wtorek, 2 kwietnia 2013

Godziny




Michael Cunningham

Godziny

(oryg. The Hours)
tłumaczenie: Maja Charkiewicz, Beata Gontar
Dom Wydawniczy REBIS 2003

Kiedy sięgałem po Godziny Michaela Cunninghama, znaną książkę znanego amerykańskiego pisarza, nie wiedziałem absolutnie, czego mam się spodziewać. Nie miałem dotąd styku z jego twórczością, a filmu nakręconego na podstawie tej powieści, również głośnego i uznanego, także nie oglądałem. Wiedziałem, że Godziny przyniosły autorowi sławę, Pulitzera i inne nagrody, ale to dalej niczego nie wkazywało. O ile literacki Nobel zawsze zdaje się gwarantować wysoki poziom, o tyle Pulitzer nie do końca zapewnia o genialności dzieła we wszystkich aspektach. Mam wrażenie, iż niejednokrotnie, jak w przypadku Drogi, pewne niedoróbki mogą być przemycone, jeśli na innych płaszczyznach rzecz jest wyjątkowo udana. To jednak tylko taka dygresja, mająca jakoś uzasadnić brak szczególnych, sprecyzowanych oczekiwań z mej strony, gdy siadałem do tej lektury.

Powieść Cunninghama jest wariacją na temat życia Wirginii Woolf, feministki oraz pisarki, której twórczość na stałe weszła do kanonu angielskiej literatury, a także jej powieści Pani Dalloway. Głównymi bohaterkami książki są trzy kobiety i tutaj kolejna refleksja. Jak możemy mieć w tym kraju nadzieję na rząd fachowców, na to, iż będzie lepiej, skoro redagowanie notek na okładki książek zleca się ludziom, którzy piszą, jakby powieści na oczy nie widzieli? W dodatku są te wymysły powielane bezkrytycznie nawet w tak znanych serwisach książkolubnych, jak LubimyCzytac.pl, gdzie również się dowiemy, iż… główne bohaterki są dwie. No ale wróćmy do samej książki.

Kim są główne postacie powieści i co je łączy, nie będę Wam zdradzał. Uprzedzam jednak, że trzeba Godziny czytać uważnie, by nie przegapić ważnych elementów układanki, jaką tworzą bohaterki oraz postacie mniej lub bardziej drugoplanowe i cała sieć niuansów w ich wzajemnych relacjach. Choć akcja prawie nie biegnie, są to tytułowe godziny, a nie dnie ani miesiące, to nawet przez chwilę nieuwagi, przez opuszczenie jednej strony, możemy stracić wiele.

Godziny to, jak się okazało, absolutnie nie moje klimaty. Nie moi bohaterowie, nie moje dylematy, nie mój świat. Te trzy panie, wokół których powieść głównie się kręci, tak dużo myślą o tym, co przeżywają, albo nawet tylko co przeżyć mogą, iż nie mają czasu na to, by żyć. Można śnić na jawie, być marzycielem i fantastą, chodzić po świecie z głową w chmurach, ale one nawet tym nie są, gdyż kiszą swe mózgi w kapuśniaku własnych, przyziemnych, przeżutych po sto razy pragnień i odczuć, byłych, teraźniejszych i tych, których nigdy nie będzie. Wybór kapelusza urasta do być albo nie być, a decyzja w sprawie dekoracji tortu, to prawdziwa grecka tragedia. To całkowicie mi obce, a jednak czytałem powieść z każdą stroną utwierdzając się w tym, iż tym razem Pulitzer był zasłużony.

Jakby tego było mało, tych babskich rozterek, jeszcze prawie wszystkie liczące się postacie powieści obdarzone są mniej lub bardziej homoseksualnymi preferencjami, a hetero są tylko tłem, jeśli nie wręcz wyjątkami. Mimo tego, muszę przyznać, iż Cunningham pokazał klasę. Wykreowanym przez niego indywidualnościom nie można zarzucić niczego, poza tym, iż mi się nie podobają. Są spójne, przekonujące i konsekwentne. Prawdziwa klasa. Autor pokazał się również jako świetny wszechstronny obserwator, począwszy od detali historycznych, materialnych, przez oddanie klimatu społecznego odmiennych sfer, czasów i krajów, aż po celne rysy psychologiczne kategorii, które przypisał swym postaciom. Pięknie ukazane są symbiotyczne wręcz korelacje między niektórymi z nich, a fizyczne wręcz odpychanie pomiędzy innymi, jak choćby nieuleczalny antagonizm między Mary i Clarissą (kto będzie czytał, zobaczy o co chodzi). Nawet autentycznie beznadziejną wstawkę z teoriami o bezpańskich psach ze strony 168, w świetle powyższego jestem gotów z góry uznać nie za wpadkę autora, a za celowy zabieg zbieżny z mentalnością bohaterek i sposobem widzenia przez nie świata. Nawet jeśli tak nie było, wyszło świetnie.

Mistrzowskie są przemyślenia i spostrzeżenia Cunninghama na temat bólu, choroby i umierania. Na temat tego, jak mogą zmienić człowieka i jego widzenie rzeczywistości. Szkoda co prawda, że pisarz pokazał tylko jedną z możliwych reakcji, iż nie ukazał również dla równowagi tych, którzy reagują odwrotnie, którzy pięknieją, stają się szlachetniejsi, radują każdym dniem i godziną, które im jeszcze pozostały. No, ale widocznie nie można mieć wszystkiego.

Ciekawe i pouczające są refleksje na temat różnic między kobietami a mężczyznami, sensu istnienia i priorytetów w życiu oraz literaturze. To naprawdę trzeba samemu przeczytać, gdyż każdy odbierze je nieco inaczej, zależnie od udziału męskich lub żeńskich, racjonalnych lub intuicyjnych, takich lub innych, pierwiastków w jego naturze.

Reasumując mogę powiedzieć, iż choć nie dla każdego będzie to książka łatwa, na pewno warta jest poznania. Nie da nam wiedzy o świecie, polityce, władzy czy miłości, ani też lekkiej rozrywki, ale pozwoli nam spojrzeć na świat oczami innych, bardzo różnych od większości z nas, którzy jednak również wśród nas się zdarzają, i zrozumieć dlaczego czasami ludzie żyją i myślą inaczej niż my sami

Wasz Andrew

31 komentarzy:

  1. Jak zwykle przedstawiłeś książkę profesjonalnie, ale i tak nie dam się zachęcić. To też nie moje klimaty mimo iż o kobietach. Z feministkami mi nie po drodze, taka już jestem staroświecka, a poza tym szanuję każdego człowieka ale czytanie o skłonnościach homoseksualnych raczej mnie nie rajcuje więc sobie daruję.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapewniam, że mi ten homo wątek nie zepsuł lektury, choć jestem całkiem hetero :) Feminizm też jest tam tylko jednym z wątków, i podczytując Twoje recenzje mam wrażenie, że ta książka mogłaby Cię zaskoczyć. Ale gwarancji nie daję ;)

      Usuń
  2. Oglądałem film lata temu i wynudził mnie tak, że na samą myśl o czytaniu książki robię się senny.

    OdpowiedzUsuń
  3. „…kiszą swe mózgi w kapuśniaku własnych, przyziemnych, przeżutych po sto razy pragnień i odczuć, byłych, teraźniejszych i tych, których nigdy nie będzie”. Dobrze to scharakteryzowałeś, a Cunningham mistrzowsko pokazał. Dla mnie książka jest ważna też z tego względu, że zajmuje się tematami zepchniętymi na margines, tymi nie do końca oczywistymi, niefizycznymi. Nazwałeś to „babskimi rozterkami” i nie wiem, czy taki cel Ci przyświecał, ale brzmi to pejoratywnie, od razu otwiera w głowie szufladkę: druga kategoria, ta mniej ważna, przez samo tylko określenie „babskie”. Wiem, że wybiegam już w teorie feministyczne et cetera, ale tak też odbierałam tę powieść, jako oddanie głosu tym mniej zauważanym. I w trakcie lektury wciąż nasuwały mi się różne pytania, w tym: czy przez to, że zagmatwane, „nienamacalne”, to problemy tych kobiet są mniej ważne? W pewnym sensie mogłabym odpowiedzieć, że tak – pierwsze, najważniejsze potrzeby fizyczne mają zaspokojone. Ale nie do samej fizyczności się sprowadzamy.
    W każdym razie „Godziny” wywarły na mnie duże wrażenie (chyba to właśnie „moje klimaty”) i na pewno kiedyś do nich wrócę, bo mam wrażenie, że powtórna lektura jest nawet wskazana. A jeszcze odnośnie do recenzji, oceniasz z zupełnie innej perspektywy niż ja, ale bardzo trafnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Babskie to po prostu babskie :) Wcale to nie jest pejoratywne. Gdyby nie baby, co by znaczyło prawdziwym chłopem być? ;) I właśnie dotknęłaś ważnego aspektu tej powieści - czy aby na pewno wojna czy polityka ważniejsze są od tortu czy kapelusza? Wojny są od początku świata, polityka też, moda tak samo. I nic nie jest w stanie zmienić tego, iż historia kołem się toczy, że każdy się rodzi by umrzeć. Jak więc ocenić co jest ważniejsze i kto jest uprawniony, by tej oceny dokonać?
      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
    2. „Babskie” może nie być pejoratywne w kogoś osobistym odbiorze, ale w sensie ogólnego rozumienia mogłabym się nawet spierać, że jest. :) Spójrz na słownik – „babskie gadanie” to plotkowanie, gadanie bez sensu. Określenie jest tak samo lekceważące i umniejszające jak „baba za kierownicą”. Oczywiście mogłabym pociągnąć temat, przywołując też przykładowo „babskie/kobiece” prace (czyli te najbardziej rutynowe w domu, najmniej ważne, w przeciwieństwie do „męskich” – naprawienie czegoś jest okazjonalne, skoszenie trawy też) i następnie przywołując „kobiece” zawody, będące przedłużeniem prac domowych, sfery prywatnej: opiekunka, przedszkolanka, nauczycielka, które to zawody (najbardziej sfeminizowane) są jednocześnie najmniej dochodowe i najmniej prestiżowe. Ale to byłoby już feministyczne gderanie, prawda? Takie strasznie babskie. ;)

      Usuń
    3. Może właśnie to słownikowe znaczenie świadczy o samych mężczyznach? ;)

      Usuń
  4. Czyli trzeba smakować tę książkę? Jeśli tak, chętnie to zrobię, ponieważ zdarzyło się w moim życiu, że dekoracja tortu była dla mnie grecką tragedią ;-) Poza tym, lubię przemyślenia i lubię analizowanie. Mam wrażenie, że ta powieść zadowoli mój czytelniczy głód.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Daj znać, gdy przeczytasz :) Ciekaw jestem Twoich wrażeń :)

      Usuń
    2. Tak zrobię, oczywiście o ile uda mi się wypożyczyć tę książkę, bo z tym u mnie nie jest łatwo.

      Usuń
  5. Nie Twoja bajka, a recenzja jak zawsze świetna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, ale dobra książka broni się sama :)

      Usuń
  6. Kusi mnie ogromnie to nawiązanie do Pani Dalloway, ponieważ zdarzyło się razu pewnego, że sięgnąłem po tę książkę i do dzisiaj jestem pod wrażeniem jej uroku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja na razie Pani Dalloway nie czytałem. Mam wrażenie, że dobra będzie, ale nie stawiam jej na początku kolejki - nie moje klimaty. Może w okresie jakiejś nudy... ;)

      Usuń
    2. Podchodziłem do niej podobnie - sądziłem, że to nie moje klimaty, że to raczej literatura stricte kobieca, która na pewno do mnie nie przemówi. Ale byłem wtedy za granicą, miałem kilka książek papierowych ze sobą. Następną porcję (wśród której znalazła się m.in. Pani Dalloway) przywiozła ze sobą moja dziewczyna. Kiedy skończyłem czytać wszystkie swoje pozycje, doszło do nieuniknionego - zacząłem przeglądać lektury mojej dziewczyny i po pewnym czasie przeczytałem je wszystkie. W ten oto sposób zapoznałem się z tomami "Nocy i dni", "Wodą nie krew" francuskiej pisarki Sagan oraz "Panią Dalloway" właśnie. Wszystkie pozycje okazały się bardzo dobre albo wręcz rewelacyjne, a pewnie po żadną bym nie sięgnął, gdyby nie zmusiła mnie do tego sytuacja :)

      Usuń
    3. No to już mam następne lektury do kolejki - Sagan i Wolf :). Naszą sagę czytałem.

      Usuń
  7. Szkoda, że oglądałam tylko film...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tym bardziej, że książki bardziej do mnie przemawiają :)

      Usuń
    2. Tym bardziej, że książki bardziej do mnie przemawiają :)

      Usuń
  8. Książkę mam w planach, ale dopiero po Pani Dalloway. Jestem naprawdę teraz zaintrygowana, skoro facet przyznaje, że pomimo tych wszystkich wad w postaci "babskich" rozważań - książka zasługuje na Pulitzera. To przyspiesza moją decyzję na lekturę:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ja jeden ją doceniłem z tych, co po męskiej stronie :)

      Usuń
  9. Nie zaliczyłabym „Godzin” do babskiej literatury w czystym tego słowa znaczeniu – owszem, w książce występują kobiety, ale to nie znaczy, że można ją zaliczyć do tego typu książek. Dla mnie jest to przede wszystkim powieść psychologiczna i nawet w scenie, w której kobieta zadręcza się nieudanym tortem, to nie można tego (w tej akurat książce) uznać za rzecz banalną, bo kryje się tu głębszy podtekst, czyli uczucia bohaterki, bo w rzeczywistości nie chodzi przecież o tort tylko o coś więcej - o stan wewnętrzny bohaterki. Dylemat dotyczący tortu wynika z zupełnie innego problemu.
    Mało jest powieści psychologicznych, w których wewnętrzny stan człowieka ukazany jest w tak doskonały sposób, szukam czegoś takiego w literaturze polskiej i dotąd nie znajduję, (no, może jakieś były, ale raczej nie w literaturze współczesnej). Fenomen polega tu na umiejętności pokazanie myśli człowieka w jednej chwili; i co ważniejsze, to co przeżywa każda z kobiet dzieje się właściwie w ciągu jednego dnia, z małymi wyjątkami. Nie ma tu szybkich zwrotów akcji, bo to nie jest powieść sensacyjna. Tu chodzi właśnie o zastanowienie się nad swoim życiem z perspektywy przeszłości, w ciągu tego jednego dnia, który zmienia życie każdej z bohaterek.
    Książka trudna, ale kiedy obejrzy się film i przeczyta ją po raz drugi (co oczywiście nie każdego zainteresuje), to wszystko staje się jaśniejsze. Podtekst homoseksualizmu wydaje się tu drugoplanowy. Poza tym jest drugi aspekt, czyli umieranie, być może ważniejszy; choć moim zdaniem problem umierania, czy bólu jest tu niezbyt istotny, o wiele ważniejszy jest powód podjęcia takiej, a nie innej decyzji dotyczącej śmierci. Z ich punktu widzenia bohaterów śmierć była jedynym rozwiązaniem, znaleźć coś optymistycznego byłoby dla nich być może niemożliwością. O pozytywnej stronie życia (którą mogliby wziąć pod uwagę) może mówić jedynie obserwator, który nigdy nie znajdował się w takim położeniu jak bohaterowie.
    Dla mnie jest to jedna z najlepszych powieści psychologicznych, jakie ostatnio czytałam (bo zmusza do zastanowienia, to jest jej „potęgą”- kiedy masz tylko podane fakty i akcja biegnie bardzo szybko, nie ma się nad czym zastanawiać), nie wspominając o filmie. Ale jak wiadomo nie każdy lubi się nudzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie - to jest babska powieść w tym sensie, że psychologiczna po babsku. Faceci tak nie myślą i tak nie postrzegają. Mężczyzna nie patrzy na markę torebki, którą ma kobieta, tylko na inne rzeczy ;) Odwrotnie niż kobiety :)Nie mówię, że to dobrze albo źle, po prostu jedna płeć ma tak, a druga inaczej i to widać w tej właśnie powieści jak w mało której :)

      Usuń
    2. No, czasami interesuje się marką samochodów albo marką butów - swoich oczywiście (swoją drogą zwracanie uwagi na markę najczęściej bezsens). Więc jeśli w książce będzie mowa o facecie, który zastanawia się nad marką telefonu na przykład, to należy uznać, że jest to powieść psychologiczna po chłopsku. Tak, zgadzam się, mniej więcej; nie w stu procentach. Bo jeśli bohater zajmuje się tylko takimi nieważnymi rzeczami, to w ogóle nie ma tu mowy o książce psychologicznej. Właściwie to w pewnym sensie masz rację. Tak, pewne książki psychologiczne rzeczywiście nie nadają się dla facetów. Właśnie sobie o kilku przypomniałam. Choć nie ma tam nic o markach.

      Usuń
    3. Nie chodziło mi konkretnie o markę, raczej o drobiazgi. Mężczyźni z natury je pomijają, kobiety od nich zaczynają. Zauważyli to nawet autorzy poradników dla podrywaczy. Gdy facet zagai tak jak naprawdę czuje - ale masz nogi, biust, niepotrzebne skreślić, to raczej dobrego wejścia nie zrobi. Gdy zacznie od tego, co mu wisi i powiewa - bardzo ładna, interesująca kamelia, jaki piękny, oryginalny wisiorek, niepotrzebne skreślić, od razu jest inaczej ;)

      Usuń
    4. Aha, mnie też chodziło o coś innego, o gatunek literatury.

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)