piątek, 16 grudnia 2011

Cyfrowa Twierdza



Jakiś czas temu skończyłem czytać Cyfrową Twierdzę (Digital Fortress) Dana Browna. Tak, to ten od Kodu Leonarda Da Vinci.
Od razu zaznaczę, że jako powieść mająca dostarczyć rozrywki, Kod Leonarda podobał mi się bardziej. Może dzięki temu, że czytałem go w pięknie ilustrowanym wydaniu, gdzie zamieszczony materiał graficzny idealnie korespondował z treścią i nie tylko nie kolidował z pracującą na pełnych obrotach wyobraźnią generującą w umyśle świat wykreowany słowem pisanym, ale wręcz przeciwnie, uzupełniał tekst i dawał umysłowi nowe dane, by sobie pięknie całą rzecz w głowie odtworzyć.
Cyfrową Twierdzę określiłbym jako techno-thriller. Jest to powieść tak odmienna od Kodu Leonarda, że aż trudno je porównywać. Kod rozgrywa się w świecie historii, sztuki i wiary, a Twierdza to świat przyszłości (a może już nawet teraźniejszości), matematyki, szyfrów i informatyki. Świecie totalnej inwigilacji i poświęcania jednych wartości w imię innych. To ostatnie łączy obie wspomniane książki. W Kodzie Leonarda Kościół Katolicki poświęca prawdę, życie niewinnych ludzi i świadomie zniekształca Słowo Boże, by utrzymać jedność wiary i nie dopuścić do powstania kolejnych herezji. W Cyfrowej Twierdzy także morduje się ludzi i łamie wszelkie prawa właśnie po to, by tych łamanych praw bronić. Może z tego wynika większa rozrywkowość Kodu, że temat wiary nie dotyka on nas wszystkich. W końcu nikt nie musi być wierzącym, a i większość wierzących nie wierzy we wszystko, co im kapłani opowiadają. Nie wszędzie religia ma taki wpływ na życie państwa i narodu jak w Polsce. Cyfrowa Twierdza robi się poważniejsza od momentu, gdy uświadomimy sobie, że dylematy będące jej tłem dopadną nas zawsze i wszędzie, a problem będzie narastał.
Quis custodiet ipsos custodes to pytanie z Satyr Juwenala, które jest myślą przewodnią Cyfrowej Twierdzy. Kto będzie pilnował tych, którzy pilnują? Nikt na to odpowiedzi jeszcze nie dał i Dan Brown też jej nie zna. Pokazuje nam tylko, jakie niebezpieczeństwa pojawiają się, gdy ktoś w imię ochrony innych, lub dla innych ważnych wartości, otrzymuje specjalne uprawnienia, a co gorsze, i co coraz częściej dotyka naszej, europejsko-amerykańskiej demokracji, otrzymuje ciche przyzwolenie, by działać poza prawem, a nawet ewidentnie wbrew niemu. Kto zapewni, że takie możliwości dane komukolwiek nie zostaną przez niego wykorzystane do złych celów.
Kontrola. To nie tylko tytuł książki Wiktora Suworowa, którą też szczerze polecam. To problem nad którym biedzą się ludzie od starożytności. Kto ma kontrolować tych, którzy kontrolują? Nie rozwiązał go ani Stalin, ani inni dyktatorzy i, niestety, nie rozwiązała go też nasza demokracja. A problem ten narasta z każdym dniem i na naszych oczach dotyka coraz to większej ilości spraw, ludzi i zagrożonych swobód.
Terroryzm już wygrał wojnę z demokracją, gdyż zmusił nasze społeczeństwa do naruszania podstawowych zasad w imię tych właśnie zasad obrony. By chronić obywateli przez zagrożeniem właśnie tych obywateli, niejednokrotnie całkowicie niewinnych, podsłuchuje się, przegląda się korespondencję, czyta maile i włamuje do komputerów, więzi bezprawnie, a nawet torturuje. Kto zapewni, że koszty nie przewyższą zysków, kto będzie szukał czarnych owiec wśród tych, którzy ich szukają w społeczeństwie. Pedofile uwielbiają robić kariery w różnych rodzajach działalności i w zawodach związanych z dziećmi. Zbrodniarze, żadni władzy i krwi okrutnicy, zwykli sadyści, podglądacze i inni zboczeńcy od lat wkręcają się do armii i tajnych służb, gdzie tym bardziej stoją poza prawem, im bardziej służby są tajne i zaangażowane w walkę. Jaką, z kim, to nie jest ważne. Oni dobrze wiedzą, że tylko tam będą mogli bezkarnie dać upust swym żądzom. Nawet porządni niejednokrotnie schodzą na manowce, a nawet ci, którzy nigdy na nie nie zeszli dają się czasem innym wpędzić w maliny. W imię dobra popełniają błędy, które sprawiają, że ich czyny nie różnią się od zwykłych przestępstw i zbrodni. Kto ich będzie trzymał na wodzy, kto ich kontrolował? A kto skontroluje tych kontrolujących?
Jakiś czas temu w wiadomościach w TV, internecie i gazetach było głośno o skargach inspektorów skarbowych badających fundację prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego na CBA, które podobno próbowało ich zastraszyć. Takie doniesienia o walce różnych naszych służb między sobą pojawiają się coraz częściej. Widać wyraźnie, że niejednokrotnie tajne służby służą politykom do załatwiania ich partykularnych interesów, a nie do ochrony dobra państwa i obywateli.
Magiczne słowo. Kontrola. Tylko jak ma wyglądać jego realizacja. Tego nie wie nikt, a problem narasta. Kiedy rosyjski okupant (rozbiorowy, a nie ten po 1945) wprowadził obowiązek meldowania się w miejscu zamieszkania, Polacy uważali to za represję gorszą niż wywózka na Sybir. Gorszą, bo dotykającą wszystkich, od nowo narodzonych dzieci po umierających starców, od buntowniczych patriotów po sprzyjających Rosjanom biznesmenów i kolaborantów. Było to ograniczenie podstawowej wolności do bycia gdzie się chce i kiedy się chce bez informowania o tym kogokolwiek. Teraz śledzą nas z satelitów, podsłuchują komórki i telefony, czytają maile i analizują DNA. A nam to już wcale nie przeszkadza. Nie przeszkadza, bo mamy nadzieję, że nas to nie dotyczy, jeśli jesteśmy O.K. A co jeśli ktoś tam, wśród tych wybrańców, którzy nas kontrolują, ktoś nie jest O.K.? Co jeśli pamięta, że w szkole odbiliśmy mu dziewczynę albo daliśmy po gębie? Co jeśli ma do nas jakikolwiek żal i postanowi wykorzystać swoje możliwości pozaprawnego działania by się na nas odegrać? A co jeśli się po prostu pomyli albo ktoś zły, by zatrzeć za sobą ślad, rzuci podejrzenie na nas? Rosyjska mafia, jak czytamy w niedawnych newsach, okrada przez internet konta bankowe Polaków. Skoro te wszystkie nasze tajne służby nie są w stanie zapobiec takim prostackim, ogranym trickom, to czy możemy liczyć na to, że odeprą jakikolwiek poważny atak w cyberprzestrzeni? Czy warto im było dawać jakiekolwiek uprawnienia?
Janosik łupił bogatych i dawał biednym. Kiedyś napadano na banki z rewolwerem w ręku lub jak w Vabanku wkradano się doń przez komin. Kto jednak trzymał pieniądze w dużym banku nie był okradany. Koszty takiej imprezy ponosił głównie bank, który zresztą też był ubezpieczony. Teraz okrada się klientów banków, a nie banki. Systemy ochrony banków i wszystkie te służby tak naprawdę niczego nie potrafią zrobić, by temu zapobiec. Czy wszystko w tej branży będzie szło w tym kierunku? Bogaci będą bezpieczni, a szarzy, zwykli ludzie będą bezbronni?
Jeśli nie przeszkadzają Wam takie pytania, które mogą się zrodzić w trakcie lektury Cyfrowej Twierdzy, to namawiam do jej przeczytania. Akcja jest wciągająca i książkę, choć dość gruba, czyta się błyskawicznie. To klasa Polowania na Czerwony Październik, o czym Was niniejszym zapewniam, i choć specjaliści od kryptografii, komputerów i matematyki wynajdą w tej książce trochę błędów merytorycznych, to polecam ją jako świetną rozrywkę i nie tylko rozrywkę…
Wasz bez wosku (kto czytał, ten wie)

Andrew

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)