niedziela, 17 października 2010

Koniec świata


Rudi siedział w cieniu na swym ulubionym pieńku, chłonął popołudniowe ciepło ostatnich dni lata  i patrzył na dolinę poniżej. Często tu przychodził ze swą ulubioną bokserką. Boksery. Te psy to była jedna z rzeczy, która została. Również dzięki niemu. Na szczęście dobrze się sprzedawały, choć nie nadawały się do obejścia. Ludzie jednak chcieli mieć coś z luksusu, z dawnych czasów. Telewizory i komputery dawno już wyrzucili.
No a poza tym wychowywał je jak należy. Były gotowe bronić dzieci do końca. A wilki i zdziczałe psy to był problem. Dzieci zaś jak zawsze; lubiły się włóczyć.
Spojrzał na swój łuk i się uśmiechnął. Kto by pomyślał. Walijski łuk w Polsce. A jednak. Choć nadal miał w domu kałacha, nawet go już ze sobą nie nosił. Inni też. Amunicję oszczędzano na Chińczyków. Nigdy się nie pojawili, ale kto wie. Dlatego łuki szły świetnie. Na polowanie były aż za dobre a na złego człowieka w sam raz. Jego strzały radziły sobie nawet z kamizelkami z dawnych czasów. Oczywiście te na ludzi nie były takie jak te do polowania, no i były dużo droższe. Dzięki łukom i strzałom starczało mu na wszystko. Nawet na książki i lekarstwa. Inna sprawa, że tych, od których był uzależniony, zapas zrobił jeszcze zanim się to wszystko zaczęło. A miały ponad dziesięć lat przydatności do użycia. A potem jeszcze dokupywał od kupców. Tylko że ci pojawiali się coraz rzadziej. Ostatnio woleli łączyć się w duże karawany.

Westchnął wspominając nie tak dawne przecież czasy. Jeszcze na polach walały się kości złych ludzi. Jeszcze w miastach straszyło.

Przewidział co się stanie, choć nie wiedział, że to będzie koniec świata. Inni też to widzieli, ale jak Żydzi przed wojną dotknięci byli bezwładem. Tylko nieliczni podjęli odpowiednie działania. I jak przed wojną, wielu bogatych okazało się równie głupich, choć mieli większe możliwości by uciec.

Zaczęło się od ropy. Ceny prawie do końca nie szalały. Zaczęło się od reglamentowania. Potem paliwo było już tylko dla służb. Gdyby chodziło tylko o ropę wszystko może by jakoś przeszło. Niestety. Jednocześnie zabrakło niektórych metali. Tych których malutkie drobinki były niezbędne do wszystkiego. Do komputerów, pojazdów, ogniw paliwowych. A ludzi było tak wielu. I każdy chciał mieć iPoda.
Wszystko nagle się załamało. Miasta zaczęły głodować nie mogąc sprowadzić żywności. Pola zaczęły mniej rodzić z braku nawozów. Na szczęście służby miały resztki paliwa i gdy doszło do zamieszek większość starć odbyła się w miastach. W końcu komu chciałoby się iść sto kilometrów na piechotę po żywność. Lepiej próbować ukraść coś w pobliżu.
Na wsi, z dala od dużych miast, ludzie szybciej się przestawili. Zaczęli uprawiać jak w nie tak znowu dawnej przeszłości. Jak ich dziadowie i pradziadowie.
Konie. To były jego początki. Kiedy wyczuł, że krach się zbliża, kupił to gospodarstwo nad doliną. Na tyle wysoko, że powodzie nigdy tu nie docierały i na tyle nisko, żeby do miasteczka nie było daleko. No i dom stał na skale. Kupił kilka koni i wraz z żoną zaczął hodowlę. Zbyt na konie był zawsze ale gdy zaczęły się kłopoty sprzedawał na pniu co tylko miał. Tyrali jak woły, na ile zdrowie pozwalało, ale na szczęście udało im się przekonać dzieci. Przyjechały i zagonili je do roboty. Wtedy mógł więcej czasu poświęcić na resztę. Łuki i boksery. Psy dla rozrywki a łuki na przyszłość. Czytał wszystko co mógł. Już wcześniej nawiązał kontakty z pasjonatami dawnych technologii. Teraz miał czas na praktykę. Udało mu się namówić kowala i płatnerza by się osiedlili w pobliżu. Pożyczył im na początek. Sam zajął się łukami. Teraz łuki i strzały z ich okolicy oraz ich broń biała były znane bardzo daleko. Kupcom przybywającym z najdalszych zakątków świata aż oczy się do nich świeciły. Robili też na zamówienie. Kusze i pancerze dla ochrony karawan. Nawet miecze.
Taak. Powinien być człowiekiem szczęśliwym. Pracował już tylko dlatego, że chciał. Żona i dzieci też już tylko kierowały najemnymi. Gdyby chciał, mógłby już mieszać w pałacu i całą pracę zlecić innym. Przetrwał koniec świata jak niewielu. W miastach zginęły miliony. W bratobójczych walkach, z głodu i pragnienia, z chorób i zimna. Najgorzej było w Chinach i Indiach. Stłoczone miliardy ludzi, którzy dopiero co zachłysnęli się dobrobytem i technologią, nagle cofnięte o epokę. To co w Europie i Stanach było zamieszkami, w Azji było masakrą. Nawet czołgi nie były w stanie powstrzymać tłumów. Podobno była w użyciu nawet broń atomowa.
Teraz w Polsce nie było już nawet prądu. Elektrownie, nawet te wodne, rozsypały się. Nie było komu konserwować sieci. Nie było nawet jak zbierać opłat. Zanim ruszył transport konny wszystko się zwaliło.
Podobno wokół elektrowni atomowych jeszcze tliło się życie cywilizowane. Zwłaszcza w Stanach, które w ostatnich dniach przed krachem na potęgę rozpoczęły taśmową produkcję reaktorów. Ale chyba tylko tam.
Skandynawowie też mieli kilka ale zwyciężyły ich mrozy. Nie starczyło energii na ogrzewanie i inne rzeczy. Nie mieli koni.
Rosji oberwało się trochę od Chińczyków i miała teraz własne problemy. Już dawno nie było od nich nic słychać.
Powinien być szczęśliwy. Przeżył koniec świata i to przeżył nieźle. Mógłby się obwołać jakimś księciem gdyby chciał. Ściągał w dolinę ludzi, którzy potrafili cokolwiek pożytecznego i ułatwiał im start, nieźle przy tym zarabiając. Miał kochającą żonę i wspaniałe dzieci. W sercu, na dnie, miał jednak smutek.
Słońce zaczęło zachodzić. Wstał i zaczął schodzić po łagodnym zboczu. Pamiętał o Słońcu. Nie tym, którego ciepło przed chwilą chłonął, ale tym, które za kilka miliardów lat zrobi Ziemi psikusa. To będzie prawdziwy i ostateczny koniec świata. I nie będzie już dla Człowieka ratunku. Zamiast budować tratwę, by odpłynąć w ocean kosmosu, ludzie trwonili zasoby Ziemi na słuchanie tandetnej muzyki w przenośnych odtwarzaczach, na wciąż nowe modele telewizorów, na samochody dla każdego. Kiedyś była szansa na otworzenie drzwi do wszechświata ale ją zmarnowano. Przehandlowano za gry komputerowe i co roku nowe mody. Głupawe gadżety wyrzucane po kilku miesiącach. A teraz Bóg nie będzie musiał kiwnąć nawet palcem, by spowodować ostateczny koniec świata. Sami zapędziliśmy się w ślepą uliczkę.
Nagle uśmiechnął się do siebie i do skaczącego radośnie psa.
- No... Chyba że coś wyjdzie z tych reaktorów za Wielką Wodą!

tekst popełniony na konkurs w serwisie LubimyCzytać.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)