środa, 9 listopada 2011

Z ULICY NA HARVARD



Kiedy znudzi Was kolejny Bond, kiedy już będziecie mieli dość tych wielkobudżetowych produkcji pełnych podkręconych kolorów i wydumanych problemów nierzeczywistych ludzi, wtedy sięgnijcie po ten film.

Historia jest oparta na autentycznych wydarzeniach, to praktycznie biografia. Rodzice 15-letniej Liz są narkomanami. Gdy matka umiera na AIDS, dziewczyna musi sama walczyć o przeżycie na ulicach miasta. Bezdomnej nastolatce nie tylko udaje się przetrwać, ale również ukończyć szkołę i dostać się na prestiżowy uniwersytet w Harvardzie.

Film bardzo poważny i bardzo zmuszający do myślenia. Ogląda się go jednak doskonale. Na zawsze pozostaje w pamięci. Równie długo żyją w naszych głowach refleksje, które nachodzą nas po jego oglądnięciu. Absolutnie i zdecydowanie polecam.

Inne dane, które pozwolą Wam odszukać tę pozycję:

scenariusz: Ronnie Kern, obsada: Marguerite McNeil – Eva, Marla McLean –Lisa, Robert Bockstael – David, Makyla Smith – Chris, Kelly Lynch – Jean Murray, Jennifer Pisana - Młoda Liz, Aron Tager – Pops, Mary Colin Chisolm – Nauczycielka, Rita Malik – Asystentka, Cecil Wright - Pan Maki, Ellen Page - Młoda Pops, Thora Birch - Liz Murray

Tytuł pod jakim wyświetlano go w cyklu Okruchy życia: Ze slumsów na Harvard, tytuł oryginału Homeless to Harvard: The Liz Murray Story

Jeszcze raz zachęcam do obejrzenia

Wasz Andrew

wtorek, 8 listopada 2011

Pan Samochodzik i templariusze




Po wielu latach, właściwie po dziesięcioleciach, postanowiłem powrócić do lektury z lat dziecięcych, do powieści znanej każdemu, jeśli nie z wersji drukowanej lub filmu, to przynajmniej ze słyszenia – do książki autorstwa niestety już dziś nieżyjącego ZbigniewNienackiego* Pan Samochodzik i templariusze. Realizacja tego pomysłu okazała się dosyć trudna, gdyż okazało się, iż w żadnej z trzech bibliotek, do których się udałem, wliczając w to bibliotekę powiatową, powieści tej nie posiadają. Chcąc nie chcąc musiałem się stać posiadaczem własnego egzemplarza i rozpocząłem lekturę ciekaw, czy po latach ponownie wywrze ona na mnie równie pozytywne wrażenie.
Bohaterem naszej powieści, jednej z wielu połączonych jego osobą, jest Tomasz, tytułowy Pan Samochodzik, który swoją ksywkę zawdzięcza posiadanemu pojazdowi będącemu amfibią skrzyżowaną z samochodem wyścigowym. Tomasz, z zawodu historyk, w czasie letnich wakacji udaje się na wędrówki i poszukiwanie skarbów, a tym razem stanie do wyścigu po legendarne skarby templariuszy. Towarzyszyć mu w tej wyprawie będzie trójka harcerzy, za przeciwników zaś będą mieli zawodowych poszukiwaczy skarbów, zwykłych bandziorów i innych konkurentów.
Okazało się, że mimo upływu czasu Pan Samochodzik nie stracił niczego ze swej świeżości i uroku. Powieść czyta się szybko i z przyjemnością, z charakterystyczną beztroską, z jaką zawsze mi się kojarzą wczasy z tamtych czasów, gdy łatwiej było spotkać turystę niż samochód, gdy wyjazd po letnią przygodę wywoływał w wyobraźni obrazy z lasem, jeziorem i górami, a nie z korkami, fast foodami i kartami kredytowymi.
Jak przystało na powieść adresowaną głównie do młodzieży, język jest dość prosty i łatwy w odbiorze, co nie ujmuje niczego jego walorom – jest plastyczny, obrazowy i żywy. Postacie nakreślone są z mistrzostwem, choć zgodnie z kanonem nieco schematycznie – czarne charaktery są odrażające lub co najmniej pełne fałszu, a dobrzy jeśli nie są super, to przynajmniej budzą sympatię. Mogę z całym przekonaniem stwierdzić, iż dziś również, jak wieki temu, książkę oceniam jako rewelacyjną i polecam ją z przekonaniem każdemu, od dzieci po dorosłych. Dla pierwszych będzie lekturą pełną ponadczasowych wartości, która być może zaszczepi w nich bakcyla krytycznego i dociekliwego poznawania historii, a dla drugich świetnym oderwaniem od dzisiejszego schematu literatury tego typu.
Tutaj do chodzimy do smutnych refleksji. Pan Samochodzik to kolejny przykład, iż cudze chwalimy, a swego nie znamy. Na półkach bibliotek i księgarni zalegają dziesiątki powieści Dana Browna czy Clive’a Cusslera, a telewizja wciąż bombarduje nas powtarzanym do obrzydzenia Indiana Jonesem. Nasz Pan Samochodzik jest jakoś ostatnio wstydliwie pomijany, a szkoda, gdyż można go nawet uznać za bardziej udaną kreację bohatera w postaci historyka ruszającego na poszukiwanie skarbów ukrytych za zasłoną tajemnic historii, niż w przypadku jego zagranicznych kuzynów. A że jest to powieść dla młodzieży; czy to coś gorszego? Czy dodawanie do trupów, których nie brak w historii, nowych, czy zaprawianie powieści przemocą, ma podnosić wartość artystyczną? Ja w to wątpię. W naszym Samochodziku podoba mi się między innymi pogodna atmosfera, radość prawdziwej wakacyjnej przygody połączonej z ciekawą łamigłówką, ten specyficzny klimat, którego brak dzisiejszym i zachodnim produkcjom.
Jeśli już jesteśmy przy powieściach dla młodzieży, to zastanawia mnie skojarzenie z podziałem filmów. Filmy dzielą się na te dla dorosłych i pozostałe, książki zaś na te dla młodzieży i pozostałe. Nie dziwi Was ta niekonsekwencja? Powoduje ona miedzy innymi ocenianie przez młodzież filmów dla dorosłych jako bardziej pożądanych nie tylko dlatego, że są owocem zakazanym. Kto je ogląda, jest dorosły, a któż w młodości nie tęsknił do dorosłości? W książkach odwrotnie. Część książek została zepchnięta do działu młodzieżowego, do którego dorosły czytelnik nie powinien zaglądać. Żeby to podkreślić schowano je nawet do osobnych bibliotek, gdzie dorosły czytelnik nie może wypożyczać, jeśli się do nich dodatkowo nie zapisze. A jak to będzie wyglądało, gdy się tam uda? Może być posądzony o zdziecinnienie. W konsekwencji wielu, którzy przygodę z książką rozpoczęli w późniejszym wieku, nigdy nie pozna Karola Maya, Nienackiego i wielu innych autorów wartościowych książek. A szkoda.
Wracając do naszego Pana Samochodzika, wielce boleję nad tym, iż coraz mniej ludzi czyta książki z serii o tym naszym tropicielu zagadek historii, poszukiwaczu przygód i skarbów. Rodzicie, którzy go nie poznają, nie polecą go dzieciom, a takie powieści są potrzebne, by zaszczepić w młodych ludziach ciekawość i pasję. Jeśli tego nie posmakują jako dzieci, na zawsze pozostanie im już tylko bezcelowa harówka na kolejny samochód pozwalający dojeżdżać do jeszcze cięższej harówki na jeszcze droższy samochód. Pozostaną im tylko rozmowy o kasie i polityce. Nie będą mieli ani hobby, ani pracy, która jest pasją.
Tyle krzyczymy o przemocy w szkole, ale spójrzmy na seriale, które są najchętniej oglądane przez młodzież. Albo toczą się w więzieniu, albo w świecie wampirów. O telenowelach, w których życie bohaterów polega na podkładaniu świni innym, nie ma nawet sensu wspominać. Żadna z tych produkcji nie daje wzorców normalnych zachowań w życiu. Żadna nie pokazuję, iż każdy może mieć zwykłe, ale ciekawe życie. Nie pokazuje, jak fascynujące rzeczy są dookoła nas i w dodatku wcale nie trzeba ich kupować. W tym kontekście Pan Samochodzik jawi się jako podwójnie wartościowy i godny polecenia, o czym z przekonaniem Was zapewniam
Wasz Andrew

* Zbigniew Tomasz Nowicki (ur. 1 stycznia 1929 w Łodzi, zm. 23 września 1994 w Morągu)

Romans paranormalny



Co mnie pociąga w romansie paranormalnym?

NIC!!!

To tani chwyt marketingowy. W literaturze i kinie; albo romans jest pociągający, albo nie. Nie ma znaczenia, czy jest normalny, czy para.

W życiu jest jeszcze gorzej. Ludzie, którzy nie potrafią zobaczyć w innych rzeczy niezwykłych, sami na ogół są skończenie zwyczajni, żeby nie powiedzieć nudni...

refleksja spowodowana konkursem w serwisie LubimyCzytać.pl

poniedziałek, 7 listopada 2011

Jak niczego nie rozpętałem




JAK NICZEGO NIE ROZPĘTAŁEM to luźne wspomnienia ze służby wojskowej w LWP autora ukrywającego się pod pseudonimem Harosław Jaszek.. Jakkolwiek twórca zarzeka się, iż wszelkie postacie i zdarzenia są zmyślone, w moim odczuciu to zastrzeżenie jest zwykłym „dupochronem”, jak się to w wojsku określa. Ewidentnie książka ma charakter wspomnieniowy, choć niekoniecznie autor sam wszystkiego doświadczył. Być może część zdarzeń, albo i wszystkie, zna ze słyszenia. To chyba jednak w tym wypadku nie ma żadnego znaczenia.
Ściśle rzecz biorąc, narrator w pierwszej osobie, który zarazem jest głównym bohaterem, nie był nigdy wojskowym. Był SPR-kiem lub jak kto woli bażantem*.
W LWP mieliśmy zasadniczo dwa rodzaje żołnierzy: z poboru i zawodowych. SPR-ek to było takie ni to, ni sio. Ludzie po studiach, teoretycznie przeszkoleni w jakiejś tam wojskowej specjalności, trafiający do wojska na odbycie rocznej służby. Sęk w tym, że w jednostkach z reguły nie wiedziano co z nimi zrobić. Nie byli ani z jednej kasty, ani z drugiej. Niczym piąte koło u wozu pałętali się po jednostkach i tylko od ich własnej postawy zależało jak ten rok odbębnią. Taki właśnie SPR-ek jest centralną postacią naszej opowieści.
Chyba nigdzie w książce nie pada nazwisko ani imię głównego bohatera. Jako anglista z wykształcenia jest on dla LWP mało przydatny w czasie pokoju i w konsekwencji różnych wydarzeń trafia na syryjską pustynię, gdzie w ramach polskiego wkładu w działania ONZ odbywa lwią część swej służby. Temat interesujący. Obiecujący wiele, nie trzeba tłumaczyć. I tutaj dochodzimy do sedna.
Sugerując się tytułem, kojarzącym się ze znanym serialem, byłem pewien, że trafiłem na dawkę związanego z wojskiem humoru w stylu co najmniej wspomnianej ekranizacji, lub nawet sięgającego pułapu prześwietnej komedii CK Dezerterzy. Ba, miałem nawet nadzieję, iż będzie to coś lepszego, bo opartego na wspomnieniach i ukazującego prawdziwe klimaty, jak choćby Żołnierze wolności Suworowa.
Początek lektury zapowiada wspaniałą rozrywkę. Humorystyczny, lekki język i ciekawy temat. No i te skojarzenia z własnymi wspomnieniami, które ma każdy, kto był w wojsku. Jednak, pomimo dobrego startu, już po kilku rozdziałach niestety, książka zaczęła mnie męczyć. W moim odczuciu autor w ogóle nie trafił w styl. Przesolił i przepieprzył. Może komuś odpowiada ironia wyzierająca z każdego opisu, z każdej myśli i z każdego komentarza. Ba, z każdego zdania nawet! W mojej jednak ocenie autor przekroczył granicę między ironizowaniem a naśmiewaniem się i szydzeniem ze wszystkiego. Już po kilkunastu minutach lektury zacząłem odczuwać niesmak i tak już pozostało do końca.
Skąd ten błąd autora? Nie wiem. Może stąd, że nigdy tak naprawdę nie poczuł się żołnierzem. A może dlatego, że nie wykazał się wystarczającą dozą samokrytycyzmu? Przymrużeniem oka wobec samego siebie jakoś nie zrównoważył tego potoku ironii wobec wszystkich i wszystkiego.
Mogę się mylić, ale mam wrażenie, iż po zapoznaniu się ze swym dziełem, autor miał podobne odczucia. I na końcu dodał zastrzeżenie, iż wszystko jest zmyślone i podobieństwa przypadkowe, a jednocześnie, że naprawdę jeden z opisanych bohaterów był w porządku. Po co prostować opis kogoś, kto podobno jest zmyślony. Trochę logiki i konsekwencji!
No i puenta. Na tylnej, zewnętrznej stronie okładki czytamy: NAJZABAWNIESZA KSIĄŻKA ROKU. I to idealnie pasuje do zawartości książki. Pełny samokrytycyzm, skromność i bystrość obserwacji. No comment.
Wasz Andrew


*SPR to Szkoła Podchorążych Rezerwy. Bażant lub spermen to jej adept.

piątek, 4 listopada 2011

Angielski zabójca



Z zamiarem złapania oddechu od tych wszystkich serwowanych przez środki masowego rewelacji, które aż „zapierają dech w piersiach”, a które ograniczają się do kolejnych głupot padających z ust naszych polityków, sięgnąłem po książkę Angielski zabójca (The English Assassin), której autorem jest Daniel Silva.

Jak zwykle najpierw spojrzałem na notkę reklamową:

Gabriel Allon, były as izraelskiego wywiadu i renomowany konserwator dzieł sztuki, otrzymuje od bankiera Augusta Rolfego zlecenie na renowację obrazu Rafaela w prywatnej kolekcji w Szwajcarii. Po przybyciu do rezydencji znajduje gospodarza w kałuży krwi. Rolfe został zastrzelony, ale obrazu nie skradziono. W rozwikłaniu zagadki tajemniczego morderstwa postanawia pomóc Gabrielowi córka zamordowanego, Anna, światowej sławy skrzypaczka, mieszkająca w Portugalii. Wkrótce okazuje się, że z willi bankiera zginęły wszystkie dzieła sztuki zgromadzone przez niego w czasie drugiej wojny światowej. Allanowi depcze po piętach szwajcarska policja i były komandos brytyjski /.../. Otrzymuje on zadanie zlikwidowania Anny i Allona.

Co się za tym kryje?...

Następnie zerknąłem na notkę wydawcy:

krytycy bez wahania porównują książki Daniela Silvy do najlepszych dzieł Johna Le Carre, Fredericka Forsytha i Kena Folleta.

Potem zacząłem lekturę. No cóż...

Książkę czyta się świetnie, szybko i nawet momentami z pewnym napięciem. Lektura tej powieści to naprawdę świetna rozrywka. Gdybym miał oceniać tradycyjnej skali (2 do 5) to byłby do bdb-. Minusik za taki naciągany w moim odczuciu happy-end. Jednak jeśli mamy porównywać do Folleta czy Forsytha...

Już dawno nie czytałem niczego, co wyszło spod ich pióra. Jednak nawet dziś, po latach, potrafiłbym skreślić kilka słów o każdej z ich książek, które czytałem. Takie powieści jak Igła (Eye of the Needle) i Klucz do Rebeki (The Key to Rebecca) Foletta czy Psy wojny (The Dogs of War) Forsytha pozostawiają na zawsze jakiś ślad w naszej psychice. Angielski zabójca ma zaś tę zaletę, że czyta się go przyjemnie, ale na drugi dzień już się go nawet nie bardzo kojarzy, a po miesiącu... Tabula rasa... Z drugiej strony, wspomniany John Le Care, pomimo wysokich miejsc zajmowanych na listach bestsellerów, nie jest żadnym konkurentem dla Daniela Silvy. Jak sobie przypomnę Za późno na wojnę (The Looking Glas War)... Brrr... Nigdy więcej...


Wasz Andrew

czwartek, 3 listopada 2011

Eye of Beholder


Okiem obserwatora

(Eye of Beholder)

David Ellis


Powieść Davida Ellisa Okiem obserwatora, jak wiele innych, trafiła w me ręce przypadkiem. Zarówno w tytule, jak i w nazwisku pisarza, kryją się ukryte skojarzenia do swych bardziej znanych bliźniaków, co sprawia, iż sięgając po tę książkę możemy mieć wrażenie, iż gdzieś już o niej, lub jej autorze słyszeliśmy. To chyba jednak nie działa w tym wypadku na korzyść, gdyż odniesienia prowadzą do rzeczy bardziej znanych, czyli do kultowej serii gier RPG Eye of Beholder oraz do Breta Eastona Ellisa, który jest autorem m.in. American Psycho.

Po uświadomieniu sobie, skąd się wzięło wrażenie, że gdzieś już o tym słyszałem, rozpocząłem lekturę. Od pierwszych stron David Ellis pokazuje się niejako podobny do wspomnianego już B.E.Ellisa. Styl może nie jest aż tak świetny, ale również na tyle dobry, by wciągnąć czytelnika do tego stopnia, iż powieść się po prostu połyka.

Rzecz jest o Paulu Rileyu, który kiedyś, jako zastępca prokuratora okręgowego, prowadził śledztwo w sprawie zabójstwa sześciu kobiet, których zwłoki ujawniono na terenie jednego z miasteczek uniwersyteckich w USA. Doprowadził sprawcę zbrodni do celi śmierci, a na pamiątkę pozostała mu we wspomnieniach piosenka, według słów której dokonano tej zbrodni oraz góra dolarów, które spłynęły na niego od czasu wygrania procesu i zakończenia go egzekucją mordercy. Pieniążki pochodziły od ojca jednej z ofiar, znanego krezusa, który po całej sprawie stał się głównym klientem otworzonej przez naszego bohatera firmy prawniczej. Niestety, po latach ludzie znów zaczynają ginąć, tym razem zgodnie ze słowami drugiej zwrotki tej samej piosenki.

Nie będę streszczał fabuły, by nie psuć zabawy przyszłym czytelnikom. Od razu powiem, iż książka jest świetną rozrywką, wciąga i nie puszcza aż do samego końca. Niestety, im do niego bliżej, tym wyraźniej zaczynamy rozumieć, iż końcowe wrażenie nie będzie rewelacyjne, a po zakończeniu lektury w pełni możemy ocenić płytkość powieści. Zbrodnie są równie krwawe jak w American Psycho, nawet gadżety zwane narzędziami zbrodni się kojarzą. Powiedziałbym, że rzecz cała jest tandetnie krwawa, kiczowata i pełna ogranych aż do znudzenia elementów pseudo-grozy, w dodatku jeszcze mniej przekonujących niż u B.E. Jakby tego było mało, konstrukcja fabuły jest wyraźnie sztuczna, stwierdziłbym nawet, iż wydumana i oparta na wielu fałszywych, momentami wręcz infantylnych wyobrażeniach o regułach socjologii i psychologii, a zwłaszcza o polityce i realiach Rosji oraz jej tajnych służb. Na szczęście widać to w pełni dopiero pod koniec lektury i zdążymy dobrnąć do jej epilogu zanim nas obezwładni świadomość rozmiaru tych lapsusów. Wielka szkoda, gdyż z takim piórem można było stworzyć coś naprawdę wartościowego.

Co zrobić z taką książką? Polecać czy nie? Podsumowałbym moje wrażenia tymi słowami: kto przeczyta, będzie miał dość dobrą rozrywkę. Takich książek są jednak tysiące. Jeśli więc macie wybór, lepiej poszukać czegoś wartościowszego, o czym z żalem Was informuję

Wasz Andrew

piątek, 28 października 2011

Życie niewłaściwie urozmaicone


Kazimierz Leski

ŻYCIE NIEWŁAŚCIWIE UROZMAICONE

Wspomnienia oficera wywiadu i kontrwywiadu AK


Książka gruba, ale zdecydowanie warta przeczytania. Mocna pozycja dla miłośników historii i zainteresowanych polityką. Niestety niezbyt optymistyczna. Rozdział przedwojenny pokazuje, że tak naprawdę to ani Stalin, ani Hitler, ani PRL, niczego w mentalności Polaków nie zmienili. Jak było przed wojną, tak jest i w IV RP. Nie ceni się fachowców, tylko „swoich”. Najlepsi, gdy tylko mogą, wybywają za granicę, gdyż w kraju nie mogą się realizować, jeśli nie przyklaskują ekipie u steru. Smutne...

Tomisko, choć jak już wspomniałem dość opasłe, czyta się świetnie, dosłownie jednym tchem. W USA pewnie sfilmowanoby to, a efekt zakasowałby Jamesa Bonda i Hansa Klossa oraz ustanowił nowe standardy w klasie powieści szpiegowskich. Tylko, że to nie jest powieść szpiegowska. To wspomnienia, tylko tak niesamowite, że mniej prawdopodobne niż fikcja. Tak byłoby w USA, ale nie u nas. Nigdy chyba nie będzie ekranizacji tego tematu, gdyż trzeba by pokazać „polskie piekło”, gdzie wszyscy ciągną w dół tych, którzy chcą być inni, gdyż trzeba by pokazać, że w Polsce kliki, które wszystkim rządzą, nie narodziły się za PRL-u. Tutaj bowiem znane postacie naszej historii i przedwojenna, a także wojenna, rzeczywistość nie jest pozłacana. Widać to, co jest straszną bolączką Polski od dawna: tępienie niepokornych, „nie swoich”, choćby nawet i zdolnych, a popieranie zawsze i wszędzie „swoich”, choćby głupich, leniwych i złych.

Skoro ekranizacji nie będzie, tym bardziej warto przeczytać. Dla rozrywki i dla mądrości... Absolutnie gorąco polecam

Wasz Andrew



środa, 26 października 2011

Cybernetyka i charakter



Jakiś czas temu wpadła mi w ręce książka profesora Mariana Mazura Cybernetyka i charakter. Jedyne, czego do dziś żałuję, to że nie miałem okazji przeczytać jej wcześniej. Choć nazwisko tego najwybitniejszego polskiego cybernetyka, a śmiem powiedzieć, że i psychologa, choć psychologiem jako takim nie był, nie jest znane szerszemu polskiemu ogółowi, to moim zdaniem jego teorie więcej wniosły do poznania działania ludzkiego umysłu niż Freud i cała reszta psychologów, psychiatrów i uczonych z innych pokrewnych dziedzin. Nie neguję tu wcale ich możliwości intelektualnych, osiągnięć ani wkładu w rozwój poznania człowieka, jednak teorię systemów autonomicznych Mazura postrzegam wśród reszty traktatów o charakterze tak jak dzieło Kopernika na tle innych osiągnięć astronomii. To jest coś, co zrzuca człowieka z piedestału wyjątkowości, zarazem nie poniżając go wcale. Po prostu pokazuje jakie jest naprawdę jego miejsce w świecie.

Cybernetyka i charakter wiele zmieniła w moim życiu i w moim spojrzeniu na wiele spraw. Nie jest to żadne objawienie – co to, to nie. Po prostu jest to narzędzie do zrozumienia mechanizmów, które wcześniej pojmowano na wyczucie, albo w ogóle ich nie rozumiano. Myślę, że każdy, kto chce uniknąć wielu rozczarowań w życiu, powinien tę książkę przeczytać. Lektura to dość przyjemna i łatwa pod warunkiem, że się na niej skoncentrujemy. Da nam potem wiele, gdy przyjdzie do rozwiązywania różnych problemów.

Dlaczego psycholodzy nie rzucili się na teorię Mazura jak psy na wielką kość? Bo uporał się on z wieloma zagadkami, których klasycznymi metodami psychologii, a więc bez wsparcia cybernetyki, rozwiązać się nie da. Środowisko kolegów niecybernetyków zachowuje się trochę jak zazdrosne dzieci w piaskownicy.

Nie bójcie się, że ta książka obedrze umysł ludzki, sprawy charakteru i miłości z romantyzmu, nimbu tajemnicy i zagadki. Przecież niebo gwiaździste nie jest mniej piękne od tego, że już wiemy, iż gwiazdy to gazowe kule ognia rozgrzane do temperatury milionów stopni, a nie świetliki het, gdzieś tam w górze. Na pewno nie pożałujecie czasu poświęconego książce Mariana Mazura o czym szczerze was zapewniam.


Wasz Andrew