środa, 9 maja 2012

Czarna woda




Czarna woda
Attica Locke
(oryg. Black Water Rising)
tłumaczenie: Tomasz Wilusz
Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2011

Kiedy sięgałem po Czarną wodę myślałem, między innymi pod wpływem reklamowych notek z okładki, iż będę miał do czynienia z tradycyjnym kryminałem, cokolwiek to w gruncie rzeczy oznacza. Omyliłem się.

Czarna woda jest debiutem powieściowym; Attica Locke dotąd zajmowała się scenariuszami filmowymi i telewizyjnymi, a teraz sięgnęła do innej branży. Co z tego wyszło?

W pierwszym momencie wszystko zaczyna się pozornie klasycznie. Jay Porter, adwokat z Houston, który jeszcze się nie wybił i na razie ledwo wiąże koniec z końcem, w ramach prezentu urodzinowego dla żony wybiera się z nią na nocną przejażdżkę po bayou* w Houston. W jej trakcie ratuje tonącą kobietę, którą wyciąga na pokład łodzi. Oczywiście, okazuje się to dla niego początkiem kłopotów natury jak najzupełniej kryminalnej. Jakich – zdradzać nie będę, bowiem fabuła jest interesująca i skomplikowana, głęboko wbudowana w tło społeczne, co jest pozytywnym wyjątkiem na tle amerykańskiej wersji tego gatunku literatury. Niby więc wszystko sztampowe, choć w najlepszym sorcie, gdyby nie kilka drobiazgów. Gdyby nie to, że nasz hero jest czarny, podobnie jak jego żona i, co wcale nie jest bez znaczenia, również autorka książki. To sprawia, iż powieść ukazuje wszystko w innej niż zwykle perspektywie. To całkiem inny klimat niż w setkach kryminałów napisanych przez białych i o białych.

Od razu powiem, że nie wszystko mi się spodobało. Styl prozy prezentowany w Czarnej wodzie miejscami niezbyt mi odpowiadał, choć nie wiem czy to wina pisarki, czy tłumaczki. Niby niczego konkretnego nie można mu zarzucić, ale po prostu mi nie leżał. Jest w nim coś takiego nieokreślonego, że nie mogłem się w tej powieści rozsmakować. To coś jak bardzo dobra jakościowo potrawa, podana z gustem i klasą, ale jak na nasz indywidualny smak zbyt mało doprawiona. Poza tym jednym, z czego sobie dobrze zdaję sprawę, czysto subiektywnym i nieokreślonym mankamentem, pozostaje jeszcze sprawa rozwiązania akcji. Jakieś takie nie do końca, jak na mój gust, przekonujące. I to by było na tyle; więcej zarzutów ciężko się doszukać.

Poza warstwą typową dla kanonu, czarną na sposób klasycznego kryminału noir, mamy warstwę czarną podwójnie, czarną na sposób czarnej siły**. Choć cała rzecz rozgrywa się na początku lat osiemdziesiątych, napotkamy liczne retrospekcje i odniesienia do czasów wcześniejszych, do młodości głównego bohatera. Miejscem akcji jest Texas, miejsce raczej niezbyt przychylne dla Czarnych. Dla Amerykanów pewnikiem tło powieści jest komentarzem społecznym i politycznym do stosunków rasowych w różnych stanach USA, rozliczeniem z przeszłością dawniejszą i krytyką przeszłości przechodzącej w teraźniejszość. Dla nas jednak ma wydźwięk dodatkowo porażający przez nasuwające się odniesienie do PRL-u, do Polski w analogicznym okresie.

Pod koniec Czarnej wody przypomniała mi się niedawna lektura niesamowitej książki wspomnieniowej Nieugięty. Pierwsza pokazuje świat Czarnych w kochanej Ameryce, a druga życie Irlandczyków w dumnym Albionie. Dwa oblicza kapitalistycznego świata, od którego niby mamy się uczyć demokracji! Płatne papugi marketingowych pochlebstw pod adresem obecnego ustroju wmawiają wszystkim, jaka to okrutna okupacja była w PRL-u, jak milicja strzelała do tych, którzy rzucali w nią kamieniami. Polecam więc lekturę Czarnej wody, by poczytali, jak policja może strzelać do śpiących ludzi i jeszcze otrzymywać za to pochwały. I jeszcze jedno, co większości z nas ucieka. Antykomunistą nikt się nie rodził. Jeśli ktoś zdecydował się wejść na wojenną ścieżkę z władzą, musiał być świadomy ryzyka i konsekwencji, pomijając już to, iż nie były one jednak w analogicznych okresach ostatnich dekad komuny równie brutalne w Polsce, jak na Zachodzie. Była to jednak kwestia decyzji i odpowiedzialności; każdy miał wybór i tak jest w każdym systemie politycznym. Walczący z władzą muszą się liczyć z konsekwencjami w każdym ustroju i w każdej epoce. Jest jednak zasadnicza różnica: prawo wyboru. Wyboru, którego nie dano Irlandczykom represjonowanym i mordowanym w demokratycznej Wielkiej Brytanii ani Murzynom w USA. Oni cierpieli tylko za to, że urodzili się tacy, a nie inni. Ich gehenna nie była wynikiem dokonanych przez nich wyborów. To zaś, że w chwili obecnej ich sytuacja jest lepsza niż jeszcze dziesięć, czy dwadzieścia lat temu, zawdzięczają między innymi komunie, która nagłaśniała i piętnowała takie ciemnie strony imperialistycznego kapitalizmu.

To spojrzenie na amerykańską demokrację oczami Czarnucha daje do myślenia. Zwłaszcza nurtuje mnie pytanie, czy przypadkiem nie jest lepszy system, gdzie Czarnuchem jest się z wyboru, niż ten, gdzie się jest nim z urodzenia?

Attica Locke jako autorka powieści w dużej mierze społecznej, pokazuje się nam z jak najlepszej strony; jako bystry obserwator i uczciwy komentator. Choć jawnie daje wyraz swej zrozumiałej sympatii do Czarnych, to zauważa, iż nie są oni wolni od żadnych negatywnych cech, które pojawiają się w każdej wyodrębnionej z otoczenia grupie; również krycia swoich i wybaczania swoim rzeczy, które u obcych by piętnowano***. To niezwykle cenne, gdyż bardzo rzadkie, by ktoś zaangażowany zauważał i piętnował podobne zachowania u swoich.

Czarna woda, poza bardzo dobrą warstwą kryminalną, w warstwie społecznej i politycznej stawia wiele pokrętnych pytań do przemyślenia, nie tylko tych, o których wspomniałem. Jest naprawdę książką bardzo interesującą, choć szczerze mówiąc, właśnie przez to, dużo mniej rozrywkową niż większość kryminałów. Jeśli nie boicie się refleksji na trudne tematy, niejednokrotnie mocno dołujących, to jest to pozycja właśnie dla Was. Jeśli szukacie rozrywki lekkiej i łatwej, raczej nie będziecie zadowoleni, ale ja i tak absolutnie Czarną wodę polecam


Wasz Andrew



* Bayou (czytaj: bajú) – leniwie płynąca rzeczka; słowo z dialektu cajuńskiego
** hasło przeciwstawne znanemu White Power
*** „Uważają, że czarnemu bratu można wybaczyć wszystko” str. 121

wtorek, 8 maja 2012

Ptaki



Nie jestem zwolennikiem czytania od deski słowników, encyklopedii i leksykonów. Takie wbijanie w siebie informacji, w znaczącej większości zbędnych, które zostaną zapomniane zanim natrafi się okazja na ich wykorzystanie, jest dla mnie stratą czasu. Z tego powodu Ptaki Europy Środkowej leżały dość długo na półce lub w plecaku. Zaglądałem do nich tylko wtedy, gdy chciałem wyszukać odpowiedź na pytanie ornitologiczne, które już zaistniało. Po pewnym jednak czasie zacząłem czytać ten Przewodnik i to było to!

Podtytuł Ptaków Europy Środkowej – Przewodnik do rozpoznawania i oznaczania gatunków sugeruje, iż nie jest to lektura do czytania w całości. Jednak warto tak właśnie postąpić. Dlaczego?

Większość ludzi, nawet umiejących odróżnić bogatkę od modraszki, co już jest rzadkością, nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, jak ciekawa i bogata jest nasza przyroda. Jak ciekawe obyczaje gatunków, jak ważne jest istnienie każdego z nich, między innymi ze względu na rozległe powiązania między nimi. Dotyczy to zresztą nie tylko fauny, ale przyrody w ogóle. Telewizja jest pełna filmów przyrodniczych, lecz o naszej własnej przyrodzie prawie nic obejrzeć nie można. Puszcza się u nas filmy o życiu organizmów Afryki, Ameryki. Ba nawet angielska przyroda, bardzo zresztą podobna do naszej, wydaje się warta pokazania w Polsce i na świecie. Tylko nie nasza. Dlatego warto sięgnąć po Ptaki Europy Środkowej.

Wbrew tytułowi nie jest to pozycja poświęcona ptakom Europy, bowiem poza kilku marginalnie omówionymi gatunkami są to po prostu Ptaki Polski. Polska leży w Europie Środkowej, więc to niby to samo, ale jakże inaczej brzmi. Jako klucz do oznaczania ptaków przedmiotowa publikacja średnio się nadaje. Dla fachowca za mało w niej informacji, a początkujący przy jej pomocy nie dokona oznaczenia gatunków problematycznych. Jednak jako zachęta do zainteresowania się ptasim światem i przewodnik do pierwszych obserwacji naszych krajowych gatunków jest wspaniała.

Każdy gatunek opatrzony jest opisem obejmującym cechy charakterystyczne, wygląd, występowanie (w czasie i przestrzeni), głos, charakterystyczne zachowania, pokarm i lęgi. Ułatwia nam to wyszukanie konkretnego gatunku, który nas interesuje i który chcielibyśmy spotkać w naturze. Mamy też zawsze co najmniej dwie fotografie każdego gatunku i porównanie wielkości do gatunków wzorcowych. Dzięki tej książce pierwszy raz zobaczyłem, gdyż wiedziałem gdzie szukać, zimorodka z bliska – bezcenne! Jeśli ktoś myśli, że tylko za granicą są piękne ptaki, to znaczy, że po prostu nie zna naszych.

Poza częścią główną mamy jeszcze inne, równie interesujące, jak choćby systematyka i klucz do oznaczania rodzin, czy rozpoznawanie ptaków w locie.

Książka wydana świetnie. Jakość papieru i okładki rewelacyjna. Rozmiar trudno nazwać kieszonkowym, ale do dużej kieszeni kurtki może się zmieścić, a do plecaka czy torby foto bez problemu. Jak już wspomniałem, dla zaawansowanych ptakolubów jest średnio przydatna, gdyż do oznaczania młodzików raczej się nie nadaje – materiał foto przedstawia z reguły ptaki dorosłe, a opisy są zwięzłe i z racji ograniczonej objętości wydania - skrótowe. Jednak dla wszystkich początkujących, a zwłaszcza dla tych, którzy ptakami jeszcze się nie interesowali, jest to wydanie rewelacyjne. Będzie służyć długo, nawet jeśli będziemy je z sobą zabierać w teren, co jest możliwe, w przeciwieństwie do innych ptasich albumów. Może też autentycznie zainteresować ornitologią tych, którzy dotąd ptaki uważali za stworzenia nieciekawe i pospolite. Zwykle nawet najlepszych książek radzę szukać w bibliotece. Tym razem jednak gorąco zachęcam do zakupu i polecam gorąco. To książka do której się wraca


Wasz Andrew

poniedziałek, 7 maja 2012

Bestseller z Watykanu



Pamięć i tożsamość
Jan Paweł II
(Karol Wojtyła)

Kiedy czytałem recenzje książki naszego papieża „Pamięć i tożsamość”, aż mnie rzucało. Co warta jest recenzja, jeśli krytyk od razu stawia się w pozycji malutkiego wobec wielkości autora omawianego dzieła, w dodatku zobowiązanego do uznawania jego nieomylności w sprawach wiary, jeśli deklaruje się jako katolik? Czy z tej pozycji można wytknąć choćby najbardziej jaskrawe przekłamania lub błędy? Czy można je w ogóle dopuścić do swego grzesznego umysłu? Czy podążający na wschód koń z klapkami na oczach może zauważyć piękno zachodu słońca?

Pamięć i tożsamość”, podobnie jak inne dzieła Karola Wojtyły, można oceniać na różnych płaszczyznach odbioru. W odbiorze społecznym, masowym, ma ona takie znaczenie, jak znane publikacje innych przywódców religijnych i politycznych. Każdy się na nią może powołać, najczęściej uprzednio nie widziawszy jej na oczy, by uzasadnić jakąś nierzadko karkołomną, irracjonalną tezę. Wyrwane z kontekstu zdania, jak cytaty z Biblii, i świadome pomijanie innych fragmentów, pozwalają uzasadnić wszystko. Temat rzeka. Jest jednak zasadnicza różnica pomiędzy publikacjami Jana Pawła II czy Gandhiego, a choćby Adolfem Hitlerem czy Karolem Marksem. O ile dzieła tych ostatnich wywarły na historię świata wpływ, którego nie sposób nie zauważyć, to o naszym papieżu i innych orędownikach pacyfizmu tego samego powiedzieć nie można. Nawet w Polsce, która ma do niego stosunek szczególny, nie widać poprawy standardów moralności, do których przede wszystkim nawoływał. Nie tylko nie widać większej miłości do Boga i bliźniego swego, lecz zaryzykowałbym stwierdzenie, iż jest wręcz przeciwnie, czego potwierdzenie znajdziemy nawet w omawianej właśnie książce papieża*. Poza Polską wpływ dzieł Jana Pawła II na życie społeczeństw jest jeszcze mniejszy, a poza kręgiem zachodniego chrześcijaństwa praktycznie żaden, przy czym widać, iż z upływem czasu ta tendencja się nasila. Jeśli pojawi się papież obdarzony jeszcze większą charyzmą, lub co bardziej prawdopodobne, bardziej medialny, poza Polską i teologami do myśli i dzieł Karola Wojtyły nikt już nie powróci. Stanie się to, co spotkało wspomnianego już Mahatmę Gandhiego - większość o nim po prostu zapomni, choć, a może właśnie dlatego, że jego idee piękne, a przykład godny naśladowania.

Potraktujmy więc dzieło Jana Pawła II nie jak publikację wielkiego autorytetu religijnego, ale jak normalną książkę. Co o niej można powiedzieć?

Wydanie** prezentuje się, mimo niewielkich rozmiarów, bardzo solidnie i elegancko. Stonowana szata graficzna i ilustracje (wykorzystano znane dzieła klasyków), dobrej jakości papier i okładka, czytelna czcionka. Bez zarzutu. Szkoda tylko, że w tak niewielkim objętościowo wydaniu nie ustrzeżono się chochlika drukarskiego, który z męża czyni węża***. Ale cóż, takie mamy czasy. Komputer zastępuje człowieka, a skutki jakie są, każdy uważny widzi.

Książka składa się z wprowadzenia „Od redakcji”, pod którym nikt się nie podpisał, i właściwego dzieła w konwencji rozmowy. Każdy rozdział to pytanie (zadane przez redakcję) i odpowiedź Jana Pawła II. Tak przynajmniej można przeczytać we wstępie. Jednak uważny czytelnik zauważy dowody na to, iż tekst przypisywany Karolowi Wojtyle został przeredagowany, co poddaje w wątpliwość autentyczność fragmentów przypisywanych papieżowi****, a więc zarazem obniża wartość całości dzieła. Nie wiedząc jak głęboko sięgała ingerencja redakcji, nie możemy mówić o autorstwie papieża. Dalsze uwagi należy więc traktować nie jak krytykę myśli papieża, ale tego, co spłodziła bliżej nieokreślona redakcja, z której składu znamy tylko dwa nazwiska.

Początkowo miałem zamiar iść krok po kroku, cytat za cytatem, by wykazywać ewidentne przekłamania, błędy lub nielogiczności i przytaczać to, co godne podkreślenia. Szybko jednak stwierdziłem, że mogłaby powstać z tego mała książeczka. Pozwolę więc sobie nie podpierać się odpowiednimi fragmentami tekstu i ograniczyć się tylko do zasygnalizowania najważniejszych problemów.

Kluczowym w moim odczuciu zarzutem jest stawianie Boga w opozycji do racjonalizmu, a tego ostatniego zrównywanie z ateizmem. Ateizm jest tymczasem równie nieracjonalnym przekonaniem jak wiara w Boga, gdyż racjonalnie nie da się przeprowadzić dowodu rozstrzygającego pomiędzy tymi orientacjami.

Nie mniej odrzucające są dla mnie ewidentne manipulacje, nie tylko historią świata świeckiego, ale i realiami samego chrześcijaństwa. Choćby wmawianie, że kult niepokalanego poczęcia Maryi jest wspólny całemu chrześcijaństwu, jest ewidentnym kłamstwem. Trudno nazwać to inaczej, skoro nie uznaje go ani prawosławie, ani dziesiątki nurtów protestanckich. Nie mniejszy niesmak budzi winienie bezbożności za całe zło świata, a wszelkiego dobra poszukiwanie w wierze. Tak jakby w czasie wojen krzyżowych nie mordowano w imię Boga (i za błogosławieństwem papieży) niewiast, kobiet i starców, co biorąc pod uwagę ówczesne środki techniczne nie różniło się wiele od holocaustu. Wystarczy wspomnieć eksterminację Indian (nazwaną tutaj pewnym rodzajem wywłaszczenia!!!), czy obecne święte wojny. Te wszystkie manifestacje wiary autor konsekwentnie bagatelizuje, wciąż szermując przebrzmiałymi hasłami faszyzmu i komunizmu.

Jako prorok Jan Paweł II też raczej nie jest wiarygodny. Widział to, czego nie widzi chyba nikt rozsądny, a więc rychłą konsolidację chrześcijaństwa. Co dzień prawie obserwujemy, jak wciąż powstają nowe podziały i takie proroctwa wręcz dziwią. Co roku słyszymy o nowych sektach, a w dodatku analogicznie jest w innych wielkich religiach, jak choćby w islamie. Można nawet zaryzykować tezę, że gdyby na ziemi zapanowała jedna „słuszna” wiara, to jej wyznawcy mordowaliby się nawzajem w imię tego, która odmiana jest słuszniejsza. Widać to nawet dzisiaj, choćby na styku szyici – sunnici, gdzie pomimo wspólnego wroga chrześcijańskiego aż kipi od wzajemnej nienawiści.

Rzeczy, z którymi nie można się zgodzić, gdyż albo są ewidentną manipulacją, albo co najmniej nadinterpretacją, można mnożyć. Trzeba jednak przyznać uczciwie, że wiele myśli Jana Pawla II jest wyjątkowo cennych. Szkoda tylko, że ich właśnie nigdy się w mediach nie cytuje.

Papież wielokrotnie zwraca uwagę na zjawisko, które i ja obserwuję na każdym kroku, a mianowicie zatracanie tożsamości i człowieczeństwa w kapitalizmie. Za komuny społeczeństwo wsłuchiwało się krytycznie w słowa elit, a teraz łyka wszystko jak karmny gąsior gałki. Po równo peany o demokracji, reklamy nowych komórek i szczęścia z posiadania. Tego, że papież, podobnie jak starożytni, przestrzegał przed możliwymi wypaczeniami naszego obecnego ustroju, nikt nie chce pamiętać.

Gdy słucham niektórych niedzielnych kazań, pełnych nienawiści, pychy i nietolerancji, mam wrażenie, że naszemu klerowi, o większości wiernych nie wspomnę, obca jest jedna z wiodących myśli nie tylko tej książki, ale całego pontyfikatu Jana Pawła II – Miłość ponad wszystko. Nawet ci, którzy mówią o miłości, zapominają, co tak często podkreślał papież, że miłość do której zobowiązany jest chrześcijanin obejmuje wszystkich, również, a może przede wszystkim, nieprzyjaciół, czyli też niewierzących, bo to przecież wrogowie numer 1.

Ewidentnie już na kłamstwa wyglądają słowa wielokrotnie padające z ambon co niedzielę w całej Polsce, iż bez Kościoła nie ma zbawienia. W „Pamięci i tożsamości” wyraźnie bowiem czytamy, iż człowiek jest drogą Kościoła, a nie Kościół drogą człowieka. Jak to ujęto w Konstytucji duszpasterskiej Gaudium et spes, przytaczanej wielokrotnie przez Jana Pawła II, „sięganie do głębi tajemnicy Słowa Wcielonego, odnosi się „nie tylko do chrześcijan, lecz także do wszystkich ludzi dobrej woli, w których sercu w niewidzialny sposób działa łaska. Skoro bowiem Chrystus umarł za wszystkich i skoro ostatecznie powołanie człowieka jest w istocie jedno, mianowicie Boskie, powinniśmy utrzymywać, że Duch Święty wszystkim daje możliwość uczestniczenia w tym misterium paschalnym w tylko Bogu znany sposób””. W tylko Bogu znany sposób, więc nie klerowi oceniać kto bliżej, a kto dalej od Boga.

Co z tego wszystkiego wynika? Niestety nic dobrego. Dobrzy nadal będą dobrzy, może trochę wzmocnieni w swej wierze, a źli przy pomocy cytatów z tej książki będą mogli uzasadniać swe nieprawości. Chowając się za autorytetem papieża będą swe podejrzane persony czynić nietykalnymi. W dodatku „Pamięć i tożsamość” pogłębia rosnącą wciąż przepaść między wiarą, a racjonalizmem i wymaga naprawdę wyrobionego, krytycznego i uważnego czytelnika, by brać z niej to, co dobre, a odrzucić to, co złe. To książka tylko dla odważnych umysłów, które samodzielnie potrafią zmierzyć się z tak wielkim autorytetem i z presją większości. Co zrobią z nią pozostali czytelnicy, poza tym, że będą ją chwalić, nie rozumiejąc ani nie usiłując, tego nie chcę się nawet domyślać


Wasz Andrew



* str. 150 „W okresie samoobrony przed totaliryzmem marksistowskim ta część Europy (demoludy – przyp. AW) przebyła drogę duchowego dojrzewania, dzięki czemu pewne istotne dla życia ludzkiego wartości mniej się tam zdewaluowały niż na Zachodzie.”
** Wszystkie cytaty wg wydania Wydawnictwa św. Stanisława BM, Kraków 2011
*** 159 „Mówi tak do węża: „Wprowadzam nieprzyjaźn między ciebie a niewiastę...”
**** najbardziej ewidentny: str. 50 „ Przedtem jeszcze osobną encyklikę poświęciłem (...) ukazała się z pewnym opóźnieniem z powodu zamachu na życie papieża”. Końcówka ewidentnie została dodana do tekstu oryginalnego, lub w istotny sposób zmieniona.

niedziela, 6 maja 2012

Niespełniona obietnica




Chyba już staję się nudny znów zaczynając od tego, iż Obietnica anioła (oryg. PROMESSE DE L’ANGE) trafiła do mnie przypadkiem. Myślę jednak, iż to ma pewne znaczenie. Do książek napotkanych przypadkowo, wybranych przez kogoś innego lub otrzymanych w podarku, podchodzimy chyba bardziej obiektywnie. Głównie dlatego, iż niczego nie oczekiwaliśmy. Gdy sami dokonamy wyboru mamy w sobie dwa przeciwstawne mechanizmy, niekoniecznie się równoważące, Pierwszy to oczekiwanie, iż czeka nas lepsza lektura, niż w przypadku wyboru losowego lub dokonanego przez innych. Może to powodować zaostrzenie kryteriów oceny. Drugi natomiast to, na sam koniec, opór przed przyznaniem się do dokonania złego wyboru, do obnażenia własnej omylności, nieznajomości swojego własnego gustu i potrzeb. Nie wspomnę już o wątpliwej szczerości ocen recenzentów, których opłaca w ten lub inny sposób zainteresowane wydawnictwo. Takich opinii w ogóle nie czytam.


Po tych wstępnych dygresjach wróćmy do wspólnego wytworu francuskiego duetu pisarskiego w składzie Frederica Lenoira i Violette Cabesos. Tym razem skusiłem się na rozpoczęcie, wbrew moim zwyczajom, od przeczytania notek na okładce, wśród których znalazłem taką:

„Francuski odpowiednik Kodu Leonarda da Vinci i Imienia róży; niewyjaśnione morderstwa, ponadczasowa miłość i tajemnice sprzed tysiąca lat. 50 tygodni na listach bestsellerów”.

Wzbudziło to we mnie jeszcze większe obawy, niż samo słowo bestseller, które najczęściej jest synonimem tandetnej sztampy przeznaczonej dla plebsu. Co bowiem ma wspólnego Kod Leonarda z Imieniem róży? Most suspicious jak mawiał Carlos*.

Przepełniony złymi przeczuciami rozpocząłem lekturę. Początek był niezły. Przyjemny styl, łatwy w odbiorze i dość plastyczny w opisach. Główna bohaterka Johanna, dziś z zawodu i pasji archeolog mediewista, jako siedmioletnia dziewczynka, w dniu śmierci swojego brata, zobaczyła zjawę; bezgłowego mnicha mówiącego do niej: Ad accedendum ad caelum, terram fodere opportet**. Poznajemy ją w momencie, gdy po wielu latach od owych strasznych wydarzeń z dzieciństwa, znów udaje się tam, gdzie miały one miejsce, czyli pływową wyspę Mont Saint-Michel*** u wybrzeży Normandii, na której znajduje się sanktuarium Michała Archanioła. Rychło przenosimy się w czasie, i poznajemy drugą wiodącą postać naszej powieści: średniowiecznego mnicha Romana, niedoszłego budowniczego sanktuarium na wyspie, który zakochał się w pogance i znachorce, czyli innymi słowy czarownicy, o intrygującym imieniu Moira. I tutaj zaczynają się schody.

W książce nie zabraknie niczego, co powinno się znaleźć w schematycznej produkcji nastawionej tylko i wyłącznie na sukces sprzedażowy; ani grzesznych romansów, ani czystej miłości. Będzie też trochę trupów. Szlachetność zmierzy się z podłością, a Wiara z zabobonem. Racjonalizm stanie przeciwko odruchom serca, a przynajmniej takie chyba były założenia. Niestety, powieść zaczyna szybko nudzić i jej grubość w tym momencie zaczyna przerażać (493 strony bez podziękowań). Ciągłe przeniesienia akcji, która w dodatku jest niemrawa i niezdecydowana jak pijak na czworakach, ciągłe przeskoki między średniowieczem i teraźniejszością, rozwalają w puch te zaczątki nastroju, które miejscami udaje się wytworzyć. Z żalem, co nieczęsto mi się zdarza, absolutnie nie mogę powiedzieć, iż czytelnik przenosi się w czasie, iż w wyobraźni widzi to, o czym czyta. Szczególnie po macoszemu został potraktowany temat archeologii. Jedyne co zostało trafnie oddane, to zakulisowe intrygi będące niejednokrotnie znaczącym elementem karier w tej grupie zawodowej. Konia jednak z rzędem temu, kto na podstawie Obietnicy powie coś o tej interesującej specjalności poza tym, że polega na kopaniu i ryciu. Chyba tylko do tych dwóch słów sprowadzono coś, co podobno jest pasją i życiowym powołaniem głównej bohaterki. Porażka!

Całe szczęście, że mam zwyczaj zmęczenia każdej powieści do końca. Od połowy mniej więcej akcja przyspiesza i rzecz cała staje się całkiem strawna, pod koniec nawet wciągająca, choć całość wrażenia psują wspomniane wcześniej mankamenty. Wyłazi także, im bliżej zakończenia, niczym szydło z worka, nie do końca przekonująca konstrukcja psychiczna Johanny, podobnie jak komiksowość innych postaci. Prostota konstrukcji psychicznych, w połączeniu ze szczątkowymi opisami ich fizyczności, nie pozwalają wczuć się w pełni w postacie bohaterów.

Przez cały czas, czytając Obietnicę miałem wrażenie, iż brak jej jakiejś spójności. Dziwna chaotyczność. Jakby sklejano kawałki dwóch różnych powieści, co być może istotnie miało miejsce na poziomie techniki pisania przez dwóch autorów. Najlepszy kwiatek, bardzo zresztą wymowny, został jednak na koniec. Po zmęczeniu całości, ze zdumieniem znalazłem, tuż przed podziękowaniami kończącymi wydanie, przekroje niesamowitej wyspy, na której w znakomitej większości rzecz cała się rozgrywa. Ponieważ w książce nie ma przypisów końcowych, czytelnik nie ma powodu by zajrzeć na koniec. Umieszczenie ich na początku wydaje się bardziej celowe. Drobiazg, ale znaczący. Chyba, że się mylę. Może autorzy przewidzieli, że większość znudzonych czytelników zaglądnie rychło na koniec i znajdzie te obrazki, a ja po prostu byłem zbyt konsekwentny?

Piszę to z żalem, ale zawiodłem się na tym bestsellerze. Obietnica anioła to niespełniona obietnica dobrej lektury. Pomimo lepszego niż start finiszu, książkę oceniam jako bardzo słabą. Jeśli ktoś koniecznie chce sobie poczytać o wydumanej i wypaczonej miłości, przedstawionej płytko i koślawie, niech sobie wypożyczy ten hit sprzedażowy z biblioteki. Kupować nie warto. Jeśli szukacie czegoś o odkrywaniu tajemnic przeszłości, nawet nasz Pan Samochodzik jest o niebo lepszy, choć to niewłaściwe porównanie, gdyż w swoim gatunku, w klasie powieści dla młodego czytelnika, jest on pozycją kultową. Szkoda, że nasze rodzime perełki idą w zapomnienie, wypierane przez komercyjną tandetę, a do tego kanonu z żalem, ale z pełnym przekonaniem, muszę tą francuską powieść zaliczyć


Wasz Andrew



* ang. najbardziej podejrzane (prawidłowo the most suspicious) - jedna z moich ulubionych odzywek w kultowej serii grier Jagged Alliance 2.
** Trzeba przekopać ziemię, żeby osiągnąc niebo.
*** (franc. Abbaye du Mont-Saint-Michel, bret. Menez Mikael, pol. Wzgórze Świętego Michała)

sobota, 5 maja 2012

Pamiętnik z dekady bezdomności



Pamiętnik z dekady bezdomności Anny Jadwigi Łojewskiej, co chyba staje się ostatnio normą, trafił do mnie przypadkiem. Sam raczej bym po taką książkę nie sięgnął z powodu mało interesującego tytułu. Z reguły wybieram lektury oferujące wiedzę lub rozrywkę. Subiektywne wynurzenia mnie nie interesują za wyjątkiem wspomnień ciekawych ludzi o ciekawych czasach. Skoro jednak już się Pamiętnik u mnie znalazł, skoro los tak chciał, zabrałem się do lektury; bez uprzedzeń i bez nadziei na coś ciekawego.

Anna Jadwiga Łojewska zawarła w książce swoje wspomnienia, raczej nawet wrażenia i przemyślenia niż logiczny, uporządkowany zapis zdarzeń, obejmujące najtrudniejszy zapewne okres jej życia; czas bezdomności. Rzecz nie jest łatwa w odbiorze ze względu na chaotyczność tekstu. Być może to odzwierciedla stan jej poturbowanej opisywanymi przeżyciami psychiki, ale lektury nie ułatwia. W tekście roi się od błędów, nawet tak trywialnych jak powtórzenia wykrywane przez zwykłe edytory tekstu, co sprawia wrażenie niechlujności i rodzi wątpliwość, czy wspomniana chaotyczność jest zabiegiem stylistycznym, czy też, podobnie jak składnia, wynikiem niechlujstwa.

Na wielki plus należy pani Łojewskiej policzyć, iż choć sama zna kilka języków, to zachowuje dbałość o mniej wykształconego lingwistycznie czytelnika i prawie wszystkie obcojęzyczne wstawki opatrzyła tłumaczeniem. Taka uprzejmość jest niesamowitym kontrastem w stosunku do aroganckiej maniery, która tak mnie denerwuje i śmieszy choćby w takich pozycjach, jak przeczytany niedawno Etnolog w Mieście Grzechu.

Wielka szkoda, iż forma literacka tej opowieści jest tak niedoskonała, gdyż może zniechęcić mniej systematycznego, nienawykłego do kończenia każdej lektury czytelnika. Wielka szkoda, gdyż wspomnienia i przemyślenia Anny J. Łojewskiej zdecydowanie warte są przeczytania i spopularyzowania.

Pamiętnik z dekady bezdomności to opowieść o jednej z wielu patologii i hańb kapitalizmu ukrywającego się pod łatwiej strawnym określeniem – demokracja. To opowieść o bezdomności i ubóstwie. Autorka, kobieta wrażliwa, rzecz rzadka w dzisiejszej Polsce zachłystującej się imieniem Jana Pawła II, ale w rzeczywistości promującej brutalne chamstwo, rozpychanie się łokciami i cyniczne dążenie do celu za wszelką cenę, pokazuje nam jak łatwo można ze świata domnych przenieść się na drugą stronę lustra; w bezdomność. Pokazuje nam, jak odmienne są te światy i jaka przepaść je dzieli. Przepaść którą w jedną stronę przekroczyć łatwo, ale w drugą niewyobrażalnie trudno.

Myśli autorki są celne, wyraziste i trafiają do czytelnika. Pokazuje nam rozmiar zła czającego się we wszelkich pozbawionych nadzoru fundacjach zajmujących się bezdomnymi. Czytając jej wspomnienia miałem wrażenie, iż stosunki społeczne panujące w schronisku, w którym mieszkała, były bliższe faszyzmowi czy stalinizmowi, niż demokracji. To co tam wyprawiano z bezdomnymi, to odzieranie ich z tożsamości, z indywidualności i wszelkiej godności, jednoznacznie kojarzy mi się z terminem skurwianie*, jak określano przemiany w poddawanej kolektywizacji wsi ukraińskiej.

Jako bystra obserwatorka Anna Łojewska pokazuje nam te prawdy i przemiany, których większość z nas do siebie nie dopuszcza i nie chce zauważać. Słusznie dochodzi do wniosku, iż wolność sumienia i odwagę cywilną mieliśmy w poprzednim okresie politycznym. Wtedy byliśmy krytyczni wobec wszelkich prawd, pełni otwartości na innego człowieka i w opozycji do władzy, a teraz… Pieniądze nie tylko jako cel i jedyny miernik wartości ludzi, ale również jako rozgrzeszenie uniwersalne. Bieda jako piętno powodujące wykluczenie, jako trąd naszych czasów, powodująca podobne traktowanie nią dotkniętych; zamykanie ich w przytułkach i izolowanie niczym w średniowiecznych leprozoriach. Pokazuje nam, iż mieszkańcy tych gett praktycznie nie mają szans na powrót do społeczeństwa, choć są to niejednokrotnie nie ludzie z marginesu i nieudacznicy, ale ludzie wykształceni i byli ludzie sukcesu. Niestety, dar obserwacji nie ustrzegł autorki od wieloletniego pobytu w tym piekle, i to niejako na własne życzenie.

Jako rozwiązanie problemu postuluje Anna Łojewska profesjonalną pomoc objętą nadzorem państwa, co powinno ukrócić szkodliwość różnych guru, którzy zamiast pomagać bezdomnym w powrocie do świata, tym bardziej ich w bezdomności więżą. Z tym można tylko się zgodzić. Jednak, niestety, autorka, choć budzi moją wielką sympatię, nie okazała się w moim subiektywnym odczuciu wirtuozem obserwacji. Jej wnioski nie wykraczają poza jej własne doświadczenia.

Moim zdaniem jednym z głównych problemów wychodzenia z biedy i bezdomności w Polsce jest to, iż w naszym kraju człowieka nie ustawia praca ani wykształcenie, a mieszkanie. Mając mieszkanie można się kontentować byle jaką pracą. Z drugiej strony, nie mając własnego kąta, tylko dzięki dobrej, świetnie płatnej pracy można się ustawić. Jest to układ odwrotny niż w całym świecie, gdzie każdy awans w pracy powoduje możliwość poprawienia warunków mieszkaniowych. Gdzie nawet słaba praca pozwala od razu się zakotwiczyć, a każda lepsza pozwala na więcej.

Jeszcze innym ograniczeniem spojrzenia Anny Łojewskiej jest patrzenie na bezdomność tylko i wyłącznie poprzez przytułek. Choć autorka Pamiętnika sama przeżyła okres koczowania pod chmurką, nie pisze niczego** o postawach bezdomnych, którzy od początku unikają innego niż doraźnego kontaktu z przytułkami, albo też unikają go w ogóle.

Kolejnym ograniczeniem spojrzenia autorki jest generalizowanie swoich własnych doświadczeń. Z pamiętnika możemy wywnioskować, iż bezdomni to tylko tacy, którzy się zagubili. Bo byli za wrażliwi (jak nasza pisarka), bo całe ich życie to poprawczaki i kryminał, bo to albo tamto, co spowodowało ich bezdomność. Ja osobiście pamiętam spotkanie z prawdziwym milionerem, nie byłym, ale obecnym, który wybrał życie bezdomnego. Nie takiego przytułkowego i uzależnionego od pomocy, ale prawdziwego, wolnego kloszarda. W każdej chwili mógł wrócić do swego majątku i swoich firm, ale nie chciał. Nigdy nie wrócił do obowiązków, rodziny, stresów i odpowiedzialności. Wolał życie z dnia na dzień, z troskami tak ograniczonymi jak i potrzeby. Dlatego właśnie brak mi w Pamiętniku pewnego podkreślenia, że ilu bezdomnych, tyle powodów i przyczyn bezdomności, tyle przyczyn trwania w niej.

Dziwi mnie też wyrażone przez pisarkę niezrozumienie, czy też raczej zdziwienie, dla przyczyn, z których ludzie chętnie pomagają zdołowanym, lecz wręcz przeszkadzają tym z dołka się dźwigającym. Jest ich wiele, a w Polsce mechanizmy ostracyzmu różnej proweniencji są szczególnie silne. Jednym z najsilniejszych, bo powszechnym, ponadklasowym i ponadczasowym, jest mechanizm, który nazwałbym strategią sfrustrowanego filantropa. Póki ktoś leży, byle ochłap jest pomocą i powoduje w ofiarodawcy zadowolenie. Darczyńca czuje się wspaniały i taki święty. Kiedy upadły powstaje, niejednokrotnie zmienia się w anioła. I nagle nie wszystkim można go wspomóc; nie wszystko jest mu po prostu potrzebne. Nagle darczyńca zauważa, że ta sierota, ten nieudacznik, zaczyna go przerastać. Dotychczasowy filantrop dostrzega, iż ten biedak może ma inteligencję i inne cechy, których jemu samemu Bóg nie dał aż w takiej mierze. Nagle stwierdza, iż ten, który budził tylko litość, teraz zaczyna być postrzegany jako ktoś. Budzi się zazdrość; syndrom miernego nauczyciela, którego los obdarzył uczniem geniuszem.

Mimo tych niedociągnięć, które być może są tylko moim subiektywnym marudzeniem, uważam iż Pamiętnik z dekady bezdomności mogę polecić z pełnym przekonaniem każdemu. Przede wszystkim tym, którzy dotąd nie mieli okazji ani czasu, by się nad problemem biedy i bezdomności zastanowić. Zwłaszcza ci, którzy dotąd widzieli bezdomnych jako obcych, jako istoty nie z ich świata, może zobaczą w nich ludzi. Jest też, o czym już wspomniałem, lektura Pamiętnika wielkim głosem przeciwko wykorzystywaniu biednych przez różnych społeczników i Kościół, a za pomocą profesjonalną i poddaną kontroli. Jest to wreszcie zbiór celnych i wartościowych myśli o człowieczeństwie i wolności. Jest to też przestroga. Jednym słowem pozycja, mimo mało chwytliwego tytułu, absolutnie warta uważnego przeczytania, przemyślenia i przeżycia, o czym Was zapewniam. Jednocześnie, jako uzupełnienie i ukazanie, jak to jest gdzie indziej, polecałbym choćby oparte na faktach filmy W POGONI ZA SZCZĘŚCIEM (The Pursuit of Happyness) 2006 czy Z ULICY NA HARVARD (Ze slumsów na Harvard, Homeless to Harvard: The Liz Murray Story) 2003


Wasz Andrew



* za Wiktorem Suworowem
** Jedynym bezdomnym, który mieszka poza schroniskiem, czyli w bunkrze, jest Andrzej. Pojawia się on jednak w Pamiętniku tylko dlatego, iż ma w swej historii również znaczący epizod schroniskowy.

czwartek, 3 maja 2012

Etnolog w Mieście Grzechu



Etnolog w Mieście Grzechu, jak to ostatnio często z różnymi lekturami bywa, trafił do mnie przypadkiem. Już samo rozwinięcie tytułu* mówi wiele o zawartości książki, podobnie jak entuzjastyczne notki na okładkach. Ponieważ jednak przypochlebcze recenzje wykorzystywane przez wydawców do ozdabiania ich produkcji są często pułapką na czytelnika i maskują mierną w istocie wartość, do lektury dzieła Mariusza Czubaja zabrałem się niczym pies do kota; po równi z zapałem i ciekawością, co obawą i niepewnością.

Jakkolwiek książka ta podobno była reklamowana jako sensacyjna, jako powieść o kryminale, absolutnie nie ma to pokrycia w rzeczywistości. Ja osobiście zaliczyłbym ją do literatury popularnonaukowej, choć dla umysłów ścisłych określanie humanistycznego lania wody i dzielenia niezdefiniowanego włosa na czworo mianem nauki zawsze brzmi podejrzanie i budzi głęboki dyskomfort moralny.

Zanim wrócę do zawartości Etnologa, muszę od razu zaznaczyć, iż jest to lektura trudna i żmudna. Jeśli ktoś jednak konsekwentnie podejmie trud brnięcia przez nią aż do samego końca, czytania dokładnie, aż do ostatniej kropki i obcojęzycznej wstawki, z pełnym zrozumieniem i głodem wciąż nowych informacji, to zostanie nagrodzony. Znajdzie bardzo ciekawe opracowanie historii powieści kryminalnej widzianej z punktu widzenia etnologa będącego zarazem teoretykiem i praktykiem literatury. Praca Mariusza Czubaja jest tym bardziej cenna, że podkreśla wartość kryminału; gatunku niesłusznie kojarzonego z literaturą niższą. Etnolog może też posłużyć miłośnikom powieści kryminalnej jako spis lektur po które warto sięgnąć, prawdziwych kamieni milowych kanonu.

Jest więc to książka warta przeczytania, niosąca mnóstwo informacji przydatnych każdemu. Interesująca dla każdego, od niewykształconego czytacza szmirowatych potworków pragnącego przestawić się na wartościowsze pozycje z bogatej oferty półek opatrzonych hasłem „kryminał i sensacja”, po wykształconych humanistów z krytykami i teoretykami literatury włącznie.

Tyle dobrego o Etnologu w mieście grzechu. Reszta to same zgrzyty. Zacznijmy od adresata książki. Jeśli jest nim każdy, to maniera pisarska Mariusza Czubaja widzi mi się jako wręcz karygodna. Wszędzie roi się nie tylko od trudnych wyrazów obcych, choć wiele z nich posiada niejednokrotnie bardziej jednoznaczne polskie odpowiedniki, lecz co jeszcze gorsze, od obcojęzycznych wręcz wstawek, niejednokrotnie kilku na stronie. Nie byłoby jeszcze w tym nic dziwnego, gdyby były one opatrzone odnośnikami do przystępnych tłumaczeń, co bezboleśnie poszerzałoby bierne słownictwo czytelnika. Niestety, odnośniki służą autorowi tylko do cytowania, podawania źródeł, lub co gorsza dodawania własnych komentarzy, niejednokrotnie dyskusyjnych, żeby nie powiedzieć chybionych**. Wielokrotnie w czasie lektury nasuwa się pytanie: Co artysta miał na myśli? Tylko poliglota, i to w dodatku oczytany w temacie, mógłby podać dokładne znaczenie wszystkich wyrazów obcych i obcojęzycznych użytych w tekście. Każdy inny odbiorca musi się zaopatrzyć w słownik lub wybrać czytanie po łebkach. Do kogo więc jest tak naprawdę książka adresowana? Jak świadczy ona o stosunku autora do czytelników? Aż narzuca się tutaj porównanie do literatury z dziedziny nauk ścisłych, gdzie unika się takich praktyk. Żaden szanujący się polski matematyk nie napisze curva zamiast krzywa, gdy tymczasem maniera pana Czubaja jest wręcz zaprzeczeniem takiego zdrowego podejścia. Aż narzuca się kąśliwe pytanie, czy to nie sposób na podniesienie oceny mądrości i naukowości tekstu, który tak naprawdę pełen jest wad i ewidentnych błędów. Im bliżej końca tym ich natężenie i waga wzrasta, miejscami aż do totalnego majaczenia.

Czasami drobna pomyłka, znak przestankowy czy końcówka odmiany, mogą zmienić sens zdania tworząc bełkot z rozsądnej wypowiedzi. Takie błędy można wybaczyć tworzącym amatorsko i samodzielnie, gdyż wiadomo, jak trudno jest prowadzić korektę swego własnego tekstu. W przypadku tekstu profesjonalnego i opracowywanego zespołowo jest to niewybaczalne.

Jak widać z powyższego lektura Etnologa w Mieście Grzechu nie jest tak naprawdę łatwa ani przyjemna. Jest tym bardziej trudna i stresująca, im bardziej krytycznie, dociekliwie i kreatywnie się do niej podejdzie. Gdyby zastosować kryteria nauk ścisłych, gdzie jeden znaczący błąd deprecjonuje całość, książka ta miałaby wartość bliską zeru, jeśli nie wręcz zerową. Stosując jednak podejście humanistyczne, możemy ją porównać do róży. Wyjątkowo kolczastej i w wielu miejscach niezbyt ładnie pachnącej, ale jednak interesującej. Dlatego, mimo tak wielu krytycznych uwag, zachęcam do jej przeczytania, jeśli pożądacie zawartej w niej wiedzy. Dyskomfort o jaki miejscami Was przyprawi nadrobi cennymi okruchami solidnej wiedzy i ciekawego ujęcia tematu. Nie zapomnijcie tylko zaopatrzenia się w słowniki


Wasz Andrew



* Etnolog w Mieście Grzechu. Powieść kryminalna jako świadectwo antropologiczne.
** prawdziwym ewenementem jest przypis o działalności charytatywnej Manchester United zajmujący pół strony(!), praktycznie od rzeczy i w dodatku infantylnie płytki. Czytając ten fragment miałem wrażenie, iż pisała go inna osoba niż ta, która stworzyła lepsze części opracowania.

środa, 2 maja 2012

Grzechy hetmańskie



Grzechy hetmańskie czyli obrazy z końca XVIII wieku to jedna z nieco bardziej już dziś zapomnianych powieści, być może najpłodniejszego twórczo z polskich pisarzy, Józefa Ignacego Kraszewskiego. Tytuł mniej więcej informuje nas o umiejscowieniu akcji powieści w czasie. Dokładniej jest to rok 1763. Rok wielkich wydarzeń; walki o władzę, przygotowywanego przez Familię* zamachu stanu i śmierci króla Augusta III Sasa.

Głównym bohaterem powieści jest Teodor Paklewski, jedyny potomek ubogiej szlacheckiej rodziny, której całym majątkiem jest biedna wioska Borek nieopodal Białegostoku. Młodzieniec, pobierający nauki w Warszawie, musi powrócić w rodzinne strony w związku ze śmiercią ojca i tam hetman Franciszek Ksawery Branicki, pan na Białymstoku i okolicy, próbuje go skaptować dla swych planów wsparcia stronnictwa Sasów w walce o tron Polski. Młodzieniec, początkowo na żądanie matki, a potem z wyboru, oddaje swe usługi wrogom Branickiego - Czartoryskim. Zakochuje się w pięknej generałównie i... Co dalej poczytajcie sami.

Być może powieść nie prezentuje jakiegoś nadzwyczajnego poziomu, ale jest bardzo przyjemną lekturą, nawet wciągającą. Autor porusza się dobrze w tle historycznym, w którym osadził fabułę. Nic dziwnego skoro w czasie, gdy tworzył, nie minął od opisywanych wydarzeń nawet wiek. Archaiczny dla nas język, jakim rzecz jest napisana, mile odróżnia się od współczesnego nam słownictwa, nawet tego stylizowanego na staropolskie. Mamy tu wszystko, co potrzebne dobrej powieści: gwałtowne wydarzenia, rodzinne tajemnice, szlacheckie zajazdy i wielką miłość, a w tle knowania wielkiej polityki i zakulisowe machinacje. Wszystko przyjemne w odbiorze choć dość schematyczne, raczej solidne rzemiosło literackie niż wirtuozeria pióra.

Niestety, książka nie jest raczej ku pokrzepieniu serc. Sporo w niej postaci niesympatycznych, zwłaszcza w polityce. W trakcie lektury ma się smutne wrażenie, że dzisiaj w Polsce o dobrych ludzi jeszcze trudniej niż kiedyś, zwłaszcza na wyższych szczeblach drabiny społecznej. Nie napawa też optymizmem na przyszłość, odmalowana w Grzechach, coraz bardziej widoczna i dzisiaj, spolegliwość kleru wobec dystrybutorów bogactw doczesnych, a zwłaszcza godna napiętnowania zachłanność na profity władzy świeckiej wyższych hierarchów kościelnych.

Dla mnie przepięknym, słodziutkim smaczkiem są opisy Pałacu Branickich i dawnego Białegostoku. Tym, którzy mieli okazję poznać tą wspaniałą magnacką rezydencję z otaczającym ją parkiem i alejkami, powieść Kraszewskiego da nowy pogląd na znane zakątki. Teraz spacerując po nich jeszcze łatwiej będzie im na chwilę przenieść się w przeszłość i odczuć niepowtarzalną atmosferę Wersalu Północy, jaką musiał on błyszczeć w czasach największej świetności. Pozostałych być może skusi do odwiedzenia wciąż powracającej do dawnego piękna perły naszej architektury pałacowej. Inna sprawa, że ja osobiście wolę sobie w niej wyobrażać angielskich XIX wiecznych gentlemanów, którzy spacerują po parku w towarzystwie dam, niż naszych prostackich przodków tłoczących się w oparach wszechobecnej gorzały. No ale cóż, każdy naród ma taką historię, na jaką zasłużył. To, że romantyczne obrazki nie miały wiele wspólnego z tym pięknym pałacem nie jest winą Kraszewskiego.

Polecam Grzechy hetmańskie wszystkim, nie jako jakąś szczególną rewelację, ale jako dobrą powieść wartą przeczytania w wolnej chwili, by odpocząć od zalewającej nas anglosaskiej papki


Wasz Andrew



* stronnictwo prorosyjskie tworzone głównie przez Czartoryskich i Poniatowskich

wtorek, 1 maja 2012

Ręka mistrza



Ręka mistrza
(oryg. Duma Key)
Stephen King

Z reguły nie piszę o książkach, które przeczytałem dawno, dawno temu. Jeśli już, to najpierw je sobie przypominam i dopiero po powtórnej, lub którejś z kolei, lekturze formułuję swoją ocenę. Tym razem jest inaczej. Smakując Apsarę, niedawny debiut utalentowanego Polaka*, od razu przypomniałem sobie coś całkiem odmiennego i zarazem podobnego – Rękę mistrza. Nagle się okazało, że mogę napisać o niej od razu, że zapadła mi w pamięć tak dokładnie, jakbym ją czytał wczoraj.

Nie jestem miłośnikiem horrorów. Lubię dobre baśnie, udane fantasy też ujdzie, ale jakieś potwory i infantylne moce nadprzyrodzone w świecie komputerów, satelitów i nanotechnologii... Tego już dla mnie za wiele.

Kiedy sięgnąłem po Duma Key wiedziałem oczywiście, iż King jest mistrzem pióra i miałem już wcześniej do czynienia z jego prozą. Nie nastawiałem się jednak na spektakularne odkrycie gdyż, jak już wspomniałem, konwencja horroru jest dla mnie infantylna i dlatego jeśli coś w niej mam uznać za dobre, musi być naprawdę wyśmienite.

Fabuła Ręki mistrza jest prosta, jak w większości horrorów. Nasz główny bohater, człowiek majętny, Edgar Freemantle w wypadku na budowie mało nie traci żywota. Okaleczony, nie tylko na ciele, ma problemy z powrotem do życia i z samym sobą. By zacząć wszystko od nowa, przenosi się na wyspę Duma Key i zaczyna tworzyć. Po pewnym czasie okazuje się, że jego obrazy są niezwykłe, a i wyspa zwyczajna też nie jest. Co dalej z wiadomych względów zdradzać nie będę.

King jak zwykle pokazuje się nam jako wirtuoz w budowaniu napięcia. Do połowy, a może nawet trochę dalej, powieść jest wciągająca i niesamowita. Napięcie rośnie i jest wręcz namacalne. Potem, przynajmniej dla takiego malkontenta jak ja, całość się wykłada, gdy w kulminacji wkraczają czary mary. Jak jednak już wspomniałem, powieść ta na zawsze zapadła w mojej pamięci, jak naprawdę niewiele z tego gatunku literatury. Dlaczego?

Poza nastrojem, tą niepowtarzalną atmosferą grozy i tajemnicy, nasączającą wszystko niby lepka mgła, który jest wyznacznikiem twórczości tego Amerykanina, Duma Key jest cudownym opisem mniej zatłoczonych rejonów Florydy. Czy prawdziwym, o to mniejsza, ale w trakcie lektury w wyobraźni czytelnika powstaje obraz równie realny jak rzeczywistość; po prostu przenosimy się na tę tajemniczą wyspę. Przeżycie niesamowite, które niewielu potrafi u czytelnika wykreować. Rzecz, która jednak jest w tej powieści najcenniejsza, to nie perfekcyjne opisy, przekonujący bohater, lub wspomniany już klimat; to wyjątkowe oddanie procesu twórczego. Nawet czytelnik bez wiedzy o rysunku i malarstwie, ba – nawet odbiorca bez żadnego pojęcia o sztuce w ogóle, może smakować to nieopisane uczucie, jakie towarzyszy tworzeniu i odebraniu dzieła natchnionego. Szkoda tylko, że tutaj natchnieniem jest moc nie z tego świata, a nie to, co naprawdę odróżnia wirtuoza od rzemieślnika. Pod tym względem nasza Apsara jest zdecydowanie lepsza, ale cóż – taka konwencja.

Chyba nigdy dotąd nie polecałem nikomu klasycznego horroru, może poza Lśnieniem, notabene też Kinga. Z reguły nie oferują one niczego poza chwilą rozrywki, strawną głównie dla miłośników idiotycznych potworów lub innych cudactw. Zwykle po latach z takiej lektury nie pamiętamy niczego, gdyż i pamiętać nie ma czego. Żadnych przemyśleń, żadnego przesłania, żadnego serca drgnienia. W tym gatunku wiele jest powieści dobrych do połowy, ale o zachwycający koniec bardzo, bardzo trudno. I choć Ręka mistrza nie uniknęła dość słabego w mym odczuciu zakończenia, tym razem wyjątkowo zachęcam do zapoznania się z nią nie tylko maniaków grozy. Naprawdę warta jest przeczytania o czym z przekonaniem Was zapewniam


Wasz Andrew



*Marek R. Litmanowicz