie powiem, że nie da się tego przeczytać, wręcz przeciwnie. Można przeczytać z przyjemnością, a momentami nawet wielką przyjemnością. Można nawet sobie wypisać ze Sprzedawcy broni wiele uroczych cytatów, głębokich złotych myśli i innych perełek, ale na pewno nie warto tego czytać dwa razy. Kto chce, niech sobie tą powieść pożyczy, raczej się nie zawiedzie, ale do kupowania nie zachęcam. Świetna - w sam raz na jeden raz


Wasz Andrew

wtorek, 17 lipca 2012

Aż gniew twój przeminie

czyli nazwisko zobowiązuje


Aż gniew twój przeminie
(oryg. Till dess din vrede upphör)
Asa Larsson
tłumaczenie: Beata Walczak-Larsson
Wydawnictwo Literackie 2012

Po powieść Aż gniew twój przeminie sięgnąłem bez wielkich nadziei, ale i bez złych przeczuć. Miałem nadzieję na coś solidnego spod znaku szwedzkiej szkoły kryminału społecznego, lecz z drugiej strony, ze względu na nazwisko autorki identyczne z nazwiskiem wirtuoza tego gatunku, Stiega Larssona, dopuszczałem możliwość przewrotnego zawodu.

Ze skutej lodem rzeki wyłowiono ciało osiemnastoletniej Wilmy Persson. Dziewczyna i jej chłopak zaginęli kilka miesięcy wcześniej. Wyszli z domu ze sprzętem do nurkowania i zniknęli bez śladu. Policjanci są przekonani, że utonęli w wyniku wypadku.
Tymczasem prokuratorce z pobliskiej Kiruny, Rebece Martinsson, śni się Wilma. Mówi jej, że została zamordowana. Gdy oględziny ciała dziewczyny potwierdzają taką możliwość, komisarz Anna Maria Mella w porozumieniu z prokuratorką rozpoczyna śledztwo.
W miarę postępu dochodzenia mieszkańcy wsi wpadają w popłoch. Komuś zależy, żeby policja odstąpiła od sprawy. W niewyjaśnionych okolicznościach umiera świadek, który może coś wiedzieć o zaginionych...
W tajemniczy sposób w śledztwie pomaga Wilma. Rebeka jest coraz bliżej mordercy i znowu musi się mieć na baczności...

Tyle notka wydawcy zamieszczona na okładce. Wyjątkowo w sam raz; ani za mało, ani za dużo. Dowiadujemy się tylko tego, czego dowie się czytelnik z pierwszych stron powieści. Inna sprawa, że już nieco dalej dowiemy się dużo więcej. Dowiemy się prawie wszystkiego. Prawie to słowo kluczowe.

Asa Larsson, podobnie jak już wspomniany jej najbardziej znany kolega po nazwisku i piórze, stworzyła swój własny styl, niepodobny do żadnego wcześniejszego. Od razu na początku ujawnia czytelnikowi tak wiele, a zataja tyle, co nic. Robi to jednak z niezrównanym wyczuciem i te brakujące okruchy informacji są wystarczające, by do samego końca trzymać czytelnika w niepewności. Mocnym atutem pisarki jest jej warsztat literacki – słownictwo, opisy oraz dialogi zmienne i idealnie dobrane do tempa akcji, środowiska i bohaterów. Rzecz czyta się z prawdziwą przyjemnością. Lektura powoduje ze strony czytelnika intensywne zaangażowanie, ale bez pośpiechu na amerykańską modłę, co pozwala naprawdę delektować się tą kryminalną perełką.

Nie jestem miłośnikiem horrorów. Tym bardziej nie lubię, gdy w kryminale, gatunku bardziej racjonalnego, pojawiają się nadprzyrodzone siły, duchy i inne nieracjonalne elementy. Asa Larson jest zaś autorką, która swym znakiem firmowym uczyniła duchy zmarłych potrafiące od czasu do czasu objawić się w naszym, naukowo zdefiniowanym świecie. Potrafi to jednak zrobić z takim wyczuciem, że nie odczułem żadnego dyskomfortu, co naprawdę jest klasą samą w sobie.

Pisarka nie byłaby prawdziwym szwedzkim twórcą kryminałów, gdyby zabrakło w jej powieści materiału do przemyśleń. Tym razem wiodące tematy to grzechy ojców, które niczym chmury burzowe ciążą nad następnymi pokoleniami. Patologia w rodzinie będąca, z czym się absolutnie zgadzam, przyczyną większości problemów z młodzieżą i przez to przyczyną większości przestępstw. Jest ta powieść jednym z najlepszych studiów pewnej formy wypaczonych więzów rodzinnych w szerokim zakresie podobnych do dawnej mafii.

Okazało się, że nomen omen Larsson, więc mamy oto coś klasy niewiele ustępującej niedoścignionemu Millennium, a pod pewnymi względami może nawet lepszemu. Zdecydowanie i absolutnie polecam


Wasz Andrew

niedziela, 8 lipca 2012

Zwodniczy punkt

czyli pozory mylą



Zwodniczy punkt
Dan Brown
(oryg. Deception Point)
tłumaczenie: Maria Frąc, Cezary Frąc
Albatros / Sonia Draga 2011

Najnowszy satelita NASA wykrywa niezwykły obiekt w lodowcach Arktyki, meteoryt ze śladami życia pozaziemskiego. Biały Dom przygotowuje się do poinformowania o odkryciu światowej opinii publicznej. Stanowiłoby ono sensację na miarę lądowania człowieka na Księżycu i zapewniło urzędującemu prezydentowi USA reelekcję. W celu zbadania meteorytu i stwierdzenia jego autentyczności na Arktykę udaje się grupa naukowców. Do grupy na osobiste polecenie prezydenta dołącza Rachel Sexton, analityk wywiadu, by przygotować opis znaleziska dla Białego Domu. Towarzyszy jej Michael Tolland, światowej klasy oceanograf. Wkrótce okazuje się, że rzekome odkrycie to precyzyjnie przygotowana mistyfikacja. Człowiek, który za nią stoi, zrobi wszystko, by prawda nie ujrzała światła dziennego. Rachel i Michael muszą uciekać, tropieni przez bezlitosnych komandosów-zabójców. Próbują ostrzec prezydenta i ustalić, kto kryje się za misterną intrygą, zwodniczym punktem na kreślonej przez nich mapie spisku...

Po przeczytaniu takiej notatki wydawcy zamieszczonej na okładce książki miałem nadzieję na coś w stylu starego dobrego techno-thrillera klasy Polowania na Czerwony Październik. Nadzieję podpartą bardzo pozytywnymi wrażeniami z lektury innych powieści autora**. Śmiało przystąpiłem więc do zapoznania się ze Zwodniczym punktem.

Już od pierwszych stronic poznałem, że pod względem stylu mamy to, co nieodmiennie kojarzy się z Danem Brownem; szybka, wciągająca akcja, wyraziste, jakby pod film stworzone postacie głównych bohaterów, no i oczywiście miłość między nimi rodząca się w czasie walki o życie, prawdę i sprawiedliwość. Coś pominąłem? Może ciekawostki historyczne, naukowe i polityczne? No właśnie; tutaj dochodzimy do jednej z największych wtop w dziejach mych kontaktów z powieściami wszelkiej maści, a trochę ich w końcu przeczytałem.

Dana Browna miałem za człowieka inteligentnego, obdarzonego nie tylko dobrym piórem, ale i umiejętnością wyszukiwania ciekawych informacji oraz wplatania ich w swe powieści. Jakże się myliłem!

Różne są rodzaje inteligencji i jej braku. Szczególnie mnie irytuje ułomność umysłu polegająca na tym, iż człowiek nie potrafi sam siebie krytycznie ocenić; nie potrafi określić co wie, a czego nie. Z reguły idzie to, co jest logicznym następstwem tej wady, z przekonaniem o posiadaniu inteligencji i wiedzy. Ludzie tacy nie potrafią rozgraniczyć tego, co wiedzą na pewno, tego, co niepewne i tego, czego absolutnie nie wiedzą. Dan Brown, jak widać z licznych podziękowań zamieszczonych we wstępie do Zwodniczego punktu, miał przy tworzeniu tej powieści licznych pomagierów utytułowanych i obleczonych w szaty autorytetów. Jak więc to możliwe, że w książce są błędy merytoryczne wołające o pomstę do nieba?

Jeden ze starych profesorów, z którymi miałem do czynienia, zwykł żartować, iż szczytem specjalizacji jest wiedzieć wszystko o niczym. Odkładając jednak na bok krotochwile ze smutkiem należy stwierdzić, iż Zwodniczy punkt, w którego napisaniu pomagali i ludzie z NASA, i z Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, oraz wielu innych naukowców, jest dowodem na postępującą rozbieżność między posiadanymi tytułami naukowymi a podstawową wiedzą wykraczającą poza wąską dziedzinę danego specjalisty. Niedługo dojdzie do tego, że profesor mechaniki kwantowej nie będzie wiedział, jak brzmi Prawo Archimedesa. Nasza powieść jest tego koronnym przykładem. Nikt nie zauważył błędów, które ośmieszają i autora, i jego współpracowników. Ośmieszają również krytyków oceniających tę powieść, którzy podkreślają, ile się z niej dowiedzieli o nauce, technice, oceanach i meteorytach. Może lepiej zafundować sobie jeszcze raz program gimnazjum, ze szczególnym uwzględnieniem nauk ścisłych i czytania ze zrozumieniem, a potem po prostu uważać zamiast pisać SMS-y i ściągi?

Nie będę przedłużać opisu tej hańby, po której pisarz z poczuciem honoru, jeśli nie strzeliłby sobie w łeb, to przynajmniej nie publikowałby już więcej pod tym samym nazwiskiem, ani nie zezwolił na kolejne wydania podobnego „bestsellera”. Wymienię tylko dwie wpadki, które szczególnie mnie ubodły, a których jak dotąd, z tego co widzę po recenzjach, do których miałem dostęp, nikt nie zauważył.

W końcowej fazie powieści, gdy bohaterowie znajdują się na statku Michaela Tollanda, Brown daje swym czytelnikom wykład na temat działania batyskafu. Jest to pewnie jeden z elementów owej wiedzy wychwalanej jako wielce wartościowa strona tej nieszczęsnej książki. Sęk w tym, że opisana konstrukcja to prawie klasyczna łódź podwodna i ma tyle wspólnego z batyskafem, co samolot z balonem. Hańba!

Jeszcze gorsza jest wpadka dotycząca głównego artefaktu, wokół którego kręci się cała fabuła. „Masywna kula” o średnicy trzech metrów, „o gęstości o wiele większej niż jakiekolwiek skały”*. Kamień ważący ponad osiem ton. Kto uważał w dawnej podstawówce albo dzisiejszym gimnazjum, ten wie, iż wzór na objętość kuli ma postać: V=4/3 π r³, czyli w przybliżeniu v=4,19 r³, co przy r=1,5m daje nam objętość nieco ponad 14 m³. Skoro kula waży 8 ton, więc jej gęstość jest blisko o połowę mniejsza od wody, a wielokrotnie mniejsza od większości masywnych skał. Mówiąc najprościej, taki „niezwykle masywny kamień” pływałby w wodzie niczym kapok! Opisy transportu tego kamienia, wyciąganego z głębiny na powierzchnię przez grupę zmachanych osiłków, podobnie jak jego wcześniejsze peregrynacje, budzą zażenowanie i zgrozę! Nic nie jest takim, jakim się wydaje! Ludzie inteligentni nimi nie są, tytuły naukowe nie gwarantują najbardziej podstawowej wiedzy, a informacje zawarte w Zwodniczym punkcie, podobnie jak postrzeganie świata poprzez reklamy, są tylko złudzeniem.

Błędy merytoryczne z zakresu kryminalistyki dyskwalifikują kryminał. Jestem przekonany, że oceniając Zwodniczy punkt należy podobną wagę przyłożyć do popełnionych przez autora gaf. Jakby tego było mało, zakończenie jest przewidywalne i tak naciągane, iż najbardziej pasują do niego słowa znane z refrenu jednego z polskich seriali, czyli „zabili go i uciekł”. I bynajmniej nie zdradzam tu niczego przed czasem, gdyż każdy się domyśla już od początku powieści, kto zwycięży.

Wielka szkoda, że tak popisowo to spieprzono. Pomysł był niezły, a z takim warsztatem literackim, jaki ma Brown, mogło z niego wyjść coś na kształt jednego z lepszych techno-thrillerów. Mogło być pięknie, a wyszło, jak wyszło. Jedyne co można powiedzieć na obronę pisarza, to że późniejsze jego powieści są dużo lepsze**, co jest wielką różnicą choćby w porównaniu do Toma Clancy, który zaczynał świetnie, a teraz produkuje sztampę. Niestety nie może to wpływać na poprawę oceny tej konkretnej powieści


Wasz Andrew


* str. 88, 89 i dalsze
** Mam na myśli konkretnie Kod Leonarda da Vinci

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Kontrakt Paganiniego




Kontrakt Paganiniego
(oryg. Paganinikontraktet)

Lars Kepler*
tłumaczenie: Marta Rey-Radlińska
wydawnictwo: Czarne 2012

Niejednokrotnie już wspominałem, iż od jakiegoś czasu jestem wielbicielem szwedzkiej szkoły kryminału społecznego. Muszę się jednak przyznać, że w stosiku zaległych lektur Kontrakt Paganiniego trafił prawie na sam spód. Po pierwsze z tego powodu, iż spółka pisarska kryjąca się pod pseudonimem Lars Kepler* była mi dotąd nieznana, ale przede wszystkim z powodu szaty graficznej okładki, która jest po prostu tragiczna i jeśli ma mówić coś o treści, to zapowiada jedynie kicz i tandetę.


W końcu przyszedł ten dzień i zacząłem czytać. Już po kilku stronach historia mnie wciągnęła i nie puściła aż do samego końca. Wszystko zaczyna się od tego, iż pewnej letniej szwedzkiej nocy stary rybak podpływa do dryfującego jachtu aby sprawdzić, czy ktoś na jego pokładzie nie potrzebuje pomocy. Na łóżku w kabinie znajduje siedzącą martwą dziewczynę. Choć jej ubranie, skóra i włosy są suche, sekcja wykazuje, iż utopiła się w morskiej wodzie. Szybko okazuje się, iż denatka jest siostrą znanej aktywistki ruchu pacyfistycznego Penolope Fernandez, a sprawą zajmie się nasz główny bohater, czyli Joona Linna, szwedzki policyjny super hero.

Jak zwykle rozwoju sytuacji nie będę zdradzał. Uchylę tylko rąbka zagadki i powiem, iż fabuła jest atrakcyjnie realna i dość prawdopodobna, akcja szybka, a postacie przekonujące. Całość na tyle zgrabna, iż czytałem z prawdziwą przyjemnością i zainteresowaniem, choć nie jestem zwolennikiem prezentowanej przez "Keplera" maniery stylistycznej, czyli przeniesień w czasie i pomiędzy różnymi punktami widzenia. Mimo tego, iż preferuję jeden punkt widzenia, na przykład ogląd głównego bohatera, i jeden bieg czasu urozmaicany co najwyżej retrospekcjami wynikającymi z jego wspomnień, to kunszt "Larsa Keplera" okazał się tej klasy, iż jego powieść po prostu połknąłem, mimo wspomnianej specyfiki stylu.

Już nadmieniłem, iż w Kontrakcie Paganiniego znajdziemy wszystko, co w dobrym kryminale powinno się znaleźć. Nie byłby jednak "Kepler" przedstawicielem szwedzkiej szkoły tego gatunku, gdyby nie problem społeczny, który jest zarazem motorem, osią i tłem całej fabuły. Jaki konkretnie nie będę zdradzał, stwierdzę tylko, iż jest to kolejna wariacja na temat prawdziwej twarzy obecnej formy kapitalizmu, w którym to nie biznes staje się celem infiltracji mafii, a po prostu sam, jak w prześwietnym świadectwie Gomorra, jest nowoczesną mafią. Biznes, który za nic ma prawo, o zwykłym poczuciu przyzwoitości nie wspominając. Biznes, dla którego jedynym celem jest zysk, który zarazem jest jedynym kryterium oceny. Wystarczająco wysoki zysk uzasadnia wszystko i z wszystkiego rozgrzesza, a najgorszym przestępstwem jest brak zysku. W dodatku taka forma przestępczości jest trudniejsza do zwalczania niż klasyczna, hierarchiczna, typowo kryminalna mafia, gdyż nie posiada ustalonych struktur, tworzy się niejednokrotnie tylko na potrzeby konkretnego interesu, tylko część jej działań jest nielegalna lub też działania są przestępstwem tylko na pewnym etapie. Z racji środków, którymi obraca, a które niejednokrotnie przekraczają PKB mniejszych państw, mafia biznesowa posiada układy wśród polityków, najwyższych władz i wszystkich struktur nie tylko państwa, ale niejednokrotnie jednocześnie wielu państw. Szkoda, że niewielu z naszych autorów próbuje ataków na podobną tematykę co Szwedzi, a przynajmniej ja na taką powieść nie trafiłem. Szkoda, gdyż sądząc z zakończenia wielu naszych afer i tego, co się działo przy budowach związanych z Euro, mamy w Polsce początki Gomorry jeszcze lepszej, niż ta włoska.

Niestety, nie jest nasza powieść całkowicie wolna od wpadek w sprawie realiów uzbrojenia i sprzętu służb. Szczególnie scena w ambasadzie zmusiła mnie do trzykrotnego przeczytania tego fragmentu zanim zrozumiałem, co autor mógł mieć na myśli, by się ona kupy trzymała. Czy jednak miał to właśnie nie na myśli nie wiem. Nie wiem też, czy wpadka jest winą autora czy tłumacza. Poza tym nie jest ona przysłowiową łyżką dziegciu i nie jest w stanie zepsuć bardzo pozytywnych wrażeń z całości książki, więc wspominam o tym tylko dla uczynienia zadość memu poczuciu rzetelności.

Reasumując; mogę z całym przekonaniem polecić Kontrakt Paganiniego każdemu, nie tylko miłośnikom kryminałów, sensacji i akcji. Powieść wartościowa, dająca do myślenia i dobrze napisana, choć nie aż tak rewelacyjnie jak na przykład Millenium Stiega Larssona. W starej skali ocen piąteczka z malutkim minusem. Zapraszam wszystkich do lektury, bo warto, o czym solennie Was zapewniam


Wasz Andrew



*Lars Kepler to pseudonim literacki spółki autorskiej; Alexander Ahndoril i Alexandra Coelho Ahndoril.

środa, 13 czerwca 2012

Bilbord



Bilbord
J.D.Bujak*
wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2012


Do Bilbordu wcale mnie nie ciągnęło. Tytuł taki sobie, polski autor, w dodatku kobieta... I napis na okładce:

Seria morderstw tak brutalnych i przemyślanych, że u ich źródeł musi być niewinność.

Nic dziwnego, że w stosiku książek oczekujących na przeczytanie Bilbord powędrował w dolne partie, choć nie na sam dół. Czekał, czekał, aż przyszła w końcu jego kolej.

Główną postacią powieści pióra Joanny Bujak jest Krzysztof Pasłęcki; młody, przystojny i spokojny właściciel świetnie prosperującej kwiaciarni w Kazimierzu Dolnym pretendującej do artyzmu w swojej branży. Jak się łatwo domyślić wkrótce ta sielanka zostanie przerwana, a to za sprawą wizyty policjanta Feliksa Pokornego, który Krzysztofowi przekaże wiadomości, które zakłócą szczęście młodego biznesmena. Równolegle z poznawaniem związku Pokornego z Pasłęckim dowiadujemy się o serii wyjątkowo brutalnych morderstw. Nie trzeba geniusza, by podejrzewać, że te sprawy się powiążą, ale czy tak będzie w istocie, a jeśli rzeczywiście tak, to w jaki sposób się to stanie, tego nie będę zdradzał.

Wyjątkowo zacznę może od zarzutów, jakie można wytoczyć przeciwko Bilbordowi. Niesamowicie drażni mnie brak realizmu, o który pisarka zapomniała zadbać choćby w minimalnym stopniu. Pomijając już dziwną wydolność sprawcy, który potrafi chyba obyć się bez snu i może być w dwóch miejscach naraz oraz dokonać wyczynów godnych jednocześnie akrobaty i siłacza, brak mi tu śladu pieniędzy. Motorem naszej rzeczywistości jest mamona i bez niej nie można czynić ani dobra, ani zła. Brak mi wytłumaczenia, skąd nasz czarny charakter wziął niemałe niewątpliwie pieniądze, które były mu potrzebne na realizację jego marzeń, zwłaszcza z takim dynamizmem i intensywnością.

Same opisy zbrodni; ich miejsc i okoliczności, zajmują przynajmniej pół tekstu, choć tomisko do chudych nie należy. To sprawia, iż siłą rzeczy brak miejsca na to, co w literaturze kryminalnej czy sensacyjnej, z reguły uważanej za pośledni sort sztuki pisarskiej, może znacznie podnieść wartość powieści, a więc klimat miejsc, autentyzm postaci, głębię emocji czy wagę problemów społecznych. W dodatku to licytowanie się kolejnych autorów w wymyślaniu coraz bardziej wydumanych, okrutnych i krwawych zbrodni, w którym autorka wyraźnie chciała się wybić na początek stawki, jest dla mnie infantylnym pójściem na skróty w walce o wyniki sprzedażowe. Inna sprawa, że i wielu krytyków daje się złapać na ten prostacki zabieg, co pokazuje jak żądna krwi i daleka od refleksji jest natura przeciętnego człowieka. Tak jakby „zwykły” gwałt nie był dla zgwałconej wystarczającym ciosem, a „zwykłe” zabójstwo, czy nawet śmierć na drodze, nie było dla bliskich i osieroconych dzieci wystarczającą tragedią. Tylko, że aby oddać takie przeżycia, trzeba mistrza. Łatwiej wymyślać poronione okrucieństwa, które zresztą potem pewnie ktoś zrealizuje. Takie praktyki, gdy czytelnika szokuje się wywalonymi na wierzch bebechami lub tonami keczupu, a nie kusi umiejętnie budowanym napięciem czy perwersyjnie podstępną zagadką, uważam za godne napiętnowania. Tym bardziej, że gdyby autorka na przyszłość się od tego powstrzymała, to kto wie?

Świadomie dotąd nie pisałem o kanonie, w jakim powieść jest napisana. Kapitalne jest bowiem to, iż ten w gruncie rzeczy klasyczny kryminał (lub jak wolą inni thriller) momentami zdaje się zmierzać w kierunku horroru. Ta zmyłka gatunkowa jest prześwietna i zbiega się z równie pokrętną fabułą, która podstępnie stara się zmylić czytelnika i skierować jego dociekania wykrywcze na manowce. Na początku wydaje się nam, że wszystko już wiemy, i w dużej mierze mamy rację, ale nie dońca. I to nie do końca okazuje się piękną pułapką, w którą autorka nas konsekwentnie wpędza, co prawda grając nie całkiem fair.

Można więc powiedzieć, że daleko było pisarce tym razem do stworzenia arcydzieła, ale udało jej się mimo wszystko napisać całkiem przyzwoitą powieść na średnim poziomie. W jednych aspektach ponad przeciętną, w innych zdecydowanie poniżej. Trochę za bardzo tchnie Bilbord podręcznikiem Jak w pięć minut napisać bestseller, ale z drugiej strony każdy znajdzie tu coś, co lubi; jest i miłość, i seks, zbrodnia i dobro, poświęcenie i tajemnica. Dla każdego coś fajnego. Nic, co warto by z przekonaniem polecić każdemu, ale coś, co na pewno może się spodobać wielu miłośnikom gatunku. Poza tym mam wrażenie, że motyw przewodni fabuły już gdzieś kiedyś spotkałem. Może to jednak mylne odczucie - samie nie wiem. Reasumując - w sam raz na jeden raz, ale ten jeden raz warto, tym bardziej, iż rzecz wciąga i czyta się ją błyskawicznie


Wasz Andrew




* Joanna Bujak (z domu Juniszewska)

wtorek, 12 czerwca 2012

Marionetki



Marionetki
Paweł Jaszczuk
seria/cykl wydawniczy: Jakub Stern tom 3, Asy kryminału
Prószyński i S-ka 2012

Sięgając po Marionetki kompletnie nie wiedziałem czego mam oczekiwać, gdyż dotąd nie miałem kontaktu z prozą Pawła Jaszczuka, a i o nim samym niczego nie wiedziałem. Szata graficzna okładki w całkiem niezłym stylu oraz tytuł, nic nie mówiący, ale nie zniechęcający i dający kuksańca wyobraźni, sprawiły, iż rozpocząłem lekturę z nastawieniem zdecydowanie pozytywnym.

Powieść Jaszczuka, które jest jak najbardziej klasycznym kryminałem, a więc gatunkiem już nieco tchnącym starością, przenosi nas do przedwojennego Lwowa, w rok 1938. Książka jest częścią cyklu, którego głównym bohaterem jest Jakub Stern, polski dziennikarz zatrudniony w dziale kryminalnym lokalnej gazety. Kiedy pod resztkami murów obronnych warowni Daniela Rurykowicza, u stóp lwowskiego Kopca Unii Lubelskiej, ujawniono zdekapitowane zwłoki pracownika miejscowego banku, Stern rusza do wyścigu z policją w celu rozwiązania zagadki motywów tego zabójstwa i wykrycia jego sprawcy. Tradycyjnie nie będę zdradzał co dalej, gdyż nie ma większej zbrodni w recenzji kryminału, niż zdradzić przyszłemu czytelnikowi zbyt wiele.

Po lekturze Marionetek naszło mnie pytanie, które poniekąd dręczy mnie do dzisiaj. Czy to przypadek, że polscy pisarze powieści kryminalnych tak chętnie sięgają do realiów z przeszłości? Czy to przypadek, iż osadzają swe historie w świecie, który już nie istnieje? Który przeminął zmieciony przez zawieruchę II Wojny wraz ze swymi problemami, społeczeństwem i kulturą? Po którym pozostały tylko wspomnienia? Mam wrażenie, iż uciekają w ten sposób przed dzisiejszą Polską, która tak jak Włochy zmienia się w Gomorrę. Mam wrażenie, że uciekają od realiów, w których dla człowieka myślącego straszniejsze od najbardziej okrutnych zabójstw zaczynają być zbrodnie ekonomiczne, które w przyszłości zmienią w piekło życie nie jednostek, ale całego społeczeństwa, za wyjątkiem tych najbardziej uprzywilejowanych, którzy będą mieszkali, jedli i żyli inaczej, niż wszyscy.

No, jaka by tam przyczyna tego stanu rzeczy nie była, mamy kolejnego autora specjalizującego się w kryminałach osadzonych w czasie zaprzeszłym. Marek Krajewski upodobał sobie Breslau, a Paweł Jaszczuk Lwów. Niestety, porównanie stylu tych dwóch panów wypada zdecydowanie na niekorzyść tego ostatniego. O ile maniera literacka Krajewskiego jest idealnie zharmonizowana z psychiką jego głównego bohatera i mrocznym klimatem jego egzystencji oraz świata, w którym ów ją wiedzie, o tyle u Jaszczuka widać wyraźne dosonanse pomiędzy stylem, miejscem akcji, osobą głównej postaci i jej wnętrzem. Widać, że autor Marionetek posiadł pewną wiedzę na temat dawnego Lwowa, jednak nie zdołał równie plastycznie i szczegółowo jak jego konkurent, a co za tym idzie wiarygodnie, oddać indywidualności wybranego przez siebie grodu i czasów. W dodatku sam styl. Choć dobry, łatwy i szybki w odbiorze, to momentami nie do końca korespondujący z sytuacją. Widać także pewną sztuczność w stylizacji na słownictwo przedwojennego Lwowa. Rozumiem, że w opisie może być użyta dzisiejsza polszczyzna, a zaraz dalej wypowiedzi postaci mogą być wyrażone językiem całkiem odmiennym. Również postać może zmieniać używane słownictwo i styl zależnie od okoliczności. Jednak jeśli w opisie od narratora mamy jeden akapit pisany dzisiejszą polszczyzną, a następny w lwowskim bałaku, w dodatku bez żadnej przyczyny ani celu takiego przeskoku, to jest to wyraźny błąd, który wybija czytelnika z klimatu. Sprawia to wrażenie sztuczności, postarzania stylu na siłę. To coś jak przedobrzenie z podciąganiem ostrości przy obróbce fotografii.

Pomimo tych niedociągnięć i stosunkowo prostej, jednowątkowej fabuły, powieść czyta się dobrze i zwłaszcza pierwsza połowa lektury jest prawdziwą przyjemnością. Nie rewelacją ani wybitną stylistycznie czy wartościową pozycją, a po prostu dobrą rozrywką w stylu tych, które można zabrać do pociągu. Nie pozwoli się nudzić, ale i nie grozi, że wciągnie na tyle, byśmy przegapili stację docelową czy urodę towarzyszki podróży, jeśli się takowa godna uwagi akurat zdarzy.

Reasumując – kryminał jak kryminał. Nie ma czego szczególnie polecać ani zdecydowanie odradzać. Po prostu cztery minus w starej skali ocen. A szkoda, po pomysł był niezły, miasto i czasy wybrane ciekawe, o przepięknym kolorycie. Mogło być pięknie, a wyszło tak sobie, zwłaszcza pod koniec


Wasz Andrew

piątek, 1 czerwca 2012

Europa Blues



Europa blues
Arne Dahl
(właściwie Jan Arnald)
tłumaczenie: Dominika Górecka
seria: Drużyna A tom 4
wydawnictwo: Muza

Kiedy stosik książek czekających na mym biurku, aż się do nich zabiorę, przerzedził się na tyle, że przyszedł czas na Europa Blues, sam nie wiedziałem, jak się do niej zabrać. Czy rzucić się na nią niby wygłodzony mastif na michę, czy raczej podejść niczym saper do potencjalnej miny. Nic nie mówiące mi nazwisko autora, tytuł też jakiś taki... Pewnie to spowodowało, że wbrew utartemu zwyczajowi przeczytałem wszystko, co było na okładce i świadom już, iż Arne Dahl jest mocnym nazwiskiem w dziedzinie powieści kryminalnej, a w szczególności mojego ulubionego podgatunku tego niezwykle różnorodnego kanonu, czyli szwedzkiego kryminału społecznego, z dużymi nadziejami rozpocząłem lekturę.

Głównymi postaciami Europa Blues są policjanci i policjantki z tzw. Drużyny A, czyli komórki szwedzkiej policji zajmującej się najcięższymi gatunkowo rodzajami przestępstw. Akcja rozpoczyna się od trzech nieodległych w czasie, lecz całkowicie odmiennych zdarzeń: zgonu alfonsa pożartego przez rosomaki w sztokholmskim Skansenie, śmierci młodocianego rozbójnika wrzuconego pod pociąg metra przez swą niedoszłą ofiarę i zabójstwa emerytowanego profesora medycyny, kandydata do Nagrody Nobla. Łatwo się domyślić, że akcja rusza z kopyta i powieść od razu wciąga czytelnika, który nie może się od niej oderwać.

Trzeba przyznać, że Arne Dahl jest godnym uznania kontynuatorem szwedzkich tradycji wykorzystywania nośnej; łatwej w odbiorze i poczytnej, literatury kryminalnej do unaoczniania problemów społecznych, na które większość obywateli nie zwraca uwagi. Nie zwraca uwagi, gdyż władza nie jest zainteresowana w drążeniu niewygodnych tematów, a większość posłusznych konsumentów woli świat widziany poprzez pryzmat reklam i konsumpcyjny spokój krowiej egzystencji. Hańba naszych czasów, czyli handel kobietami, to temat główny, choć towarzyszą mu inne, równie poważne i z nimi powiązane – przestępczość zorganizowana, faszyzm, antysemityzm. I co ważniejsze, zmusza do pomyślenia nad przyczynami takiego stanu rzeczy. Poza fascynującą warstwą kryminalną, w tle niejako, widać cały czas czarne chmury, co sprawia, iż nie jest to lektura równie rozrywkowa, jak kryminały sprzed lat.

Czytając Europa Blues znów zadawałem sobie pytanie: skoro ci Szwedzi żyją w państwie znacznie bardziej sprawiedliwym, uczciwym i ogólnie lepszym od naszego, to dlaczego drążą tematy, które w Polsce, dotkniętej tymi samymi patologiami nieporównanie silniej, uważane są za marginalne? Oni piętnują swoją rzeczywistość, a my swoją chwalimy, choć powinno być odwrotnie. Oni są nienormalni czy my? Rozdrapują nawet rany przeszłości, doszukując się swojego udziału w faszyzmie i holocauście, gdy my uważamy się za świętych, choć Polska przedwojenna była tak antysemicka, że dopiero horror faszyzmu zatarł o tym pamięć. Obrażamy się, gdy wytyka się nam dzisiejszą ksenofobię i udowadniamy własną odwieczną tolerancję, gdy tymczasem przystanki autobusowe w całym kraju, mury budynków i niemal wszystko, co się tylko daje ochlapać farbą lub obsikać sprayem, jest wymazane w stosowne dla III Rzeszy hasła. Na nieledwie każdym meczu słychać slogany rodem z Oświęcimia, na które nikt mimo wyraźnie przestępczego charakteru takich wybryków nie reaguje, a publicznie wszyscy zapierają się, iż Żydów, pedałów i czarnuchów kochamy jak nikt. Kto jest chory? My czy Szwedzi?

Powieść Dahla jest więc trudna dla myślącego polskiego czytelnika również dlatego, iż każe mu się zastanawiać nad tym, co odróżnia nasz kraj spośród innych w Europie, zwłaszcza takich jak Szwecja. Co sprawia, że wynaturzenia stanowiące tam stosunkowo marginalne zjawiska, są postrzegane jako poważne zagrożenie, gdy jednocześnie u nas, gdzie są one powszechne, gdzie wizualizacje takich postaw, nawet wśród ludzi spoza elementu, widać na każdym kroku i w każdej niemal rozmowie, twierdzi się iż jest dobrze?

Poza tym dyskomfortem, jaki czeka tylko Polaków, książka ma i inne mankamenty, niestety. Niestety, gdyż wielowątkowa początkowo akcja, umiejętnie budowane zaciekawienie czytelnika podobne zarzucaniu sieci na rybę oraz styl i klimat charakterystyczne dla szwedzkiej literatury sprawiają, że czytelnik ma wrażenie, iż wreszcie trafił na prawdziwego mistrza pokroju nieodżałowanego Stiega Larssona. Niestety... Koniec wieńczy dzieło, ale czasem je niszczy. Szkoda, że tak jest właśnie z naszym Bluesem. Końcówka jest napisana, jakby autorowi zabrakło pomysłu. Jakby mu zabrakło wyobraźni, poczucia realizmu i nawet odrobiny talentu. Wizja pewnego systemu zsypowego, z którym zapoznajemy się w zakończeniu, i zdarzenia z nim związane, to po prostu apogeum kiczu, prawdziwa wpadka.

Z jeszcze innej strony rzecz biorąc, poza warstwą kryminalną i społeczno-polityczną, jest proza Dahla jednocześnie solidną porcją zdrowej, życiowej filozofii i znajdziemy w niej wiele celnych sformułowań godnych cytowania przy różnych okazjach. Jak oceniać taką powieść? Ważniejszy początek, czy koniec? Ważniejszy wydźwięk artystyczny, czy przesłanie? Nie potrafię powiedzieć. Ja osobiście drugi raz po tę książkę nie sięgnę i nie mam sumienia namawiać nikogo na jej zakup, ale uważam, że mogę ją rekomendować jako wartą przeczytania. Świetny początek równoważy słaby koniec, a warstwa poznawcza, możliwość spojrzenia na wiele ważkich i fascynujących problemów oczami Szweda – bezcenna. Zapraszam więc do lektury


Wasz Andrew

piątek, 18 maja 2012

Drapieżca



Kiedy w me ręce trafiła powieść Drapieżca (oryg. Predator), którego autorką jest Terri Blackstock, odszedłem od swych zwyczajów i zapoznałem się z notką na okładce książki. Przyczyniły się chyba do tego między innymi absolutnie nieznane mi nazwisko autorki oraz tytuł i gatunek literacki jakoś kłócące się z widniejącą na samym wstępie dedykacją poświęcającą Drapieżcę... Jezusowi.

Po zapoznaniu się z komentarzem wydawcy informującym, iż głównymi postaciami naszego kryminału będą Amerykanie: Krista i David Carmichael, siostra i ojciec Elli, która została brutalnie zgwałcona i zamordowana, a motywem przewodnim będą zagrożenia czyhające na niefrasobliwych użytkowników internetowych serwisów społecznościowych, rozpocząłem lekturę. Lekturą pełną obaw, gdyż problem zagrożeń w sieci aż nadto aktualny i popularny, a autorzy sięgający po nośne, modne tematy często nie prezentują zbyt wysokiego poziomu twórczości.

Jeśli dodam, że Krista i David zamierzają, każde niezależnie od siebie, odkryć kto sprawił, że Ella przedwcześnie zasiliła grono aniołków, to chyba wyczerpiemy temat fabuły, która jest nieskomplikowana, co sprawia, iż czytelnik nie musi się przy lekturze umysłowo nadwyrężać. Inna sprawa, że i tak nie ma szans dojść do tego, kto jest mordercą, gdyż nie ma ku temu danych aż do samego końca. Może tylko w ciemno zgadywać. Taki kanon.

Trzeba przyznać, że rzecz jest wciągająca, napisana językiem szybkim w odbiorze, a podział na krótkie rozdzialiki jeszcze przyspiesza tempo czytania i sprawia, iż czytelnik po prostu pochłania kolejne stronice. Poza klasycznym wątkiem kryminalnym mamy i to, co płeć piękna w każdym wieku uwielbia ponad wszystko, czyli rycerza w srebrnej zbroi, a dokładniej z wielkim portfelem pełnym zielonych, co z reguły damy uwielbiają jeszcze bardziej. Odważny, szlachetny i bogaty będzie starał się o serce Kristy. Czy mu się uda? Przeczytajcie sami.

Wspomniałem już, iż Drapieżca jest opowieścią z przesłaniem. Mieliśmy już w literaturze i filmie różne przestrogi na temat zagrożeń czekających w sieci na niewinnych surferów. Było i o pornografii, i o kradzieżach tożsamości. Terri Blackstock zwraca nam uwagę na to jak wielkim zagrożeniem, zwłaszcza dla młodzieży i ładniejszej połowy społeczeństwa, jest bezmyślne ujawnianie na portalach typu Facebook czy Nasza klasa zbyt aktualnych, zbyt dokładnych danych o sobie. Takie portale są wymarzonym żerowiskiem dla drapieżników seksualnych (a ja sadzę, że również dla mafijnych łapaczy poszukujących świeżych ciał do nierządu lub innych celów). Wiktymologia jest bardzo interesujacą nauką, lecz niestety jej osiągnięcia są stosunkowo mało rozpowszechnione. Zwłaszcza to, iż ofiara w wielu kategoriach przestępstw, w większości przypadków przyczynia się do tego, co ją spotyka. Terri bardzo obrazowo, prosto i dobitnie pokazuje, tak częstą niestety, głupotę użytkowników netu i przed nią przestrzega. Chwała jej za to i jeśli choć część czytelników zrewiduje swoje zachowania w sieci, to cel dydaktyczny z pewnością zostanie osiągnięty.

Wspomniałem już o dziwnej dedykacji na początku powieści. Jeśli dodamy do tego, iż główna bohaterka jest aktywnie działającą chrześcijanką, łatwo się domyślić, iż jest nią także autorka. Na wielki plus należy zaliczyć pisarce, iż uczciwie pokazuje, choć w moim odczuciu nieświadomie, niektóre paradoksy chrześcijaństwa, jak choćby dwulicowość przewodników duchowych (tutaj na przykładzie Kristy), którzy innym mówią o miłości, pewności i poleganiu na Bogu, gdy sami w tym czasie myślą o zemście, godzą się na samosąd i są pełni wątpliwości co do swej wiary. Niesmak budzi też znaczący fakt, że wszystkie postacie powieści, o których wiemy, iż są chrześcijanami, są po stronie dobra. Ta infantylność nieco tępi ostrze przestrogi będącej osią książki. Jeśli ktoś jest tak głupi, iż w sieci ujawnia dane, które mogą sprowadzić na niego niebezpieczeństwo, to czy godzi się mu sugerować, nawet podświadomie, iż chrześcijanie są mniej niebezpieczni niż pozostała część ludzkości?

Jeszcze jednym mankamentem powieści są same zbrodnie. Nie wystarczy już zgwałcenie albo zabójstwo, by książka się sprzedała? Musi być zgwałcenie, pobicie i pogrzebanie żywcem jednocześnie? Budzi moją pogardę to, że autorka na wskroś chrześcijańska poddaje się temu choremu trendowi, którego symbolem jest dla mnie Psycho. W dodatku mam wrażenie, iż pisarka nigdy nie była w lesie. Jej czarny charakter za każdym razem, gdy tylko znajdzie się wśród drzew, od razu chwyta za „gałąź”, która nadaje się do pobicia. Żałosne. A może to tylko ja chodzę do takich dziwnych lasów, gdzie widać najczęściej gałęzie zbyt rozcapierzone, by poręcznie było nimi uderzyć, albo zwykłe patyki nadające się co najwyżej do rozgarniania paproci?

Na koniec jeszcze jedna refleksja, moja własna. Nie mogła do niej dojść Terri Blackstock, gdyż nie zaznała PRL-u. Porównując zachowania sieciowe ludzi wychowanych w komunie i pokolenia, które jej nie zaznało, które jest w swym patrzeniu na świat identyczne z amerykańskim, doszedłem do wniosku, iż miniony ustrój nauczył nas nie tylko krytycznego spoglądania na władzę, ale również doceniania wagi informacji. Informacji, która jest potężniejsza niż broń, pieniądze czy strach, potężniejsza, gdyż daje władzę. Może dać wolność, albo jej pozbawić, może uczynić broń bezużyteczną, może pozbawić życia. Oczywiście nie wszystkich komuna czegokolwiek nauczyła, niemniej odsetek tych ostrożniejszych wydaje mi się w poprzednim pokoleniu wyraźnie większy niż w dzisiejszym. A może tylko tak mi się roi, gdyż patrzę przez pryzmat swojego światopoglądu i zachowań moich znajomych?

Wróćmy do powieści. Pomimo powyższych krytycznych uwag uważam, iż Drapieżca jest zdecydowanie wart polecenia. Miłośnikom kryminałów zapewni godziwą porcję stosownej do gatunku rozrywki, a pozostałym może otworzy w końcu oczy na to, co wyprawiają w różnorakich miejscach sieci ich pociechy, albo i oni sami. Ilekroć bowiem tam zajrzę, aż mnie obezwładnia to, co widzę


Wasz Andrew