środa, 18 stycznia 2012

Nad rzekami Babilonu



Terroryści atakują dwa samoloty Concorde linii El Al, lecące z Tel Aviwu do Nowego Jorku z uczestnikami konferencji pokojowej na pokładzie. Jeden z odrzutowców eksploduje w powietrzu, drugi rozbija się lądując na irackiej pustyni, obok ruin starożytnego Babilonu. Podczas gdy władze izraelskie usiłują zorganizować misję ratunkową, ocaleli z katastrofy pasażerowie stają do walki na śmierć i życie z doskonale uzbrojonym oddziałem palestyńskich komandosów. Walki, w której okrucieństwo i zdrada przeplatają się z aktami niezwykłego heroizmu i poświęcenia, walki, która musi być stoczona do końca...

Tyle mówi nam notka wydawcy na okładce powieści Nelsona DeMille Nad rzekami Babilonu (By the Rivers of Babylon). Więcej nie będę zdradzał, by nie pozbawiać Was dreszczyku emocji i prawdziwego napięcia, które ta książka gwarantuje czytelnikom. Nelson DeMille daje się nam w niej poznać zarówno jako znawca tematu (bądź co bądź profesjonalista w dziedzinie opisywanych realiów) jak i mistrz pióra.

Nad rzekami Babilonu nie jest typowym amerykańskim bestsellerem, jakby pisanym pod scenariusz filmowy, gdzie główni bohaterowie od razu wzbudzają naszą sympatię i towarzyszą nam aż do końca, gromiąc złe charaktery. Widzimy tu splecione losy wielu osób, których postacie i osobowości odmalowane są bardzo obrazowo. Wyraźnie widać iż DeMille to bystry obserwator motorów zdarzeń i ludzkich motywacji. Co prawda pisarz nie ustrzegł się tutaj wyraźnego opowiedzenia po jednej ze stron, lecz ponieważ jest to powieść sensacyjna bez żadnych pretensji w innym kierunku niż rozrywka, więc to wcale nie razi, może nawet jest rozwiązaniem optymalnym. Wielkim plusem, który docenią zwłaszcza ci, którzy wiedzą co nieco o technice i uzbrojeniu, jest wiedza autora z tego zakresu, podobnie jak wierne oddanie klimatu i rzeczywistości świata tajnych służb. Niestety lektura, która wciąga i naprawdę potrafi sprawić, iż zapomnimy o rzeczywistości, na sam koniec jest obarczona wielką wpadką tłumacza. Choć Mirosław Gońda wykonał kawał solidnej pracy i całą powieść przetłumaczył w sposób świetny, na sam koniec zapomniał chyba, iż słowo gun oznacza nie tylko karabin ale prawie wszystko co ma lufę. Powstał mu więc zamiast jeepa z działkiem bezodrzutowym kalibru 106 mm dżip z bezodrzutowym karabinem kalibru 106 mm*. Totalna porażka powstała chyba ze zwykłego lenistwa, bo wystarczy zdać sobie sprawę z własnej niewiedzy i w ciągu minuty uzupełnić ją w internecie. Plama na honorze tłumacza tym większa, że powtórzona kilkakrotnie, nastąpiła na sam koniec książki, a jak wiadomo koniec wieńczy dzieło.

Zakończenie, choć jak już wspomniałem okraszone wpadką tłumacza, poza tym jest równie prześwietne jak i cała powieść. Kończy się happy-endem, tylko nie takim jak w Hollywood, czyli nie dla każdego. Wszyscy lubimy powieści, które „się dobrze kończą”. To chyba główny powód dla którego nie mogę dać Nad rzekami Babilonu pełnej piątki, którą rezerwuję dla tych książek, które chcę widzieć u siebie na półce i do których na pewno wrócę. Polecam tą powieść każdemu, kto lubi klimat napięcia i sensacji okraszony wojskowymi realiami. Na pewno się nie zawiodą. Lepiej ją jednak wypożyczyć niż kupić, bo w moim odczuciu, pomimo naprawdę świetnej lektury, którą każdy z nas przeżyje dzięki panu DeMille, raczej wrócić do niej nie będziemy chcieli. Za dużo realizmu, za dużo trupów i bólu. Taki jest świat a my przecież wolimy bajeczki


Wasz Andrew



* Często w literaturze stosuje się symbole kalibrów bez podania jednostki zakładając iż każdy wie, iż broń strzelecka to kalibry do około 20 mm, a powyżej to już artyleria. Widać więc, że przy kalibrze 106 mm nie ma mowy o żadnym karabinie a w tekście chodziło o działko bezodrzutowe. Kaliber 50, o którym też mowa w powieści, czy kaliber 303 nie może być więc przy broni strzeleckiej wyrażony w milimetrach, byłoby to bowiem działko czy działo i łatwo się domyśleć iż chodzi o 0,5 cala (inaczej .50) czyli 12,7 mm czy 0,303 cala (inaczej .303) czyli 7,69 mm.

wtorek, 17 stycznia 2012

Anioły i demony



Jakiś czas temu skończyłem czytać kolejną powieść Dana Browna Anioły i demony (Angels and Demons).

Robert Langdon zostaje pilnie wezwany do położonego koło Genewy centrum badań jądrowych CERN. Jego zadanie - zidentyfikować zagadkowy wzór wypalony na ciele zamordowanego fizyka. Langdon ze zdumieniem stwierdza, że jest to symbol tajemnego bractwa iluminatów - potężnej, aczkolwiek nieistniejącej od 400 lat organizacji walczącej z Kościołem, do której należały najświetniejsze umysły Europy, jak choćby Galileusz.

Jak się okazuje, iluminaci przetrwali w ukryciu do czasów współczesnych i planują straszliwą wendettę - wysadzenie Watykanu przy użyciu antymaterii wykradzionej z genewskiego laboratorium! Langdon i Vittoria Vetra, córka zamordowanego fizyka, mają zaledwie dobę, by odnaleźć utajnioną od XVI wieku siedzibę iluminatów i zapobiec niewyobrażalnej tragedii. Czy zdołają na czas rozszyfrować wskazówki zapisane w jedynym zachowanym w archiwach Świętego Miasta egzemplarzu legendarnego traktatu Galileusza? Jak zakończy się dramatyczny wyścig z czasem - po tajemnych kryptach i katakumbach, wyludnionych katedrach, tropem symboli iluminatów zakamuflowanych przed wiekami w miejscach znanych każdemu mieszkańcowi Rzymu?

Zagadka goni zagadkę, prowadząc do najbardziej nieoczekiwanego finału...

Cóż, tyle notka wydawcy. Więcej szczegółów z treści nie będę zdradzał. Dla mnie lektura tej książki była świetną rozrywką. Akcja bystra jak górska rzeka, świetne opisy (choć tutaj Kod Leonarda jest zdecydowanie lepszy) oraz dużo ciekawostek z historii Kościoła Katolickiego i nie tylko. Brown jak zwykle mistrzowsko łączy fakty, mało znane i rzeczywiście interesujące, z hipotezami oraz fikcją literacką. To wymaga od czytelnika pewnej wiedzy, by nie brać fikcji za prawdę, a faktów za fikcję. To naprawdę powieść z wyższej półki w dziale sesnacja i religious & historical fiction. Wszystko okraszone kilkoma scenami jak z mocnego thrillera. Jakkolwiek niektórzy czepiają się szczegółów, to jednak, jak wiadomo, jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził. Jeśli lubicie literaturę ze wspomnianego gatunku, to na tej powieści na pewno się nie zawiedziecie. Dodatkowo dostaniecie coś gratis.

O większość powieści sensacyjnych, thrillerów i tych rel&hist-fiction nie rozmyślamy dłużej niż minutę od zakończenia ich lektury. Z reguły wszystko dobrze się kończy (przynajmniej dla niektórych), jest jasne kto był dobry, a kto zły. Po zakończeniu Aniołów i demonów pozostaje w głowie filozoficzny temat: czy zło jest usprawiedliwione jeśli jest narzędziem do czynienia dobra, czy można poświęcić życie niewinnych osób, choćby kilku, choćby tylko jednej, by zbawić innych? Jak daleko można się posunąć dla tzw. wyższych wartości? Drugi wielki dylemat to stosunek wiary do nauki i odwrotnie. To trudne pytania, które nieczęsto goszczą w powieściach sensacyjnych. To jest ten dodatek, którego zwykle brak we wspomnianym gatunku, a który jest miłą odmianą od Ludlumopodobnej produkcji przypominającej wyroby z literackiej sztancy, powieści tak schematyczne, że wyglądają jak napisane nie przez człowieka, lecz przez komputer, a które często są „bestsellerami” i „hitami”.

Niektórzy oceniają twórczość Browna jako antykatolicką, gdyż ta jego książka, podobnie jak wspomniany już wcześniej Kod Leonarda, wykorzystuje liczne elementy z wielu bardzo ciemnych kart z historii Kościoła Katolickiego. Pokazuje też jak nauka mordowała Kościół i jak czyni to nadal. To jednak jest żenujące i świadczy o wielkim ograniczeniu umysłowym tych ludzi, których powyższe aspekty bulwersują. Kościół ma o wiele więcej na sumieniu niż wynika to z powieści Browna i jeśli ktoś interesuje się jego historią, to wie o znacznie smakowitszych kąskach. Jednak co to ma wspólnego ze stosunkiem do Kościoła i Wiary? Te fakty nie są żadną tajemnicą, a że Kościół się nimi nie chwali, to i nie dziwota. Brown po prostu mistrzowsko wykorzystuje te ciekawostki i to, że dzieje Watykanu są tak skomplikowane, niesamowite i tajemnicze, że łatwo wpleść w nie trochę fantazji, którą później trudno będzie oddzielić od faktów czy udokumentowanych hipotez. Podobnie zresztą robił nasz rodzimy Zbigniew Nienacki, który swoje powieści dla młodzieży, szkoda, że obecnie tak mało lansowane, też opierał o niewyjaśnione do końca, zagmatwane i otoczone mrokiem tajemnicy aspekty historii. Zresztą postać kamerlinga z Aniołów i demonów wcale nie jest jednoznacznie negatywna. Jej ocena moralna to temat co najmniej na bardzo długi felieton. Saverio Mortati zaś to postać zdecydowanie pozytywna i gdyby wszyscy księża byli tacy jak on, to pewnie liczba katolików na świecie by nie malała i świat byłby dużo lepszy.

Reasumując - w starej skali ocen (od 2 do 5) stawiam "5-": Ten minus za bardzo naciągany happy end. To już nawet nie jest deus ex machina. To po prostu zwykłe pójście na łatwiznę, które w ostatniej chwili niepotrzebnie psuje całą powieść. Jednak jeśli lubicie sensację powiązaną z historią, odrobiną krwistego thrillera i mistycyzmu, przyprawione głębszymi przemyśleniami i pytaniami bez odpowiedzi, to zdecydowanie będzie to dla Was świetna lektura, o czym Was niniejszym gorąco zapewniam...


Wasz Andrew

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Fascynujące schwarccharaktery



Moja ulubiona para czarnych charakterów to Stalin i Hitler. Nie będę przytaczał tytułów z literatury i kinematografii, których są bohaterami, gdyż jest ich niezliczona ilość.

Postacie te były fascynujące i dla im współczesnych, i dla następnych pokoleń. Do końca świata, przynajmniej naszego, będą rozpalać umysły badaczy i zwykłych ludzi. Obaj nierozerwalnie splątani ze sobą, z nieuchronnym przeznaczeniem i intrygą, której nie wymyśliłby najtęższy nawet umysł. W obu stopione w jedno dobro i zło; przemieszane do tego stopnia, iż to, co dobrem dla jednych, złem jest dla drugich. Każdy z tej dwójki wpływa na ocenę drugiego do tego stopnia, iż w praktyce nie można nawet w przybliżeniu wypracować obiektywnej ich oceny. Obaj zasiedli do gry być może największej w dziejach i obaj już po wstępie, czyli po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej, mieli świadomość, iż przegrali. Przegrali, ale grali do ostatka i chociaż ostatecznie Stalin zniszczył Hitlera, miał jednak świadomość, że też przegrał, że przegrał to, o co grał. Nie zagarnął Europy i wiedział, że komunizm nie wygrał. Wiedział, bo pisał o tym już Lenin i inni teoretycy, że jeśli kapitalizm się obroni, to komunizm przegra.

Obaj dla jednych uchodzili wręcz za symbole dobra, a dla innych za wcielenie diabła na ziemi. Do dziś mają swych zagorzałych zwolenników, dla których są przykładem i przeciwników widzących w nich potwory.

Obaj sprowadzili człowieka do czegoś mniej ważnego niż zwierzę, którego mięso można zjeść. Obaj jednak, walcząc ze sobą, ocalili świat przed swym przeciwnikiem, który jeśliby nie napotkał na swej drodze swego brata od pary, zaprowadziłby porządek, jakiego ludzkość jeszcze nie znała i którego dzięki Bogu nie musi poznawać. Mignęła nam tylko przez chwilę wizja takiego świata w jednej i drugiej wersji niby ręka zabójcy póki co osłonięta aksamitną rękawiczką.

Z jednej strony musimy ich potępiać, z drugiej im dziękować. Jeden ocalił nas przed drugim, ale jednocześnie gdyby nie on sam, nie byłoby przed czym ocalać.

Studium tyranii w tej nierozłącznej parze jest fascynujące i tak przeplata dobro ze złem, iż trudno o bardziej fascynujący i zagmatwany temat. Przy ich osobowościach, które do dziś są niezgłębioną zagadką, wszyscy inni ze złej strony ludzkości są jak domowy kotek przy tygrysie. A przy tym ta ich wspólna gra w którą los ich uwikłał i do której musieli przystąpić, choć wcale tego nie chcieli. Fascynujące.


Wasz Andrew



refleksja wywołana konkursem w serwisie LubimyCzytać.pl

niedziela, 15 stycznia 2012

Piekło o jakim marzymy



Diuna (oryg. Dune) Franka Herberta to powieść jak żadna inna. Jest to coś, czego nie da się z niczym porównać. Nie piszę pod wpływem fascynacji dopiero co ukończoną lekturą. Pierwszy raz czytałem ją lata temu, a potem po wielokroć do niej wracałem. Co w niej jest wyjątkowego? Wszystko.


Głównym bohaterem tej epickiej w pełnym tego słowa znaczeniu opowieści jest Paul, syn księcia skazanego przez los na przegraną i śmierć. Paul Atryda traci ojca i musi walczyć z jego wrogami na przeklętej pustynnej planecie, gdzie wody jest tak mało, iż odzyskuje się ją nawet z ciał zmarłych. Wrogowie nie przebierają w środkach, gdyż glob, choć niegościnny, jest jedynym we wszechświecie źródłem cudownego melanżu o niesamowitym działaniu na ludzki mózg i ciało.

Powieść ma swoje lata (to w końcu 1965 rok), ale w przeciwieństwie do innych wiodących dzieł s-f w ogóle się nie zestarzała. Świat w niej wykreowany jest tak oryginalny, że nie naruszył go ani trochę postęp nauki i zmieniające się w naszych umysłach wyobrażenie kosmosu, wszechświata i możliwości ludzkiego gatunku. Nie jest tak infantylny jak fantasy uciekające w nieokreśloną, absolutnie bzdurną przeszłość, a zarazem unika pułapki jaką jest błędna diagnoza kierunków rozwoju nauki i techniki. Pułapki, która połyka coraz to nowe dzieła literatury fantastyczno-naukowej uznawane dotąd za doskonałe.

Kanwa powieści sama w sobie już jest ciekawa i oryginalna, jednak reszta jest jeszcze lepsza. Pięknie przedstawione są knowania i mechanizmy władzy. Świat wykreowany przez Herberta jest tak plastyczny i tak spójny, iż momentami wydaje się bardziej rzeczywisty niż matrix w którym żyjemy. Postacie, ich psychika, realia walki i polityki, wiary i historii, są stworzone z niedoścignionym mistrzostwem i podkreślone pięknym słownictwem tworzącym całość stylu i epoki.

Ważna uwaga. Piszę o tłumaczeniu w wykonaniu Marka Marszała. Jest jeszcze inne, popełnione przez osobę, której nazwiska tutaj nie wymienię, ale która powinna się za takie świętokradztwo w piekle smażyć. W dawnych czasach takiego wyrobnika obito by batogami, nagiego uwalano w smole i pierzu, popędzono nahajami przez główną ulicę a potem na resztę żywota do ciemnicy wrzucono i żywcem zamurowano. Jeśli ktoś tłumacząc tekst nie ma pojęcia, iż na całym świecie książka ta jest kanonem i pewne jej elementy nigdzie nie są przekręcane a Atrydzi, Harkonenowie i Fremeni są nazwami rozpoznawalnymi na całym świecie, to wymyślając Wodan i innych cudaków ośmiesza się jako tłumacz i nie tylko.

Jak już niejako wspomniałem, Diuna jest pierwszą (i moim zdaniem najlepszą) z cyklu sześciu powieści Herberta, których akcja rozgrywa się na planecie Arrakis i stała się wzorcem według którego powstały całe serie gier wszelkiej maści od beznadziejnych po wspaniałe. Ciągle powstają nowe, bo wizja świata, który wykreował Frank Herbert jest fascynująca i wiele umysłów porusza do głębi. Powstał też film o tym samym tytule, ale dawno, więc taki jest jakiś staroświecki – nie polecam, bo nijak się ma do powieści. Nawet teraz nie wyobrażam sobie by jakiekolwiek efekty specjalne oddały to, co widzimy w naszej wyobraźni w czasie lektury Diuny. No właśnie. Tutaj jest pierwsza trudność. Ta powieść bezwzględnie wymaga wyobraźni i dlatego nie jest dla każdego. Wymaga też znajomości języka polskiego choć na tyle, by tekst zrozumieć bez sięgania co chwilę do słownika, a to jak mniemam też może być dla co niektórych pewną przeszkodą. Dla mnie to hit po wsze czasy i na pewno jeszcze nie raz sięgnę po opowieść o pustynnej planecie. Nie bójcie się, że to science – fiction. Szufladkowanie ludzi ani książek, których się nie poznało, nie jest dobre. Ani w doborze lektur, ani w życiu...

Wasz Andrew

sobota, 14 stycznia 2012

Michael Moor a la Mosfilm.



Michael Moor to bardzo znane w świecie nazwisko. Autor bestsellerów społeczno-politycznych takich jak „Downsize This!”, „Random Threats from an Unarmed American”, „Adventures in a TV Nation” czy „Stupid White Men and other Sorry Excuses for the State of the Nation”. Ma na koncie również głośne i nagradzane filmy („Roger&Me”, „Canadian Bacon”, „The Big One”) oraz produkcje telewizyjne i inne uwieńczone sukcesem przedsięwzięcia, najczęściej związane z tematyką społeczną i polityczną.

Kolejny film Michaela Moore’a FAHRENHEIT 9.11 znany jest już prawie każdemu, przynajmniej ze słyszenia. Jest to film dokumentalny sklejony z wywiadów i archiwalnych materiałów filmowych opatrzonych sugestywnym komentarzem autora. Jego osią jest bardzo ostra krytyka George’a W. Busha oraz jego rodziny, znajomych, współpracowników i całej ówczesnej ekipy republikańskiej. Film koncentruje się na powiązaniach prezydenta i jego „grupy trzymającej władzę” z Arabią Saudyjską a z rodziną Osamy Bin Ladena w szczególności, zarówno przed jak i po ataku na World Trade Center, na ataku na Irak przeprowadzonym na podstawie sfałszowanych oskarżeń o posiadanie broni masowego rażenia i na innych wpadkach republikańskiej administracji. Autor twierdzi, że polityką gabinetu George’a W. Busha kierują interesy wielkich korporacji, niekoniecznie amerykańskich a hasła takie jak demokracja, patriotyzm, prawda i sprawiedliwość są dla tego prezydenta tylko sloganami, zasłoną dymną za którą robi się prawdziwe interesy.

Widza nie obeznanego z zakulisowymi mechanizmami polityki może ten film zszokować, wydać się tendencyjny i przejaskrawiony. Dla widza znającego temat jest tylko fragmentem większej całości nieprawdziwym o tyle, że sugeruje, iż tylko ta administracja jest zła, tylko w USA są takie mechanizmy i w ogóle niefajny jest tylko Bush i jego ludzie. W rzeczywistości tak jest, było i będzie, wszędzie, na każdym szczeblu i w każdym kraju, że pomiędzy ludźmi zaangażowanymi w pracę dla ogólnego dobra są karierowicze i cwaniacy dla których najważniejszy jest pieniądz. Tego niestety ten film w ogóle nie pokazuje. Tym bardziej dziwi takie podejście u reżysera, który bądź co bądź zęby zjadł na publicystyce i sprawach społeczno-politycznych. Po obejrzeniu Fahrenheita 9.11 zrodziło się we mnie przewrotne pytanie, czy to jest niedopatrzenie i zaślepienie, czy też może celowe zniekształcenie. W porównaniu choćby do naszego Pana Wołoszańskiego rzetelność Moora jako dokumentalisty wypada bardzo blado. Film mógłby być bardzo dobry, gdyby pokazał szersze tło zjawisk, nad którymi się rozwodzi, a tak jest wręcz szkodliwy, bo przeciętny odbiorca wyniesie z niego błędne przekonania i fałszywe prawdy. Gdyby w stylu Michaela Moora robic film o trądziku, to cały musiałby być o jednej, straszliwej kroście, bez słowa o tym, w jakim stanie się cała twarz znajduje ani od kiedy trądzik na niej się panoszy. Nie byłoby oczywiście też ani słowa o tym, czy inni mają podobne pryszcze, czy też może jeszcze gorsze. Szczerze mówiąc, gdyby nie angielska wersja językowa i typowo amerykańska fizjonomia reżysera to miałbym wątpliwości, czy Fahrenheit 9.11 nie powstał przypadkiem w znanej wytwórni Mosfilm u naszych towarzyszy zza Buga. Rzetelność i wyczucie toczka w toczkę to samo.

Pytanie najważniejsze. Oglądać czy nie? Dla przeciętnego widza, który politykę zna z dziennika i kampanii wyborczych, a wszystko ocenia w kategoriach czarne lub białe, film ten jest trudny w odbiorze i mogący prowadzić do fałszywego spojrzenia na wiele problemów. Dla zainteresowanych tematem nie dostarczy żadnych rewelacji i po zakończeniu seansu, po chwili spokojnej refleksji, wzbudzi niesmak ze względu na płytkość spojrzenia, powierzchowność sądów, a nawet ewidentne przekłamania. Prawdziwa perełka to Irak pod rządami Saddama Husajna pokazany jako kraj ludzi szczęśliwych, mlekiem i miodem płynący.

Reasumując, jak ktoś koniecznie chce obejrzeć, to może, ale tylko raz, a i to raczej w domu niż w kinie

Wasz Andrew

piątek, 13 stycznia 2012

Festung Breslau




Jakiś czas temu skończyłem czytać Festung Breslau Marka Krajewskiego i muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Akcja Twierdzy Wrocław rozgrywa się podczas ostatniej fazy II Wojny Światowej, a konkretnie podczas oblężenia tytułowego miasta zamienionego przez niemieckich obrońców w kolejny niezdobyty bastion mający powstrzymać bolszewicką zarazę. Nie jest to jednak książka wojenna, a plasuję ją zdecydowanie w kanonie kryminału. Głównym bohaterem powieści jest bowiem mocno już podstarzały, w dodatku zawieszony w obowiązkach, ale jednak, kapitan policji czyli Kriminaldirektor Eberhard Mock, który prowadzi prywatne śledztwo w sprawie szczególnie okrutnego zabójstwa pewnej dziewczyny.


Akcja jest szybka, pełna zwrotów, a śledztwo ciekawe, pełne ślepych zaułków. Nie od razu wiadomo, kto jest kim i tak prawie do samego końca. Rzecz cała napisana pięknym, bogatym językiem okraszonym wieloma trudnymi słowami, że o lekkim nadużywaniu martwego języka nie wspomnę. Widać od razu, że autor pisząc kryminały nadal pozostał wierny swej pierwszej zawodowej sympatii, czyli filologii klasycznej.

Festung Breslau to nie kolejny amerykański kryminał podobny do tysiąca innych, lecz powieść o tym, czym jest wojna. Drastycznością opisów przypomina mi, z powszechniej znanych rzeczy, Malowanego ptaka Jerzego Kosińskiego (właściwie Nikodema Jerzego Lewintopfa) czy Opowiadania Tadeusza Borowskiego. Nie tylko makabrycznością, ale śmiałym i celnym odmalowaniem powszechnego upadku moralności, obyczajów, godności i w ogóle człowieczeństwa, co nieodłącznie każdej wojnie towarzyszy. Wojna nie jest taka jak w Czterech Pancernych czy Rambo. Jest właśnie taka, jak w powieści Krajewskiego. Beznadziejna, niszcząca wszystko i wszystkich. Prawość, rycerskość i uczciwość są wyjątkiem. Wyjątkiem zauważanym i nagradzanym zwykle pośmiertnie, o ile w ogóle kiedykolwiek. Nie ma miejsca na miłość, przyjaźń i szczęście. Mam wrażenie, że gdyby ludzie więcej czytali dobrych książek, a mniej oglądali durnych seriali, to mniej byłoby wojen i okrucieństwa. To chyba jednak nie jest możliwe, podobnie jak to, by więcej myśleli. Zawsze znajdą się tacy, którzy uwierzą że Bóg jest z nami (Got mit uns).

Wracając do kryminalnego aspektu Festung Breslau, to w tej powieści możemy pięknie zobaczyć, do jakiego zła może prowadzić zasada, której hołduje w swej twórczości Marek Krajewski, a mianowicie iż zbrodnia musi być ukarana. Policjanci, którzy nie potrafią podejść z pewną dozą krytycyzmu do swego powołania, za wszelką cenę chcąc ukarać zbrodniarza, mogą sami stać się zbrodniarzami. Nikt nie jest nieomylny i detektywi, nawet najgenialniejsi, też nie. Dlatego dokonywanie samosądów, inaczej niż autor Twierdzy, uważam za bardzo kontrowersyjne, a na pewno nie za godne lansowania. Uspokajanie się tym, że ktoś „i tak na to zasłużył”, podobnie jak to ma w zwyczaju Hauptmann und Hauptsturmführer Mock, nie jest żadnym usprawiedliwieniem. Po pierwsze nie zawsze może być prawdziwe, bo nie każdy nawiedzony mściciel ma tyle szczęście, by zawsze podejrzewać recydywistów, a pomyłkowa zemsta na niewinnym i w dodatku porządnym człowieku, to chyba taka sama zbrodnia jak ta, która miała być pomszczona. Po drugie, i chyba równie ważne, gdy raz znajdzie się winnego, przestaje się szukać. Wywarcie zemsty na niewinnym danego przestępstwa, choćby nawet zasługiwał na karę za inne swe występki, powoduje zaprzestanie poszukiwań prawdziwego sprawcy, bo przecież sprawiedliwości stało się zadość. To niebezpieczeństwo istnieje niestety nie tylko w przypadku samotnych mścicieli, ale i wymiaru sprawiedliwości również. To jednak tylko dygresja. Książka jest naprawdę świetna, zdecydowanie polecam ją zarówno miłośnikom kryminałów jak i klimatów wojennych. Warto by przeczytał ją też każdy, kto choć przez chwilę miewa myśli o tym, że są wojny sprawiedliwe, że mogą cokolwiek zmienić na lepsze, że nie jest to najgorsza rzecz, jaka w historii narodu może się zdarzyć.

Pacyfistów i ludzi przesadnie wrażliwych, o plastycznej wyobraźni, do lektury nie zachęcam, bo na pewno obrazy z upadającego Wrocławia przez pewien czas będą się wyświetlać w ich umyśle, a pozostałych namawiam gorąco

Wasz Andrew

czwartek, 12 stycznia 2012

Zapomniany żołnierz



Kiedy przeczytałem niesamowite wspomnienia Borisa Gorbaczewskiego Przez wojenną zawieruchę, często porównywane do Zapomnianego żołnierza (oryg. Le Soldat Oublié), którego autorem jest Guy Sajer*, było logicznym posunięciem przeczytać również tą drugą książkę, tym bardziej, iż od lat i tytuł, i nazwisko autora, były mi znane, jako jedne z najważniejszych w literaturze o II Wojnie Światowej.
Po takim wstępie nie da się już, co zrozumiałe, uniknąć wzajemnych porównań i odniesień między wspomnianymi publikacjami. Obie wspomnieniowe, obie formą i gabarytem przypominające rozbudowaną powieść. Pisane przez autorów stojących po dwóch przeciwnych stronach II Wojny, a niejednokrotnie tych samych bitew. Tym, co je nierozdzielnie połączyło, jest niezwykle rzadko spotykany autentyzm, który daje prawdziwy obraz wojny na froncie wschodnim. Prawdziwy nie tylko do bólu, ale aż do obrzydliwości, do zohydzenia widokiem rzeczywistego oblicza wojna. Choć obaj pisarze są sobie całkowicie obcy, ich książki wzajemnie się uzupełniają. Jak nie można mówić o człowieku nie widząc różnic między kobietą i mężczyzną, którzy prawdziwą naturę człowieka ukrywają między innymi w tych sprzecznościach, tak nie można poznać prawdy o Froncie Wschodnim nie znając sprzecznych relacji obu stron, i obu ich nie rozumiejąc.
Sajer, syn Niemki i Francuza, marzy o karierze asa Luftwaffe, ale ląduje jako szeregowy w jednostce transportowej, z której następnie trafia do znanej dywizji Gross Deutschland. Szlak bojowy wiedzie go aż nad Don, a potem przez piekło nieustannego odwrotu; Charków, Dniepr, Prusy Wschodnie. Siedemnastolatek w niemieckim mundurze nie jest pod pewnymi względami zbyt bystry i jako obserwator szerszego tła jest dużo bardziej ograniczony od wspomnianego radzieckiego kolegi po piórze. Może ma na to wpływ jego idealizm, może młody wiek i brak obycia w świecie. Nadrabia to perfekcyjnym, fotograficznym wręcz zmysłem do rejestracji obrazu. Niestety nie są to obrazy przypominające Czterech Pancernych.
Zapomniany żołnierz to książka kultowa. Nie tylko dla Niemców, ale dla wszystkich zainteresowanych tematem II Wojny Światowej; od Rosji po USA. Całkowicie subiektywny obraz walk na Wschodzie widziany oczami młodzieńca przekonanego, iż walczy o lepszy świat przeciwko hordom barbarzyńskich komuchów niosącym zagładę europejskiej cywilizacji. Obraz o 180 stopni odmienny w stosunku do rosyjskiej wersji tej historii. Jednak obraz rzetelny, tchnący prawdą i namacalnym autentyzmem. Paradoksem jest fakt, iż w pewnym sensie Sajer miał rację. Dziś coraz bardziej uprawniona wydaje się teza, iż tylko Hitlerowi zawdzięczamy, iż ZSRR nie połknął całej Europy, a musiał się zadowolić tylko jej połową.
Choć Sajer nie był żadnym pacyfistą, jego książka powinna być dedykowana wszystkim tym, którzy myślą, iż jest cokolwiek, co usprawiedliwia wojnę. Nasz młody żołnierz prawie do końca uważa, iż są wartości ważniejsze niż pokój i warto przebyć z nim jego drogę, by też zmienić zdanie.
Zapomniany żołnierz pokazuje nam bestialstwo Armii Czerwonej, podobnie jak Gorbaczewski ukazuje zbrodnicze oblicze armii niemieckiej. Całkowicie subiektywnie, ale wiernie maluje męczeństwo niemieckich żołnierzy i ludności cywilnej; nie tylko okropieństwo samej walki, ale głód, mróz, choroby. Im dalej, tym gorzej. Aż nazbyt plastycznie opisuje horror upadku Prus Wschodnich, jedną z najbardziej haniebnych kart w historii armii radzieckiej.
Historycy, i nie tylko, spierają się na temat autentyczności Zapomnianego żołnierza, który pisany był pod pseudonimem i w którym znawcy tematu znajdą trochę nieścisłości, głównie w sprawie sprzętu wojskowego i geografii. Trzeba jednak wziąć pod uwagę perspektywę autora; z pozycji szeregowca, później starszego szeregowca, czyli zwykłego frontowego popychadła, widać wszystko inaczej niż, jak w przypadku choćby Gorbaczewskiego, z pozycji oficera. Największym komplementem pod adresem autentyczności Zapomnianego żołnierza jest dla mnie wypowiedź jednego z weteranów dyw. Gross Deutschland, który po jej lekturze oświadczył, iż nawet jeśli byłaby to w istocie fikcyjna powieść, to czytając ją znów miał przed oczami tamte wydarzenia, tamten strach i wrzaski ginących kolegów, czuł jakby przeżywał wszystko od nowa i nie wyobraża sobie, by napisał to ktoś, kto tego nie przeżył.
Właśnie ten rodzaj autentyzmu jest w literaturze wojennej najcenniejszy. Pokazuje jaka jest prawdziwa cena wojny. Setki książek historycznych, tysiące powieści, nie są w stanie pokazać prawdziwego zła, jakim jest wojna, oddać tego, czym ona jest i jaka jest. Takie książki jak Zapomniany żołnierz to potrafią. Nie pokazują wskaźników i statystyk, które jeśli kogokolwiek obchodzą, to głównie tych, którym wojna tylko przysparza pieniędzy. Pokazują, co czeka na wojnie zwykłego, uczciwego człowieka.
Na zakończenie jeszcze jedno. Guy Sajer i jego dzieło to już klasyka. Doceniona i uznana, niezależnie od tego czy uważamy iż to autentyczne wspomnienia, czy w mniejszym lub większym stopniu fikcja. I jest to ocena całkowicie zasłużona. Musze jednak stanowczo stwierdzić, iż ze wspomnianej pary niemiecko-radzieckiej, wersję rosyjską uznaję za bardziej wartościową. Zapomniany żołnierz ustępuje zdecydowanie wspomnieniom Borisa Gorbaczewskiego, choć sam też jest rewelacyjny i stanowi jedną z najlepszych pozycji o tej tematyce.
Polecam lekturę Zapomnianego żołnierza każdemu, niezależnie od wieku (za wyjątkiem dzieci oczywiście), jednak sugerowałbym najpierw przeczytanie Przez wojenną zawieruchę. Taka kolejność dostarczy Wam niezapomnianych przeżyć, o czym z przekonaniem Was zapewniam

Wasz Andrew



* właściwie Guy Mouminoux. Guy Sajer jest pseudonimem. Inne pseudonimy artystyczne używane przez pisarza to Dimitri, oraz Dimitri Lahache.

Nowy początek



Witajcie w nowym miejscu. Mam nadzieję, że mi się tu spodoba. Od jutra piszę już tutaj.


Do zobaczenia!


Wasz Andrew