środa, 9 stycznia 2013
Zawstydza, wścieka i boli
"- Społeczeństwo w większości składa się z osób, które nie mają własnych poglądów (..). Te dziewięćdziesiąt procent wybiera sobie autorytety lub instynktownie daje sobą manipulować pozostałym dziesięciu procentom. Kampanie reklamowe produktów spożywczych czy prezerwatyw powinny być skierowane do tych dziewięćdziesięciu procent. Ale kampanie poważnych wytworów i spraw mają skłaniać do refleksji całą resztę. Wie pan, co pana myślących obywateli najbardziej boli?
- No?
- Że nieraz muszą się wstydzić za własną ojczyznę. Część ich nie przyznaje się do niej za granicą, ale część po prostu wścieka się na rodaków. Pogarda ze strony innych nacji bardzo boli."
Mariusz Zielke Wyrok
wtorek, 8 stycznia 2013
Zabili mistrza
Ogniem i mieczem
Henryk Sienkiewicz
Warszawa * Państwowy Instytut Wydawniczy 1955seria/ cykl wydawniczy WYBÓR PISM
film Ogniem i mieczem (1999)
Jakiś czas temu pokusiłem się o recenzję drugiej części trylogii powieściowej Henryka Sienkiewicza, czyli Potopu, do którego wracałem już kilkadziesiąt razy, gdyż jest to jedna z moich najbardziej ulubionych książek. Równie często jak do dziejów Kmicica powracałem może tylko do Diuny lub powieści Jana Guillou, Takich książek, do których wracam po kilkakroć, jest więcej, ale takich, które urzekały mnie po kilkadziesiąt razy, jest niewiele. Czemu do nich wciąż od nowa zasiadam? Są na tyle dobre, by móc się wciąż od nowa nimi delektować, a zarazem oferują mi pewność nastroju, jaki wywołują; są jak ulubiona muzyka czy film lub alkohol.
W ostatnich dniach poznałem rewelacyjny debiut Mariusza Zielke Wyrok, który mnie zachwycił, ale jak się okazało, niestety również zdołował. Nie dlatego, że coś przede mną odkrył, nawet uważam, że rzeczywistość jest jeszcze gorsza niż ta przedstawiona w powieści. Po prostu co innego o czymś wiedzieć, a co innego o tym przeczytać w formie powieści napisanej przez byłego dziennikarza. To znaczy, że nie tylko ma się rację niestety, ale że nawet pisać w formie dokumentu o tej prawdzie już w naszym kraju nie można. To mnie jakoś wypaliło i nie miałem już ochoty na żadną lekturę, której nie byłbym pewien, więc znów musiałem sięgnąć do najulubieńszych, a padło na Sienkiewicza, tym razem na Ogniem i mieczem.
Nie każdy Polak czytał trylogię mistrza Henryka napisaną ku pokrzepieniu serc, ale na pewno prawie każdy oglądał filmy. Pisząc o książkach nie sposób również o nich nie wspomnieć. Najlepszym wstępem do oceny trylogii filmowej niech będą słowa samego reżysera, czyli Jerzego Hoffmana, który podobno powiedział, iż realizował je od tyłu, czyli w odwrotnej do powieściowej kolejności i: „Pana Wołodyjowskiego stępa, Potop kłusem, a Ogniem i mieczem w galopie”. I to niestety widać. Pierwszy jest jak na swe czasy dobry, drugi słaby, a ostatni… takie inteligentne niedomówienie. Vox populi nigdy nie jest dla mnie miernikiem prawdy, racji czy gustu, ale podeprę się tutaj faktem, iż kinomani w swej ogromnej masie podzielają moją ocenę, mimo iż zwykle filmy starsze mają niższe notowania niż nowe*. Hoffman, w moim odczuciu, po prostu zabił dzieła mistrza, zwłaszcza te dwa ostatnie.
Powieści Ogniem i mieczem nie pomaga fakt, iż wrzucono ją do spisu lektur szkolnych. Przymus rodzi opór, zwłaszcza w Polsce, która ze swymi tradycjami ściągania od kolegów i z bryków jest wciąż Zieloną Wyspą i to nawet nie Europy, a świata być może. Młodzież, i w ogóle społeczeństwo, czytać u nas przeważnie nie lubi, więc powieść w dwóch pokaźnych tomach też nie jest zachęcającym tematem dla tych, którzy chcieliby zacząć przygodę z książkami, więc wmuszanie jej początkującym tym bardziej wywiera efekt odwrotny. A szkoda, gdyż powieść jest świetna, podobnie jak i Potop.
O zaletach tego ostatniego rozpisałem się swego czasu dość szeroko, podobnie jak o jego wadach, więc by się nie powtarzać, zacznę od tego, co już może od jakieś czasu niektórych z Was zastanowiło – dlaczego Potop przeczytałem co najmniej kilka razy więcej niż Ogniem i mieczem?
Wielu czytelników tej ostatniej powieści stwierdza, iż bardziej fascynuje ich główny czarny charakter, czyli dziki kozak Bohun, niż najważniejsza postać pierwszoplanowa reprezentująca siły dobra, czyli Polak Jan Skrzetuski. Niektóre czytelniczki wręcz stwierdzają, iż się zakochały w nieszczęsnym Bohunie, natomiast podobnych zachwytów pod adresem husarza Skrzetuskiego nie słyszałem. Już prędzej podobają się postacie warchoła Zagłoby czy zabójczego jak osa Wołodyjowskiego. Takiej sytuacji nie ma w Potopie, którego wszystkie prawie czytelniczki marzą o spotkaniu swojego Kmicica, choć jest on przecież po prostu głupi. I tu jest główna różnica pomiędzy powieściami. W Potopie główny bohater, choć zdecydowanie mniej pozytywny niż jego odpowiednik z Ogniem i mieczem, jest postacią absolutnie spójną charakterologicznie, zgodną z prawidłami rozwoju osobowości przewidzianymi przez Mariana Mazura, co większość czytelników instynktownie wyczuwa. Jest autentyczny. Takich ludzi można spotkać w życiu wielokrotnie. Niestety, w pierwszej części trylogii Sienkiewicz przedobrzył ewidentnie i Skrzetuski jest jej najmniej udaną postacią. Nie chodzi nawet o to, iż posągowy – on jest po prostu drętwy, a jego reakcje i zachowania nie do końca grają z charakterem, który mu autor przypisał. O niebo lepiej udały się wspomniane postacie Zagłoby i Wołodyjowskiego, które równie dobrze służą i w drugiej części cyklu, gdzie Skrzetuski jest już prawie niezauważalny, choć pojawia się może nawet równie często jak oni. Nawet Rzędzian, który w założeniu był postacią drugoplanową, jawi nam się jako persona zdecydowanie bardziej wyrazista i barwna. Nawet on przyćmiewa biednego głównego bohatera i tak się autorowi udał, że i w Potopie bardziej się rzuca w oczy niż Skrzetuski. Ten nieudany heros jest główną przyczyną, dla której Ogniem i mieczem sprawia mi dużo mniej czytelniczej frajdy niż Potop, choć język obu powieści jest równie piękny, zarówno pod względem formy jak i przekazu. Wielkie bitwy i małe potyczki są tak plastycznie opisane, iż czytając wprost przenoszę się w czasy Chmielnickiego. Podobnie urokliwe są opisy przyrody czy fizyczności osób, a w dodatku jest to kawał pięknej polszczyzny, prawdziwe kwiaty języka.
O fabule nie ma się co rozwodzić. Chyba każdy Polak mniej więcej wie, o czym Ogniem i mieczem opowiada, nawet jeśli się taki uchował, co filmu nie oglądał ani książki nie czytał. Głównym zarzutem, który stawiano Ogniem i mieczem, są nieścisłości historyczne, czyli to samo, co w przypadku Potopu. Do tego bym jednak wagi nie przykładał. W końcu nie jest to materiał do nauki historii. Poza tym mam wrażenie, iż atmosferę i mentalność ludzi tamtych czasów udało się Sienkiewiczowi oddać dość wiernie, a tego z kolei z reguły próżno szukać w opracowaniach naukowych mielących w nieskończoność te same daty i fakty. Niestety, ta celność okazała się szkodliwa. Ukazanie pogardy Lachów wobec innych narodów, nie tylko wrogów, do wyznawców każdej innej poza katolicyzmem i prawosławiem wiary i połączenie ich z faktycznie negatywnym obrazem zdecydowanej większości „obcych” nie sprzyja budowaniu w czytelniku, zwłaszcza niewyrobionym, tolerancji, otwartości i szacunku dla innych niż własna kultur. W Potopie nie ma to takiego aż znaczenia, gdyż w czasach Sienkiewicza i późniejszych nie mieliśmy już interakcji ze Szwecją, a obecnie nawet największy chyba oszołom nie może powiedzieć, iż Szwedzi są gorsi od nas. Ogniem i mieczem wygrywa jednak polski nacjonalizm przeciwko Kozakom, co jak uważa wielu, znacząco i trwale wpłynęło na pogorszenie stosunków między Polakami i Ukraińcami. Inna sprawa, że równie pogardliwie traktowani są przedstawiciele wszelkich innych nacji i klas niższych niż szlachta, przede wszystkim Żydów i chłopstwa. Jak bardzo skrzywiony jest obraz dawnej rzeczywistości w polskiej literaturze, historii i świadomości, a u Sienkiewicza w szczególności, można zobaczyć choćby na podstawie Litwy. Do dziś dawna Rzeczpospolita jest u nas nazywana Polską, podczas gdy cały świat nazywa ją, zgodnie z prawdą, Unią Polski i Litwy. My do dziś traktujemy Litwę, choć jest niepodległym państwem, jak coś pośredniego między naszym województwem, a częścią Rosji. O tym jak większość Polaków mówi o Litwinach, Żydach i innych obcych nie będę nawet wspominał. A Sienkiewicz w Ogniem i mieczem tylko to umocnił, i tak to trwa do dziś. Zrobił to niby ku pokrzepieniu serc, tylko co to za pokrzepienie. Każdy uważny czytelnik uzna, że wręcz przeciwnie. Wady naszego narodu takie jak korupcja, pogarda dla dobra ogólnego, prywata i warcholstwo, pieniactwo i zawiść, które z wielką siłą ukazane są we wszystkich częściach trylogii, doprowadziły do upadku Polski już tyle razy. W czasach braku państwowości mogło pokrzepiać to, że w razie zagrożenia potrafimy na chwilę stać się normalnym narodem, ale teraz mamy pokój i niepodległość. A ten obraz Polaka, jaki widzimy w Ogniem i mieczem nie rokuje dobrze, jeśli nikt nie zechce nas napaść. I tak źle, i tak niedobrze. Wojna jest tragedią, a w czasie pokoju sami siebie niszczymy. Gdzie tu pokrzepienie serc?
Zabili mistrza filmowcy, pedagodzy, patrioci i historycy. Pomimo tych wszystkich negatywów, w książce, nie w filmie, wspomniane wcześniej pozytywy przeważają. Jest Ogniem i mieczem wspaniałą powieścią przygodową, przykładem literatury naprawdę pięknej. W dodatku, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, ma wszelkie cechy bestsellera: splotły się w niej i wielka miłość, okrutna wojna, przyjaźń i nienawiść, walka dobra ze złem, jest wiara i wiarołomstwo, nawet duchów trochę i czarów. Wartka akcja i niezbyt skomplikowana fabuła ułatwiają lekturę. Nie bójcie się i sięgnijcie po nią z takim nastawieniem; bez patriotycznego zadęcia, bez wiedzy o historii i o obowiązku szkolnym. Obiecuję Wam wspaniałą lekturę. No może prawie wspaniałą, gdyż ten nieszczęsny Skrzetuski…
Wasz Andrew
* Średnie oceny według użytkowników portalu Filmweb stan na dzień 05-01-2013 odpowiednio: 7,4 7,3 6,8.
poniedziałek, 7 stycznia 2013
Pomóż i Ty
Miało być co innego, ale wydarzyła się tragedia w nowym schronisku dla zwierząt Fundacji Centaurus. Kto może w jakikolwiek sposób pomóc - na stronie są wszystkie dane - przyda się każde wsparcie
niedziela, 6 stycznia 2013
Wierz sądom
"Sądy nie rozumieją takich spraw albo starają się nie rozumieć. Jak ktoś kogoś zamorduje, da w mordę, to jest jasne. A przy odrobinie komplikacji, do tego powiązanej ze sprawami gospodarczymi, wszyscy się gubią."
Mariusz Zielke Wyrok
Może Pan Mariusz za rzadko przypatrywał się trywialnym sprawom. Tam wcale nie jest lepiej, gdyż poziom większości sędziów, a zwłaszcza sędzin jest... Kto bywał w sądach, ten wie ;)
sobota, 5 stycznia 2013
Pozdrowił władze
"W tym pieprzonym kraju nic nie jest normalne. Jak na najważniejszym dworcu kolejowym można tolerować taki smród?"
Mariusz Zielke Wyrok
z moją dedykacją dla wszystkich kolejnych prezydentów Warszawy i szefów PKP
piątek, 4 stycznia 2013
Moralność w biznesie
"... w biznesie nie ma wrogów i przyjaciół. Są tylko interesy. Raz robi się je z jednymi, innym razem z drugimi."
Mariusz Zielke Wyrok cytat jak z Gomorry Roberto Saviano
czwartek, 3 stycznia 2013
O cenzurze
"Za komuny przynajmniej było wiadomo, o czym nie można pisać i co trzeba wydawać w podziemiu. Cenzura ekonomiczna okazała się znacznie bardziej nieprzewidywalna i drapieżna."
Mariusz Zielke Wyrok
środa, 2 stycznia 2013
Objawił się polski Larsson?
Wyrok
Mariusz Zielke
Czarna Owca 2012seria/cykl wydawniczy: Czarna Seria
Kiedy w moje łapki trafił, nieco przypadkiem zresztą, Wyrok Mariusza Zielke, nie bardzo się paliłem do lektury. Coś tam o tej książce i o autorze pozytywnie obiło mi się o uszy, ale nauczony smutnym doświadczeniem nie dowierzałem naszym krytykom i ich głosom. „Dobre bo polskie” zawsze kojarzy mi się z przekorną myślą, iż pewnie rzecz oznaczana podobnymi etykietkami niewiele ma zalet poza tym, że jest „nasza”.
W końcu, gdy stosik książek oczekujących na moim biurku w kolejce na przeczytanie nieco się przerzedził, przyszła kolej i na to opasłe dość tomisko. Szata graficzna okładki, faktycznie kojarząca się nieco z Millennium Stiega Larssona (wydanym przez tę samą oficynę wydawniczą), podsyciła we mnie po równo nadzieję, jak i obawę. Nadzieję, iż w końcu w Polsce pojawi się ktoś podobny do wielkiego Szweda i obawę, iż to tylko tani chwyt marketingowy, a mnie czeka jedynie kolejny zawód. Zebrałem się jednak na odwagę i śmiało zacząłem czytać.
Od pierwszych stron lektury narzucają się nam analogie między wspomnianymi autorami i ich powieściami. Głównym bohaterem Wyroku jest polski dziennikarz Jakub Zimny, w wielu aspektach przypominający Bloomkvista z trylogii Millennium. Styl prowadzenia akcji, klimat i oparcie w głęboko zdiagnozowanych problemach społecznych, stopień komplikacji fabuły i jej wielowątkowość, a nawet maniera literacka obu autorów są podobne. Zielke zresztą wielokrotnie w swej powieści, mniej lub bardziej wprost, nawiązuje do sławnego kolegi po piórze ze Szwecji i jego trylogii, czym dodatkowo uwodzi czytelnika, gdyż robi to z rzadko spotykanym wyczuciem.
Głównym tematem Wyroku jest świat polskich finansistów i polityków będący totalną patologią, podobnie jak nasze media zapewniające mu osłonę przed społecznym oburzeniem. Jak będzie przebiegać walka Zimnego z polskim bagnem nie zdradzę. To trzeba przeczytać.
Czytelnik, który dotąd nie za bardzo interesował się ekonomią, finansami, działaniem mediów i mechanizmami polityki może na początku książki odczuwać pewną trudność, nim zapozna się z niektórymi terminami ekonomicznymi. Zapewniam jednak, że jest to niczym w porównaniu z tym, co czeka czytelników przy pierwszych spotkaniach z dobrą marynistyką chociażby, gdzie bez uporczywego poszerzania wiedzy trudno o prawidłowy odbiór. W lekturze Wyroku słownik pewnie nie będzie nawet potrzebny, jeśli tylko ktoś nie jest ostatnim leniem umysłowym i będzie czytał uważnie. Koncentracja jest niezbędna również ze względu na komplikację fabuły, liczne odniesienia do rzeczywistości i refleksje, które lektura wywołuje, a to wymaga wielokrotnie równoległego myślenia na kilku płaszczyznach. Mimo tego książka wciąga niczym najlepsza powieść akcji do tego stopnia, że odkładałem ją dopiero wtedy, gdy musiałem.
Zawsze podkreślałem, że jestem wielbicielem szwedzkiej szkoły kryminału społecznego i ubolewałem nad tym, iż nie mamy w naszym kraju autorów piszących w tym kanonie. Nie ma co ukrywać – Mariusz Zielke przełamał tę złą passę. W Wyroku mamy wszystko, czego potrzebuje dobry kryminał społeczny – i zabójstwa, i ich umocowanie w społecznej patologii, napięcie i klimat, jednym słowem styl i szyk. Brak mi trochę wielotorowości Larssona, który nie koncentrował się na jednym temacie, ale jednocześnie atakował kilka dysfunkcji społeczeństwa szwedzkiego. Rozumiem jednak, że być może Zielke nie chciał się rozdrabniać, nie chciał naraz pokazywać wszystkich wad dzisiejszej Polski, by nie zostać okrzykniętym zdrajcą i polakofobem. I tak, mimo wszystko, wyszło na to, że Polska jest dzikim krajem, gorszym niż niejeden z najbardziej egzotycznych zakątków świata. Pewnie wielu czytelników zastanawiać się będzie, czy nie przesadził?
Kto miał choć jaki taki kontakt z polskim sądownictwem, policją i służbami, kto choćby tylko uważnie i krytycznie ogląda telewizję, tak jak się za komuny oglądało, ten wie, że naprawdę jest jeszcze gorzej. Nie trzeba porównywać, przywołanej również w powieści, sprawy piramidy finansowej stworzonej przez Bernarda Madoffa, który już odsiaduje faktyczne dożywocie, do jej naszego odpowiednika, czyli sprawy afery Amber Gold, która zdaje się powoli umierać ze starości. Lepiej wspomnieć wyciszone szybko głosy inwestorów Amber Gold, którzy kilkakrotnie przed kamerami się żalili, iż w postępowaniu dotyczącym Amber Gold są traktowani jak należy (sic!), ale gdy chcą rozmawiać w sprawach innych podobnych przedsięwzięć, w których ich oszukano, to nikt nie chce ich nawet wysłuchać! Wystarczy wspomnieć nagradzany program Państwo w państwie. Wystarczy wspomnieć dziesiątki afer, które wszystkie pozamiatano pod dywan czy, jak w przypadku afery solnej, nawet nie wstrzymano przestępczej działalności i nie udawano, że się coś w tej sprawie robi. W każdym normalnym kraju jedna z takich afer wystarczyłaby, by wywołać trzęsienie ziemi, które zmiotłoby całą scenę polityczną, a nie tylko partię rządzącą, ale u nas nic się nie dzieje. Ba – szarzy ludzie są gotowi skakać sobie do gardeł w obronie swoich sympatii politycznych i mają gdzieś, że wszyscy główni gracze do spółki z gangsterami biznesu ich okradają. Mają gdzieś, że już za kilkanaście lat emerytury, za wyjątkiem nielicznych wyjątków, będą głodowe, że nie będzie tego, co jeszcze niedawno było normą w całym demokratycznym świecie – powszechnego dostępu do szkolnictwa i świadczeń medycznych. Można tak ciągnąć w nieskończoność. Po prostu Polska nie jest normalnym krajem, a Polacy nie są normalnym społeczeństwem i w moim odczuciu zakończenie Wyroku jest absolutnie nierealne. Nawet najarany optymista w taki koniec, którego zresztą nie zdradzę, w naszych realiach nie uwierzy, chyba że w dodatku jest po prostu głupi. Przepraszam wszystkich za mocne słowa, ale mam przekonanie, iż tak właśnie jest. Polska polityczna góra jest niczym Gomorra w stadium daleko bardziej posuniętej degeneracji niż ta włoska. W naszym wielkim biznesie i polityce takie hasła jak przyzwoitość już nie istnieją. Jedynym wyznacznikiem, powodem i usprawiedliwieniem, ceną i nagrodą jest kasa. Kasa i władza; władza dla kasy, kasa dla władzy. Jeśli trzeba kogoś okraść, jeśli trzeba zatruć środowisko czy nawet zabić, nie ma problemu, jest tylko kwestią za ile. A zresztą – ile jest warte życie ludzkie? Na pewno dla tysiąca nie warto zabić, ale dla miliona? A dla dziesięciu, w dodatku nie samemu i osobę, której nawet nie znamy? Ten temat Zielke, z powodów, które chyba rozumiem, potraktował zbyt łagodnie, ukazując granicę między gangsterami i biznesmenami; granicę której tak naprawdę już często nie ma. Jest już tylko granica między dobrymi i złymi ludźmi, ale takiego podziału nie używa się już nie tylko w naszej polityce, ale nawet w kościele.
Poza głównym tematem powieść ma wiele smaczków, prawdziwych perełek, jak choćby ukazanie sieci i internetu jako, wbrew powszechnemu mniemaniu, środka masowego przekazu podatnego na cenzurę i manipulację nie mniej, niż prasa czy telewizja, a może nawet bardziej. Nie będę się jednak rozwodził nad drobiazgami. Diabeł tkwi w tych szczegółach i zapewniam, że są warte samodzielnego poznania i docenienia.
Znów wracamy do porównań między Larssonem i Zielke. Pierwszy miał łatwo. Pisał o kraju, w którym, jak w każdym, są jakieś patologie, i choć nie da się wygrać z nimi wojny, gdyż są emanacją odwiecznej walki dobra ze złem, to realne jest wygrywanie bitew i ma sens walka o to, by tego zła było jak najmniej. Nasz pisarz miał przed sobą prawdziwe wyzwanie; jak napisać powieść o walce dobra ze złem, której akcja rozgrywa się w kraju, gdzie występek jest normą, a cnota wyjątkiem? Gdzie ludzi dzieli się na swoich i obcych, a nie na dobrych i złych? Gdzie urzędujący urzędnik państwowy wysokiego szczebla potrafi powiedzieć do kamery, iż nic nie zrobił w sprawie ewidentnego aferalnego łamania prawa, gdyż każdy w Polsce wie, że duży może więcej, a wielki może wszystko… Gdzie taki drugi kraj, gdzie ludzie są gotowi podpisywać listy w obronie pedofila tylko dlatego, że jest księdzem, którego zresztą widują w większości raz na tydzień przez godzinę w kościele i nic o nim nie wiedzą? Jak w takim kraju napisać zakończenie, które byłoby realne, a nie zniechęciło i nie przestraszyło ostatnich prawych i sprawiedliwych? Nie wiem. Jest to niemożliwe zapewne i z tego powodu moje uwagi o nierealnym zakończeniu nie są zarzutem wobec autora, a jedynie wyrazem żalu i rozpaczy nad tym, co się dzieje z naszym krajem, który po raz kolejny zaprzepaszcza szansę, którą dała mu historia.
Wracając do Wyroku i Mariusza Zielke – zdecydowanie najlepsza polska powieść w swej klasie i autor, który jako pierwszy nie uciekł w przeszłość, przyszłość ani płytkość, tylko sięgnął do tego, co nas zgubi, gdyż osobiście nie wierzę, by dało się to jeszcze naprawić. Zapraszam do lektury, dla mnie nieco dołującej, ale bezapelacyjnie wspaniałej
Wasz Andrew
Subskrybuj:
Posty (Atom)



